Przejdź do komentarzySny listopadowe część 4
Tekst 4 z 6 ze zbioru: Druga połowa życia
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2017-10-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń48

Nie spodziewała się, że jednak zaśnie.


Stoi przy oknie. W dole, w świetle latarni lśni czarny, wilgotny asfalt. Przykleiło się do niego parę klonowych liści. Na ostatnim spacerze włożyła klonowe liście w rączkę Nicole. Tak cicho dzisiaj. Łóżeczko stoi puste. Podpis złożony. Hannesa nie ma w domu. Jak zawsze. On jeszcze o niczym nie wie.

Co to było? Jak to możliwe, że słyszy płacz Nicole? Czyżby jeszcze nie było za późno? Laura dopada łóżeczka, przyklęka obok. Nicole płacze. Tak rozpaczliwie, rozdzierająco. Mama, mama! Ale łóżeczko jest puste! Nicole! Kocham cię! Zrobiłam to tylko dla ciebie! Nie dla siebie! Nie płacz już! Nicole! Nicole!


Dziś budzik nie zadzwoni. Jest sobota. Dziś Laura może od rana do nocy tonąć w bólu.

Płacze. Bierze prysznic. Łka. Ubiera się i rozpoczyna nowy dzień. Cóż jej innego pozostaje?

*

Gdy wyjęła pocztę ze skrzynki przy furtce, od razu zauważyła zieloną kopertę. Brak znaczka wskazywał na to, że nadawca sam list przyniósł. Pani Laura Kamper, brzmiał ręcznie wypisany adres. Odwróciła kopertę: Nicole Kamper, przeczytała i poczuła, jak ziemia pod nogami zaczynyna się chwiać.

- Wszystko w porządku, pani Werner? – usłyszała zaniepokojony głos. Sąsiadka zatrzymała się po drugiej stronie ogrodzenia.

- Jak najbardziej – odpowiedziała i spróbowała wyglądać normalnie i wesoło. – Tylko się jeszcze całkiem nie rozbudziłam – skłamała i nagle wpadła na pomysł. – Pani Kluge – zwróciła się do sąsiadki – nie mam przy sobie okularów. Proszę zobaczyć, czy ten list jest do mnie. Wydaje mi się, że to jakieś inne nazwisko.

Pani Kluge wzięła do ręki kopertę.

- Rzeczywiście – powiedziała. – Laura Kamper.

- A nadawca? – szepnęła Laura.

- Nicole Kamper – padła szybka odpowiedź. – I co teraz?

- Widzi pani... – o mały włos spytałaby, czy sąsiadka dobrze widzi. – Widzi pani – powtórzyła i dodała – Kamper to moje nazwisko panieńskie, Nicole Kamper musi być jakąś krewną. To mój list. – Wyrwała kopertę z dłoni sąsiadki i pobiegła do domu.

- Przyjemnej soboty! – zawołała za nią pani Kluge.

- Nawzajem! – rzuciła Laura przez ramię i szybko zatrzasnęła za sobą drzwi.

A więc jednak istniała ta Nicole Bauer! Nie miała halucynacji! Oszustka? Hochsztaplerka? No i co z tego? W każdym razie czarująca hochsztaplerka. Zobaczymy, jaką historyjkę wymyśliła sobie dla Laury.


Kochana Mamo,

Tak mi przykro, że niechcący Cię przestraszyłam. Pewnie byłoby lepiej, gdybym najpierw napisała list. Nie spodziewałaś się, że Cię odnajdę? Nie napisałam, bo bałam się, że nie pozwolisz mi przyjść do siebie. Ja wiem, że musiałaś mieć ważne powody, żeby oddać swoje dziecko innym rodzicom. Nie chcę Ci robić wyrzutów, ja chcę tylko usłyszeć to z Twoich ust. Ja sama już Ciebie nie pamiętam, ale dzisiaj, ach, widzę teraz, że to było już wczoraj, jest już po północy, nie mogę spać. No więc wczoraj było mi tak dobrze przy Tobie. Czy to nie coś w rodzaju pamięci? Tak bardzo bym chciała zobaczyć się z Tobą jeszcze raz. Proszę! Tylko jeszcze raz, jeśli więcej nie będziesz chciała. Ale ten raz jesteś mi winna. Nie zostawiłaś dla mnie w Urzędzie żadnego listu z wyjaśnieniem, a w aktach też nie było napisane szczegółowo o tym, dlaczego. Czy ma to coś wspólnego z tym, że oficjalnie nie było ojca? Czy on Cię porzucił? A może sama nie wiedziałaś przez kogo zaszłaś w ciążę? W tych czasach panowała przecież taka moda, że każdy z każdym szedł do łóżka, prawda? Nie chcę Cię krytykować, ale ja bym wolała wiedzieć, kto jest moim ojcem. Nawet, jeśli jest największą świnią na świecie. Spróbuj sobie przypomnieć, Mamo. Ja przez prawie całe życia miałam i mam innego ojca. Jest całkiem w porządku. Moja Mama też. Jest bardzo kochana. Oni rozumieli, gdy powiedziałam im, że chcę Was odnaleźć (wtedy nie wiedziałam jeszcze, że nie mam prawdziwego ojca). Nie miałaś męża, gdy mnie urodziłaś, zaczęłam szukać Laury Kamper w Getyndze. Dowiedziałam się, że Laura Kamper wyszła za mąż, ja miałam wtedy sześć lat, za Paula Wernera i wyprowadzili się. To chyba nie był mój ojciec? O, Boże? Nie!!! On nie żyje, ty jesteś wdową. Wybacz, ale teraz widzę, że nie tylko chcę znać imię i nazwisko tego, który mnie spłodził, ja chcę go spotkać, chcę z nim rozmawiać. Masz coś przeciwko temu? Jeśli tak, to musisz mi to dokładnie wyjaśnić, bo ja mam prawo znać swoje korzenie. I jeszcze coś chcę od Ciebie. Zdjęcia. Chyba masz jakieś moje zdjęcia, gdy byłam całkiem malutka? Nie zniszczyłaś ich? Pozwolisz mi przyjść? Zadzwoń do mnie, proszę. Ja już się chyba nie odważę.

Twoja Nicole

P.S. Tak się cieszę, że moi rodzice nie zmienili mi imienia. Ty je wczoraj wymawiałaś z takim uczuciem, że gdybym przedtem wątpiła, to teraz wiem: byłam Twoim ukochanym dzieckiem!


Ten list wydał się taki szczery, taki prawdziwy. Nie potrafiła inaczej, musiała uwierzyć Nicole. Wszystko tak dobrze pasowało: Getynga, imię i nazwisko matki, wiek dziecka. Niestety był w tym jeden poważny szkopuł. Dziecko Laury nigdy nie przyszło na świat. W każdym razie nie żywe. Jedynie jako kupka siekaniny przeciśnięta przez rurkę ssawki. Nikt potem nie określał płci embrionu. Nicole jednak przeżyła całą ciążę i została urodzona. Jej matka nazywała się, o dziwo, także Laura Kamper. Śmieszne, że nie spotkały się nigdy w tej małej przecież mieścinie. No, ale tamta Laura mogła byś większa, grubsza, starsza, prawdopodobnie nie była też studentką. Prostytutka? Możliwe. Nic dziwnego, że nie podała nazwiska ojca.

Laura czuła ulgę, że jej spotkanie z Nicole nie okazało się halucynacją. Jednak bardziej martwiła się tą dziewczyną naiwnie wierzącą, że znalazła w niej swoją prawdziwą matkę. Trzeba będzie powiedzieć Nicole całą prawdę, by znów mogła podjąć poszukiwania. Kogo znajdzie? Otępiałą alkoholiczkę? Wynędzniałą, wyeksploatowaną prostytutkę? Czy z taką kobietą uda jej się przeżyć chwile wzajemnego zrozumienia? Będą mogły uśmiechać się do siebie, śmiać się razem?

Właściwie, cóż mnie to może obchodzić? pomyślała. Nicole, nieznajoma, która wczoraj dopiero wyłoniła się z nicości już dziś zniknie z jej życia na zawsze, gdy tylko wyjaśni się nieporozumienie. Laura nie wiedziała o Nicole nic poza imieniem, wiekiem i tym, że jako dziecko została zaadoptowana przez ludzi, którzy byli kochani i w porządku. No i że nie była akwizytorką.

I że była taka właśnie, jak córka, o której zawsze marzyła...

A może powinna skłamać? Spróbować zagrać rolę tamtej Laury? To nie byłoby trudne. Była też w ciąży w tym samym czasie, ale resztę musiałaby wymyślić. W tym mogłyby być pomocne te sny koszmarne, czyż nie opowiadały historii bardzo podobnej do historii Nicole i jej matki?

Zamknęła oczy i pogrążyła się w obrazach i uczuciach, które znała ze swych nocnych wizji. O, tak! To byłoby tak dobrze, tak pięknie odnaleźć wreszcie małą Nicole. I jeśli ta Nicole obdarzyłaby Laurę zaufaniem a nie zarzutami, to wszystko byłoby znowu dobrze, prawda?

Przyjrzała się listowi trzymanemu w rękach, odczytała postscriptum, pozwoliła sobie na moment anielskiego uszczęśliwienia, i wreszcie musiała pomyśleć o tamtej kobiecie, którą tym słodkim kłamstwem pozbawiłaby wyzwolenia. Tamta jeszcze bardziej niż Laura potrzebowała ukojenia, na które w końcu zasługiwała. To ona przebrnęła przez całą ciążę, to ona urodziła w bólu dziecko, to ona oddała je lepszym rodzicom, a jako zapłatę zabrała w życie fałdy na brzuchu, obwisłe piersi, wyrzuty sumienia i nieskończoną tęsknotę.

Aż do wieczora Laura walczyła ze sobą, wahała się, rozmyślała. Nic nie wymyśliła. Poszła wreszcie do łóżka i zasnęła, a list od Nicole leżał tuż obok na nocnym stoliku.

*

Tej nocy nie było koszmarów sennych. Tej nocy w ogóle nie śniła na ten temat.

*

Mimo to płakała pod prysznicem. Tylko że dzisiaj był to uspokajający płacz, pełen ulgi i wdzięczności, choć przecież żaden problem się nie rozwiązał, ani nie stało się nic, za co mogłaby być wdzięczna. Ten płacz wzmocnił ją, a nie osłabił.

Zawinięta w płaszcz kąpielowy przeszła do kuchni. Podciągnęła roletę i nagle zamarła w bezruchu. Na tarasie stała Nicole i śmiejąc się pokazywała papierową torbę pełną świeżych bułek. Ciągnie ją do mnie, było pierwszą myślą Laury. Otworzyła drzwi i chcąc nie chcąc uśmiechała się przy tym tak bardzo szczęśliwie, że Nicole pozbywszy się zahamowań, rzuciła się jej w ramiona.

Nie było nic sztywnego, nic obcego, czy nienaturalnego w ich uścisku.

- Moja maleńka, moja Nicole... – szeptała Laura.

- Poznaję twój zapach, mamo – odszepnęła Nicole.

Także i Laurze wydawało się, że rozpoznaje znajomy zapach. Ale to było niemożliwe!! Wprowadziła Nicole do kuchni i spróbowała jakoś zapanować nad sobą.

- Chodź, zjemy razem śniadanie – powiedziała.

Nie potrzebowały słów. Nie musiały tego, co właśnie między nimi zaistniało uwierzytelniać wygłaszaniem odpowiednich tekstów. Nicole pomagała w przygotowaniach. Zachowywała się przy tym tak naturalnie, jakby znalazła się rzeczywiście u siebie, na swoim miejscu. Otwierała szafki i szuflady w poszukiwaniu potrzebnych przedmiotów, bezbłędnie odgadła, które miejsce przy stole jest miejscem jej matki, i z zupełną oczywistością wzięła w posiadanie osierocony przez Paula kącik. Zastygłe życie Laury ruszyło znów z miejsca, obudziła się nadzieja na jakąś przyszłość.

Nicole opowiadała podczas jedzenia o swojej przeszłości, a Laura czuła się szczęśliwa stwierdzając, że to dziecko nieudanych rodziców dostało i wykorzystało szansę, by się normalnie rozwinąć.

- Posprzątamy później – powiedziała Nicole, gdy z bułek pozostały jedynie okruszki. – Pokaż mi teraz zdjęcia.

Wybiła godzina prawdy.

- Nie mam tych zdjęć – powiedziała Laura. – Nigdy ich nie miałam i nie wiem, czy w ogóle jakieś istnieją. Nie wiem, czy fotografowano cię jako niemowlę. Nie jestem twoją biologiczną matką, choć bardzo bym tego chciała. Zazdroszczę tamtej drugiej Laurze Kamper, z którą mnie pomyliłaś, ale nie wolno mi teraz kłamać i pozbawić ją przez to jej córki.

- Nie wierzę – odpowiedziała Nicole z przekonaniem. Laura odniosła wrażenie, że Nicole nawet się nie zaniepokoiła.

- Dlaczego myślisz, że nie mówię prawdy? Co by mi to dało? Jeśli chcesz, zostanę twoją matką. Możemy się spotykać, możemy razem podróżować, możesz po mnie dziedziczyć. Ale nie chcę, żeby nasz związek miał kłamstwo u podstawy. Nigdy nie miałam dziecka i choć raz byłam w ciąży, to została ona w początkowej fazie gwałtownie zakończona w pewnym holenderskim szpitalu.

Nicole zamyśliła się.

- Ty rzeczywiście nie kłamiesz... – powiedziała powoli.

- Nie, nie kłamię. To co mówię, jest prawdą, chociaż bardzo bym chciała, żeby było inaczej.

- Ty nie kłamiesz – powtórzyła Nicole – a mimo to myślę, że nie mówisz prawdy.

- Jak mam to rozumieć?

- Tak, że wierzysz w to, co mówisz, ale to nie jest prawda, jestem pewna. Nie wątpię, że znalazłam prawdziwą Laurę Kamper. Ty nią jesteś i żadna inna. Nie zaszła żadna pomyłka.

- No, jeżeli chcesz w to wierzyć... – zaczęła Laura.

- Chcesz przez to powiedzieć, że nie masz nic przeciwko zabawie w matkę i córkę? Nie, mnie to nie wystarcza. Zobaczysz, przekonam cię. Myślisz na przykład, że nigdy nie rodziłaś. A co mówi o tym twój ginekolog?

- Nie chodzę do ginekologa... – wyznała Laura niepewnie. – Wiem, że to lekkomyślnie, ale od tamtej historii nie mogę się przełamać, na prawdę...

- No to pójdziesz jutro – zdecydowała Nicole.

Laura potrząsnęła głową przecząco. Nicole westchnęła.

- To sama się obejrzyj. Może znajdziesz bliznę po cesarskim cięciu, albo bliznę po rozdarciu, czy rozcięciu krocza...

- Chyba nie chcesz mi wmówić, że mogłabym zapomnieć poród! – oburzyła się Laura, lecz jednocześnie poczuła jak zaczyna budzić się w niej malutka nadzieja. Nie będzie przeprowadzała żadnych oględzin! Ale może da się przekonać.

- Nie twierdzę, że zapomniałaś – odpowiedziała Nicole. – Ty wyparłaś to ze świadomości, bo oddając mnie zadałaś sobie gwałt, nie potrafiłaś się z tym uporać.

Laura milczała. Wolała za bardzo nie bronić swego stanowiska. Rób tak dalej, Nicole, przekonuj mnie!

- Musisz mi koniecznie powiedzieć, jak nazywał się ojciec tej twojej ciąży. Od niego dowiem się całej prawdy. Mężczyźni nie są tacy wrażliwi. A może on o niczym nie wiedział?

Pyk! Pyk! Pyk! Pękały kolorowe bańki naiwnych marzeń.

- Owszem, wiedział. Wspólnie zdecydowaliśmy, że ciebie, ach co ja mówię, że tę ciążę usuniemy. Rok później rozstaliśmy się. Nazywa się Hannes Barlow i wtedy wrócił do Düsseldorfu, skąd pochodził. Czy jeszcze tam mieszka, nie wiem, zerwaliśmy wszelkie kontakty.

- Zajmę się tym, mamo. Udało mi się odnaleźć ciebie, to i jego odnajdę. Nie martw się, wszystko będzie w porządku.

Optymizm Nicole działał na Laurę. Niech się dzieje, co się ma dziać, myślała mgliście.

- A może wybierzemy się do lasu na spacer? – spytała Nicole nagle. – Taka piękna pogoda.

Pogoda? Piękna? W listopadzie? zdziwiła się Laura, ale przez okno zobaczyła jasne, czyste niebo. W listopadzie...

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×