Przejdź do komentarzyMIĘKKO TWARDZI - POLICJANCI I POLICJANTKI
Tekst 5 z 35 ze zbioru: poważne historie
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2015-05-06
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń967

MIĘKKO TWARDZI - POLICJANCI I POLICJANTKI

Kiedy słyszę z ust policjantów apele o współpracę z nimi szerokich rzesz ludności miejscowej, o zaufanie, powiadamianie, o szacunek, wtedy mieszane mam uczucia. Ale nie wstrząśnięte.

A kiedy oglądam filmy o policjantach, seriale, wtedy już wiem skąd się te apele biorą.

Ta kreacja na instytucję, która pomaga i chroni, a przy tym pilnuje przestrzegania prawa i porządku, jest wciąż nieudana. Obraz, który się z nich wyłania – z tych filmów i seriali – wywołuje u mnie zrozumienie dla ponawiania tych apeli wciąż i wciąż. Te apele są potrzebne. Bo kreacja jest nieudana.


Nie mam w sobie tyle samozaparcia, by oglądać seriale kryminalne fabularne ( czyli z intrygami wymyślonymi lub opartymi luźno na rzeczywistości). Zdarza mi się oglądać te niby paradokumentalne, a tam już niewiele ma być stylizacji, konfabulacji i metanarracji, za to – jak zapewniają realizatorzy – ma tam być samo mięso życia w realu. Taaak?

Ciepły, miły i osładzający wizerunek funkcjonariuszy serial „Policjanci i policjantki” mimo, że pokazuje ich w sposób uładzony, familijny, ciepły wręcz, przy bliższym przyjrzeniu się odsłania ich ponure oblicza.

A ukazujący konkretne działania pionu kryminalnego serial `W 11`/`Kartoteka` pokazuje do czego zdolni są oni, by w konfrontacji z podejrzanymi wydusić z nich oczekiwane dowody i zeznania.

Na pierwszym planie oczywiście widzimy dążenie do schwytania sprawców przestępstw i wykroczeń, a konsekwencji do przywrócenia ładu społecznego: prawo znów działa. Ale pod tą pozłotką jest ciemność, albo wręcz nawet mrok.


Są oczywiście obrazy, które wręcz epatują nas tym policyjnym mrokiem. I to on jest na pierwszym planie. „Zły porucznik” z H. Keitelem w roli głównej. I opowiadające o podobnym czasie „Ładunek 200” Bałabanowa,  i „Dom zły” Smarzowskiego, w których funkcjonariusze kojarzą się głownie z makabrą, bezprawiem i patologiami.

Nie, można ich nie lubić, ale te obrazy to przerysowanie. I nawet jeśli w pewnych sytuacjach tego rodzaju zachowania nie były radykalnie eliminowane, bo tego wymagała dbałość o wizerunek instytucji, a funkcjonariusze to wykorzystywali, to obrazy te pokazują raczej sytuacje, gdy policja uwierzyła w swą bezsilność. Nawet jeśli w istocie nie są to peryferie, kresy, to o nich te filmy opowiadają. O Dzikim Zachodzie, gdzie prawo zanikło, jeśli było wcześniej tam stosowane. O próbach jego przywrócenia. Nawet jeśli planem są blokowiska, drapacze chmur, to są to kresy, gdzie karząca ręka państwa wyciąga swe połamane reumatyzmem ręce. Amerykańska metropolia niewiele się tu różni od Bieszczad czy prowincjonalnego radzieckiego miasta – tu policjant może zrobić wszystko albo wszystkiego zaniechać, bo nikt go nie sprawdzi, a nadzór nad nim jest iluzoryczny. I policjant o tym wie, i to wykorzystuje.


Są też obrazy, w których policjanci, nawet jeśli w detalach i aspektach są odrażający, to dążą ku sprawiedliwości i dobru. Nawet jeśli to czynią na ułomny, ludzki sposób. Niechętnie takie filmy oglądam, ale kilka zwróciło moją uwagę.

„Rzeka tajemnic” C. Eastwooda, w którym to filmie jest scena ukazująca rozmowę telefoniczną policjantów. Obaj wieczorem, po pracy wciąż zastanawiają się nad prowadzonym śledztwem, dzwonią do siebie i wymieniają się uwagami. Przed każdym z nich stoi prawie pusta krowa ( czyli butelka po wysokoprocentowym alkoholu o pojemności 0,7 litra). A rano ruszą do pracy.

„Pająk” Scotta Ziehla, w którym Dan Aykroyd, sfrustrowany policjant, w trakcie śledztwa wieczorową porą pije wytrwale w knajpie, po czym wsiada do samochodu i jedzie. W dal albo do domu. Po kilku setach.

„Przepraszam, czy tu biją?”  - tu cyniczni i wyrachowani policjanci są gotowi nawet sprowokować przestępcę do popełnienia jakiegoś grubego występku, byle tylko przedstawić mu poważny zarzut.


„Ojciec Mateusz” tego nie zmieni. W paradokumentach policja, którą spotykamy na chodnikach i ulicach, jest groźna i niekoniecznie trzymająca się litery prawa.

Aczkolwiek wymagająca jego przestrzegania przez niepolicjantów.

Spójrzcie na policjantów z „W 11”. Notoryczne  przekraczenia uprawnień służbowych. Że już nie wspomnę o takich duperelkach jak notoryczne gadanie przez komórkę w czasie prowadzenia samochodu. Wykroczenia, za które ja czy ty zostaniemy ukarani z całą bezwzględnością, im – funkcjonariuszom przecież, oddelegowanym do serialu  - uchodzą chyba na sucho. Bo powtarzają się z odcinka na odcinek. I oni – funkcjonariusze – mają te wykroczenia sfilmowane, udowodnione.

„Policjanci i policjantki’. W pierwszym sezonie jest „piękna”  scena sporu pomiędzy policjantem a policjantką w radiowozie na temat zapinania pasów. A scena ta zaczyna się od tego, że funkcjonariusz prowadząc radiowóz bez pasów rozmawia zarazem przez komórkę. Potem, stopniowo, w głąb serialu zwyczaj zapinania pasów wśród serialowych policjantów zanika zupełnie.


Czy to telewizja i kino kreuje obraz policjanta/tki jako szeryfa, którego prawo nie dotyczy, ale stojącego na jego straży? Czy tylko odwzorowuje taki obraz z rzeczywistości? Mam wrażenie, że jest to samonakręcająca się spirala, w której policjanci czerpią wzorce z filmów o policjantach, a reżyserzy tych z kolei tworzą kolejne filmy widząc funkcjonariuszy w akcji. Oglądacz filmów o policjantach wstępuje do organów, by odwzorowywać oglądane zachowania, co potem skutkuje inspiracją dla kolejnych kinowo telewizyjnych produkcji.

Mówię to dlatego, że pamiętam moje kontakty z Arturem, który na początku lat ’90 wstąpił do policji,. Pójście z nim na piwo kiedy to już był na służbie,  było doprawdy traumatycznym doznaniem – facet, który w knajpie posłał mi ponure spojrzenie, po chwili miał pistolet przystawiony do skroni. A ja czułem się mocno niekomfortowo. Bo ja inaczej rozwiązuję swoje konflikty towarzyskie. Wówczas poczułem się ofiarą wykreowanej wizji twardego gliny, w którą uwierzył polski policjant. On chciał być kieleckim brudnym Harrym – był tylko lokalnym brutalem z policyjną legitymacją.


Dysfunkcjonalny socjalnie,  predysponowany do uzależnienia od alkoholu i środków psychoaktywnych ze wskazaniem na speedy ( amfa, koka, itp.), z zaburzonymi relacjami rodzinnymi  i towarzyskimi, chętnie stosujący tzw. samobójstwo rozszerzone – to jeden z obrazów polskiego policjanta. Obraz, który my, zwyczajni widzimy na co dzień i w mediach.

Bohaterski społecznik interweniujący w sytuacji, gdy dzieje się zło – chuligani, pijacy, bandziorki – to z kolei ten obraz kreowany przez resort. I tu resort ma naprawdę wiele do pokazania.

Jednocześnie jednak pracownik wykonujący tak stresującą pracę, nominalnie owszem, mający zapewnioną opiekę psychologiczną, ale jednocześnie w tle są ostracyzmy środowiskowe, więc nawet po traumie nieliczni z tej opieki korzystają. A traumy lubią się kumulować.

I oto taki funkcjonariusz, stykający się przecież nieomal codziennie z patologiami i makabrami to przecież nie jest cyborg bez uczuć i emocji. Opieka psychologiczna  jest dostępna, ale korzystanie z niej jest widziane przez przełożonych jako przejaw słabości i niedostosowania do tej trudnej służby, a więc blokujący drogi awansu i kariery zawodowej. Oto taki funkcjonariusz znajduje się w impasie po przeżytej traumie – korzysta z opieki, więc utyka na tym szczeblu i wystawia się na kolejne takie traumatyczne sytuacje. A jeśli nie korzysta, to może wyśliźnie się na wyższy szczebel w hierarchii i tym samym te sytuacje przestaną go dotykać. Czy wytrzyma i uda mu się wydostać na szczebel kierowniczy? Z niezabużoną psychiką?


Z powodu tych kilku czynników policjant zakleszcza się gdzieś pomiędzy. Stykając się z nimi w czasie interwencji staram się o tym pamiętać: to kruche, chimeryczne postacie, których, broń boże, nie należy stresować w czasie wykonywania przez nich czynności służbowych, bo mogą okazać się nieprzewidywalni i nadużyć posiadanych uprawnień. Żadnego straszenia, powoływania się na znajomości ( co zresztą może przynieść skutek przeciwny do zamierzonego –chcesz wiedzieć,  jak to jest znać nielubianego na komendzie kolegę?). Żadnych odezwań w stylu „lepiej byście się wzięli za łapanie złodziei” albo „ a ty gdzie masz kaganiec?”.

Przykłady z Olsztyna ( domniemane torturowanie przesłuchiwanych) i z Kutna ( zastrzelony przesłuchiwany) to wprost jawna demonstracja: czujemy się tak słabi i  uciekamy się do takich metod. Żeby coś takiego komuś uczynić trzeba mieć wyłączone hamulce, uwolnić się spod kontroli – a od policjanta oczekuje się, by kontrolował sytuację. Aby śledztwo prowadził policjant, a nie żeby intryga gnała go ze stamtąd do tamtąd.


Bezpieczeństwo nie rośnie, gdy w pobliżu jest policja. Ono wręcz spada. Dlatego staram się unikać policjantów i policjantek – tak w trosce o swoje bezpieczeństwo, jak i o ich wysoką podatność na stres w kontaktach interpersonalnych. Tak jest bezpieczniej.


  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
"Bezpieczeństwo nie rośnie, gdy w pobliżu jest policja. Ono wręcz spada."
Święte słowa.
Z moich doświadczeń wynika, że lepiej nic nie zgłaszać policji, bo potem można zostać uznanym za współwinnego.
avatar
Mam bardzo różnorodne kontakty z nimi - kiedy ja miałem sprawę do nich ( w tym wypadku do kryminalnych), to było jak z reklamy resortu. Ale kiedy oni coś ode mnie chcieli, to było już bliżej "sprawy dla reportera". To trudni ludzie i trudne są z nimi relacje.
avatar
Dzięki autorowi za poruszenie trudnych, kontrowersyjnych spraw, odkryłeś mi "kawał ziemi, mi nieznanej".
avatar
Zjesz beczkę soli z policjantem - i nadal nie wiesz, kim jest twój stołownik. To świat z Matrixa.
avatar
Polecam bestseler Dorothy Uhnak "Policjanci", którego 1. wydanie w PRL-u ukazało się nakładem PIW w 1977 r.
avatar
Czytałem tą książkę, nie bardzo pamiętam treści, ale tu i dalej na wschód to jest już poza zakresem wyobraźni p. Uhnak.
© 2010-2016 by Creative Media
×