Przejdź do komentarzyPustynne psy
Tekst 13 z 19 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2017-01-25
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń434

W pobliżu granicy iracko-syryjskiej Eufrat jest dużą i kapryśną rzeką. Miejscami prawie stoi w głębokich rozlewiskach, dalej cieknie rozlany szeroko i płytki do kostek, gdzie indziej przewala się z szumem przez zwężone koryto. Jego brzegi też są różne. Lewy jest niski i opada ku wodzie łagodnie jak morska plaża. Jest to szara równina, będąca pozostałością żyznej kiedyś Mezopotamii. Prawy jest wysoki i pustynny. Miejscami pustynia dochodzi tam do samej wody, a miejscami oddzielają ją od rzeki jasne skały, dochodzące nawet do kilkunastu metrów wysokości. Między skałami przycupnęło kilka ludzkich domostw. Zbudowane były z suszonej cegły i miały płaskie dachy, służące za suszarnie, a czasem za sypialnie dla męskich członków rodziny. Z nich też kobiety mogły obserwować świat, nie wychodząc z domu. Każdy dom otaczał mur strzegący dobytku swojego właściciela: osła, kilku kóz lub owiec, paru kur, żony i gromadki dzieci.

Jedno z takich domostw należało do Samira. Od niedawna nosił on dumnie przydomek Abu Ahmed, bo po czterech córkach, Allach w końcu obdarzył go synem Ahmedem. Jego pole leżało kilkaset metrów od domu, za niewielkim pagórkiem nad samą rzeką i podzielone było na małe działki, otoczone głębokimi bruzdami. Rosły na nim ziemniaki, kapusta, cebula, rzodkiew, pomidory, ogórki i arbuzy. W bruzdach prawie zawsze stała woda doprowadzana z rzeki rozklekotaną motopompą. Ten system nawadniania trzeba było stale poprawiać i to było zadaniem Samira. Podwinąwszy dizdaszę*, z nogami upapranymi do kolan błotem, kopał całymi dniami ciężką motyką rozmokłą glinę, przekładał rury doprowadzające wodę, lub naprawiał pompę. Plewienie, sadzenie i zbieranie plonów to były prace dla żony i podrastających córek. Gdy ludzie pracowali, stadko ich kóz pasło się bezpiecznie nad rzeką.

Tak biegły dni i lata, aż którejś jesieni z pustyni przyciągnęło stado zdziczałych, głodnych i owrzodzonych psów. Były to kundle różnych wielkości i kolorów. Zaległy na wzgórku nad Samirowym polem i stamtąd obserwowały jego obejście, węsząc nieznane im zapachy. Żona i dzieci bały się wyjść z domu, a kozy musiały pozostać w zamknięciu. Abu Ahmed wziął motykę i ruszył na pagórek, żeby przegonić intruzów. Idąc, krzyczał i rzucał w psy kamieniami. Gdy trafił w któregoś, ten zrywał się, odchodził kilka kroków i stał patrząc na człowieka. Samir podchodził coraz bliżej, większość psów już wstała, ale stado się nie cofało. Gdy zrobił jeszcze kilka kroków, wtedy kilkadziesiąt pysków z wyszczerzonymi zębami zwróciło się w jego stronę i warknęło głucho. Cofnął się, a kilka psów ruszyło za nim. Włosy stanęły mu dęba. Zamachnął się motyką i psy się zatrzymały. Samir wycofywał się powoli, a psy szły za nim. Odprowadziły go tak kilka kroków i wróciły do stada. Abu Ahmed szczęśliwie dotarł do domu, ale wiedział już, że sam nie da rady przepędzić tylu psów. Miał jednak nadzieję, że wkrótce same odejdą. Jakoż następnego dnia faktycznie zniknęły z pagórka. Po porannych modłach Samir wziął narzędzia i poszedł na pole. Gdy wszedł na pagórek, stanął jak wryty. Psy były na jego zagonach. Brodziły w nawadniających bruzdach, leżały w ogórkach i obsikiwały krzaki pomidorów. Pociemniało mu w oczach, usiadł na ziemi i bezradnie patrzył, jak wielotygodniowe wysiłki całej jego rodziny obracały się wniwecz. Gdy wrócił do domu i opowiedział o tym żonie, ta uderzyła w płacz. Łkając wieszczyła rychłą śmierć głodową całej rodziny i wyrzucała mężowi brak zaradności. Samir nie wiedząc co odpowiedzieć, zabrał kozy i zniknął z nimi między nadrzecznymi skałami. Do domu wrócił przed wieczorną modlitwą i poszedł spać na dach.

Nazajutrz ubrał czystą dizdaszę i pojechał na policję do odległego o kilkanaście kilometrów miasta. Z duszą na ramieniu wszedł na posterunek. Dyżurny policjant, widząc człowieka prostego i ubogiego, przywitał go krótkim: Czego? Abu Ahmed opowiedział mu o psach i poprosił o ich przepędzenie. Funkcjonariusz próbował zbyć go byle czym, ale Samir nie dał się. Wzywając Allacha, dopraszał się widzenia z komendantem. W końcu dyżurny ustąpił i kazał mu czekać. Czekał chyba z pół dnia, ale się doczekał. Gruby komendant przyjął go rozparty za urzędowym biurkiem pod portretem Saddama Husajna w mundurze generała policji. Samir jeszcze raz dokładnie przedstawił swoją sprawę i uniżenie poprosił, żeby władza mu pomogła. Władza słuchała w milczeniu. Gdy petent skończył, milczenie trwało nadal, tak jak gdyby władza jeszcze na coś czekała. Nie doczekawszy się niczego więcej, bez słowa wymownym gestem dłoni kazała mu wyjść. Samir wyszedł z gabinetu, ale usiadł w korytarzu i czekał na jakąś odpowiedź. Doczekał się zakończenia godzin urzędowania i wtedy został wyrzucony z budynku. Zrezygnowany pojechał do domu. Władza jednak o nim nie zapomniała i za dwa dni komendant własną osobą w towarzystwie policjanta z kałachem, zajechał pod Samirowy dom. Kazał prowadzić się do psów i, wskazując na karabin, powiedział, że dzisiaj sprawa zostanie załatwiona. Gospodarz nie mógł uwierzyć w swoje szczęście i, rozpływając się w podziękowaniach, poprowadził policjantów na pole. Gdy weszli na pagórek Samir zaniemówił. Psów nie było.

- Ty chamie! Kpisz sobie ze mnie? Gdzie te psy? No, gdzie? - ryknął komendant i wymierzył mu siarczysty policzek. - Jeszcze się policzymy! - dodał i zawrócił w stronę auta.

Abu Ahmed błagał go, żeby chociaż zszedł na dół i zechciał zobaczyć, w jakim stanie są jego uprawy. Komendant nie zatrzymał się, ale kazał podwładnemu obejrzeć pole. Samir poszedł z policjantem i pokazał mu poniszczone grządki, połamane rośliny, i walające się wszędzie psie odchody. Funkcjonariusz był bardziej ludzki i chyba nawet współczuł gospodarzowi. Wypytał, ile było psów, kiedy przyszły, jaką część upraw zniszczyły i zapisał to w notesie. Gdy wrócili do auta, komendant bez słowa kazał ruszać. Policjanci odjechali w obłokach kurzu, a Samir został na drodze pełny najgorszych przeczuć. Wiedział, że obraził komendanta i spodziewał się za to kilku lat więzienia lub wysłania na front irański, a co najmniej lania w miejscowym areszcie. Minęło kilka dni, a po Samira nikt nie przyjechał. Wróciły natomiast psy. Znowu rozpanoszyły się na grządkach, a na dodatek zagryzły jedną z jego kóz. Samirowi odeszła chęć do życia. Nie mogąc pracować na polu, chodził tylko za kozami wzdłuż rzeki i zastanawiał się, czy do niej nie skoczyć.

Któregoś dnia usłyszał za nadrzecznymi skałami wybuch. Podszedł ostrożnie i zobaczył dwóch żołnierzy brodzących w wodzie i zbierających do torby ryby. Potem ukryli się za skałami, a jeden z nich wrzucił do rzeki granat. Huknęło i na wodzie pokazało się kilka ogłuszonych ryb, które żołnierze szybko wyłapali. Widać, że tyle ryb im starczyło, bo usiedli na brzegu, zapalili i zaczęli wkładać buty. Wtedy Samir wpadł na pomysł, że może taki granat uwolniłby go od psów. Wyszedł zza skał, pozdrowił żołnierzy w imię Allacha i - jak to u Arabów jest przyjęte - zapytał o zdrowie ich i rodzin. Od słowa do słowa nawiązała się rozmowa. Okazało się, że żołnierze są z ochrony, leżącej na pustyni kopalni, a na ryby przyjechali, żeby zabić wolny od służby czas i urozmaicić sobie kantynowe jedzenie. Z kolei Samir opowiedział im, że tu mieszka, podzielił się z nimi swoim kłopotem i zapytał, czy nie sprzedaliby mu granatu. Nie odmówili, ale zażądali wysokiej zapłaty. Samir nie mógł tyle zapłacić. Nie zrezygnował jednak i tak długo się targował, aż dobił targu przy o wiele niższej cenie. Potem żołnierze odwieźli go po dom, zainkasowali należność i dali mu granat.

Zmierzchało już, więc Abu Ahmed postanowił odłożyć zemstę na psach do jutra i - po raz pierwszy - modlił się, żeby w nocy nie odeszły. Nie odeszły i Samir skoro świt wyruszył na swoją wojnę. Nie poszedł na pole przez pagórek, ale wzdłuż rzeki dotarł do miejsca, gdzie stała jego motopompa. Tam dopiero pokazał się psom i śmiało ruszył w ich stronę. One, tak jak kiedyś, zignorowały go. Podszedł tak blisko, jak się dało i rzucił granat. Huk wybuchu zmieszał się ze skowytem ranionych zwierząt i były to ostatnie dźwięki, jakie zapamiętał z tamtego dnia.

Poranionego odłamkami granatu Samira, znalazła po kilku godzinach żona. Długo chorował. W końcu wylizał się z ran, ale już do końca życia utykał na lewą nogę.

Pustynne psy już nigdy nie wróciły.


*dizdasza - tradycyjny, sięgający do ziemi męski strój arabski.

  Spis treści zbioru
Komentarze (14)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo piękna i chyba realistyczna opowieść. Natomiast z przykrością pragnę zakomunikować, że z interpunkcją jest gorzej niż w poprzednich tekstach. Zbędne przecinki przed: dochodzące, Allach w końcu, za niewielkimi, otoczone, lub, zajechał, i walające, leżącej, znalazła; brakuje przecinków przed: patrząc, co odpowiedzieć, Samir na ramieniu.
Ponadto nie podoba mi się zwrot "własną osobą". To jest on lub jestem ja, a nie moja osoba, a tym bardziej własna osoba. To podwójna tautologia.
avatar
Jak ja lubię wspomnienia :)
Od interpunkcji jest Janko i ew. korektor :)
Za całość z przyjemnością oceniam.
Jedyna drobna uwaga - brakuje zakończenia historii z komendantem policji, małego, nawet jednozdaniowego podsumowania tego fragmentu, przemyślenia narratora. Inaczej opowiadanie staje się zwykłą relacją, sprawozdaniem.
Nie wpływa to na moją ocenę.
avatar
Janko i Hardy, dziękuję Wam za przeczytanie tego opowiadanka i za uwagi. Nie wiem dlaczego, ale coraz gorzej idzie mi pisanie. Robię coraz więcej błędów i tematy mi się nie kleją. Chyba będę musiał zrobić sobie małą przerwę.
Obstaję jednak przy zwrocie "własną osobą". Chodziło mi o coś w rodzaju sienkiewiczowskiego "ruszył chan własną osobą w pięćdziesiąt tysięcy ordy". Chciałem podkreślić ważność (prawie królewską) tego komendanta.
Ja wiem, że "co wolno wojewodzie ...", ale taki miałem zamiar.
avatar
To dobre opowiadanie :) Moim skromnym zdaniem, osławiony R.Kapuściński lepiej by nie napisał oraz tego nie opisał :)))

:)
avatar
Bardzo ciekawa, dla mnie pełna swoistej egzotyki historia, napisana "z zębem", "mięsiście" i obrazowo.
avatar
Befana, dziękuję Ci za miły komentarz. No, do Kapuścińskiego to mi daleko, ale połechtałaś mnie mile.

A200640, cieszę się, że opowiadanko Ci się podobało i dziekuję za opinię.
avatar
Bardzo mi się podobało. Wciąga w miarę czytania.
avatar
Dziękuję Ci Rudolf za miłe słowa. Pozdrawiam.
avatar
Marianie, ostrożnie z Panami Kapuścińskimi, Jaszuńskimi, Budrewiczami, Wolanowskimi et consortes ;)

Kapuściński - zawód reporter był bardziej literatem niż reporterem. Fantazjował aż do przelania się wody w wannie jak mu nakazywała zatrudniająca go propaganda; pisał poetycką prozą, którą można by doskonale rozpisać na wersy, co właśnie Pan Ryszard [niekiedy] czynił.

Ty bądź sobą! Autentycznym panem podróżnikiem o często zwięzłym, szorstko-chropawym stylu. Czasem traperem. Obserwatorem wypowiadającym się wyłącznie w imieniu własnym ;) Teraz przecież można, a jedyny problem, to pozyskiwanie swoich oraz dla siebie, Czytelników.

:)))
avatar
Dziękuję Ci, Befana za uwagi. Będę się ich trzymał.
avatar
Z ciekawości zajrzałam na Twój profil :) Pisz, ponieważ masz o czym. Tym bardziej, że dobrej prozy tu nie za wiele, a jeżeli coś się na moment pokaże, to natychmiast - po zakasowaniu (w miarę) pozytywnych komentarzy - znika ;)

Bardzo serdecznie :)))
avatar
Wspomniałam o Tobie w swoim ostatnim tekście ;-)

B-d_c jest konsekwentna :-)))
avatar
Przeczytałem Twój tekst o Kapuścińskim.Znam kilka jego książek i wszystkie mi się podobały.
Pisał o nieznanym mi świecie i takim stylem ,jaki lubię. Nigdy nie oceniałem go od strony politycznej, bo polityka mnie mierzi.
Dziękuję Ci też za zerkniecie na mój profil.
Znowu jestem troszkę połechtany. Pozdrawiam.
avatar
Też go nie oceniałam i nadal nie oceniam, patrząc nań wyłącznie od strony socjologii literatury. Wszystko się bowiem zmienia, również język, nie mówiąc o świecie. Kapuścińskiego bardziej uważam za pisarza, wtedy jego świat staje się czymś osobliwym o niepowtarzalnej urodzie :)

Serdecznie :)
© 2010-2016 by Creative Media
×