Przejdź do komentarzyUłas Samczuk - Mój Wrocław cz.II
Tekst 15 z 23 ze zbioru: Wrocławski przeplataniec
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2011-11-17
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1871

Ułas Samczuk - Mój Wrocław cz.II


Na jeden z takich komersów otrzymałem zaproszenie. Obszerna sala, ściany do połowy wyłożone drewnem, portrety Fryderyka Wielkiego, Bismarcka, wybitnych członków korporacji. Pośrodku długi stół, za stołem w centrum zarząd pod wodzą prezesa, dalej członkowie z odznakami i szpadami. Z  boku mniejszy stół, a za nim młodzi nowicjusze zwani „fuksami” pod dozorem „pawke”(starszego, nadzorcy). Zaczynało się od krótkiej przemowy prezesa. Następnie wygłaszano toasty za prezydenta państwa, a potem śpiewano pieśni. Wszyscy śpiewali siedząc, trzymając się za ręce i kołysząc się z boku na bok.

Wreszcie zaczynała sie pijatyka. Nalewane były wielkie ceramiczne kufle piwa i zwyczaj wymagał wypicia takiego kufla za jednym oddechem. Nie wszystkim, zwłaszcza „fuksom” to się udawało, wtedy im pomagał „pawke” rzemieniem. Chłopcy naprężali się, sinieli od wysiłku, ich żołądek napełniał się jak beczka, ale kufle zostawały opróżnione i ich męskość była się w końcu dowiedziona.

Do działalności korporacji należały też „menzury”, czyli fechtunek. Uczestnicy ubierali specjalną odzież i według pewnych praw, pod okiem instruktora odbywał się fechtunek przy pomocy długich, cienkich szpad. Chodziło o to, aby przeciwnikowi zadać ranę w policzek, co oznaczało zwycięstwo. Rana krwawiła, na twarzy zostawała szrama, jako znak przynależności do kasty rycerzy, co dawało przywileje w towarzyskiej i społecznej karierze…. I to dawało im prawo należenia do przywódczej warstwy „Rajchu” i bycia twórcami jego losu.

Do tych naszych przygód z galonami i komersami trzeba także dodać jedną pamiętną naszą wędrówkę za miasto. Niemcy lubią wędrowanie, mają związane z tym specjalne piosenki i bogatą tradycję, spowitą symboliką i rytuałami. Studencka młodzież nie stroniła od tego, w tym i grono Blume-Martin-Burkhard-Daniel.

Nasza wędrówka prowadziła do Leuten (Lutyni), dwadzieścia kilometrów na zachód od Wrocławia. Przejeżdżamy tramwajem przez miasto, następnie autobusem do starego uroczego miasteczka, od którego kilka kilometrów dalej idziemy przez pole na miejsce bitwy z czasów wojny siedmioletniej, gdzie 5 grudnia 1757 roku wojsko Fryderyka Wielkiego rozbiło armię Marii Teresy i zdecydowało o przyłączeniu Śląska do korony pruskiej.   Był łagodny  jesienny dzień, świeżo, lekko, wesoło. Wysiedliśmy z autobusu i, wziąwszy się pod ręce, szliśmy w krok szeregiem, śpiewając kabaretową piosenkę autorstwa Hermana:

„Smaży Flinke powidła z jabłek, nie ma łyżki, pomaga sobie nogą… Pierunie, pierunie, - dobrze, wiolinka zbita – amen”.

Jej zasada - pierwsze dwie strofki dowolnej improwizacji, do tego refren „pierunie, pierunie – dobrze”, na końcu polsko-niemiecki zlepek bez jakiegokolwiek znaczenia.

Na miejscu pobojowiska zwiedzamy muzeum z eksponatami z tamtych czasów. – Teraz niestety takimi armatami nie strzelała by nawet nasza 120 tysięczna armia - flegmatycznie mówi Herman. - Dlaczego? Na wróble nie można – dodaje Martin. – Myślę, że na wróble wystarczyłyby same uniformy. Idealne na strachy ! - dodaje Burkhard. – No, nie gadaj! Można je jeszcze użyć w operetce… A taka kula… Wyobraź sobie, wpadnie ci do oka…. I masz kłopot - filozofował Martin.

Z podobnymi komentarzami przechodzimy całe muzeum, a kiedy kończymy zwiedzanie, udajemy się z powrotem w kierunku miasta i po drodze wstępujemy do starego, spowitego bluszczem zajazdu – „U starego Fryca”, znanego z tego, że tutaj po bitwie odpoczywał król, co zaznaczono okolicznościowymi malowidłami na ścianach i pewną ilością pozostawionych przedmiotów. To przemiłe miejsce starannie chroniło swoją autentyczność i było zawsze pełne gości. My także tutaj przysiedliśmy i zajęliśmy stół z tyłu pod obrazem bitwy, zamawiając obiad. Śląską „Nudelsuppe”, wieprzową pieczeń z kiszoną kapustą oraz piwo, jedli z dziką werwą, a kiedy skończyliśmy jedzenie, jedni zamówili kawę, inni piwo, zapalili „Oberztolc” i czekali dalej, gdyż dowiedzieliśmy się, że mają być jeszcze tańce. - Ty, o ile mi wiadomo, tańczysz jak opętany ogier – burczał do Hermana Burkhard, który nie chciał zostać na tańce. – Nie przejmuj się - odpowiadał Herman. – Ten oto dobrodziej – wskazał na mnie – wykona to za nas wszystkich. – I przymrużywszy oczy cieniutko zaśpiewał: „Wenn Du meine Tante siehst, Ich last Sie grussen. Heute komme ich nich mehr nach haus”. (Kiedy zobaczysz moją ciotkę, pozdrów ją ode mnie. Dzisiaj nie wrócę już do domu.)

Nikt z nas nie odznaczał się w tańcu, ale i to trzeba było przeżyć. Pogodnie, ciepło, zacisznie …To tworzyło atmosferę Gemutligkeit (milusieńką). Myśmy się wygłupiali, każda rzecz wywoływała śmiech, wszystko działo się w rytmie radości.

A gdy zaświeciło dyskretnie przyciemnione światło, zaczęła grać salonowa orkiestra, z początku, jak wypadało, Straussa, potem muzyka przeszła w tango, fokstrota, dżimi. Zaczął się atak na „damy”, jakich tu wciąż przybywało. Herman, normalnie dobry w słowach, haniebnie bojaźliwy w czynach, siedział i wyczekiwał, Burkhard nawet nie myślał tańczyć, Martin przymierzał się to do tej, to do tamtej, ale nie ruszał się z miejsca.

- Jedyna nadzieja w tobie. Ruszaj – szturchał mnie Herman. – Bierz tę jasnobrewą!

- Widzisz, kto obok niej siedzi? – odezwałem się. – Drakon!

- A ty nie zważaj na to! Idealny materiał na to  - powiedział Herman.

Jednakże myśmy powoli się rozkręcali i szturm się zaczął. Tańczył też Herman. I nawet Burkhard. I mieliśmy sukcesy. Jasnobrewa, którą rekomendował mi Herman zostawiła swoją  nastroszoną matkę i przeobraziła się w giętką, lekką nimfę, z jaką tango wychodziło gładkie jak jedwab. Nawet zdążyliśmy się zbliżyć, wymieniając uśmiechy, a także adresy, co oznaczało możliwość spotkania się.

Bawiliśmy się wybornie z wyjątkiem Martina, który wieczór spędzony baz skata uważał za stracony. Żyć, znaczy grać. To jego dewiza. Do niego od czasu do czasu przyjeżdżał ojciec ze starszym bratem, aby to sprawdzić. Do nich dołączał Herman i oni z przyjemnością cały jeden dzień i dwie noce spędzali na tej grze.

Ten nasz heroiczny „szturm i nacisk” zakończył się około północy, dodajmy do tego kilka godzin na powrót, a kiedy spać?

Jednakże naszym „korpus delikti”,  nie było spanie. Pięć, sześć godzin i dosyć! Gorsze, że nasze przygody fatalnie odbijały się na budżecie. Do kolejnej „gaży” zostawał tydzień, a nasza kasa ziajała pustką. Potrzebne były drastyczne oszczędności… Obiady w menzie skurczyły się do dwudziestu kopiejek – grochowa zupka i zapomnieć o mięsie, a na kolację do kromki chleba, margaryna o smaku stęchłego siana z herbatą, która nawet nie stała w pobliżu cukru.

- Oczeń płocho – mówił Herman po rosyjsku, aby mocniej wyakcentować naszą sytuację.

- To nic. Wytrzymamy! – ja na to odpowiadałem.

Tym bardziej, że niespodziewanie odwiedzała nas pani mama Hermanina, która przybyła z Bytomia, zaszła do nas, nie zastała nawet naszego śladu i zamieszkała w hotelu „Am Hirsz” („Pod jeleniem”) na Tauentzienplaz (dziś plac Kościuszki) dokąd nas wkrótce zaprosiła na obiad. Popatrzyła na nas i jęknęła:

- Dzieci! Kiedy ostatni raz coś jedliście? My tylko patrzyliśmy i mrugali oczyma. A jedliśmy obiad w restauracji z takim apetytem, który mógłby pochłonąć cały plac z jego ruchem i wszystkimi sznyclami wiedeńskimi, jakich starczyłoby dla sfory głodnych wilków. Całkowita gloria! A przy okazji dowiadujemy się, że nasza pani mama opuszcza Bytom i przenosi się do Wrocławia. Jaki sens, mówi, jest im mieszkać w dwóch mieszkaniach, jeśli można w jednym. Ponadto, Bytom to nie Wrocław, tam już nic jej nie trzyma, a ponadto ona ma także ochotę na zmianę mieszkania. Czy jej potrzeba aż sześć pokoi na troje ludzi, kiedy można ograniczyć się do czterech?... I być razem.

Niby racja, ale czy Herman był z tego bardzo zadowolony? Można wątpić. I rzecz nie w ilości pokoi, ale to znaczyło – żegnaj wolności… Ale się stało. I wyboru nie było. Z początkiem grudnia z małymi perturbacjami, w jakich i mnie udało się wziąć aktywny udział, nowe się zaczęło. Szukaliśmy mieszkania i znaleźliśmy je hen za Odrą na szerokiej, wysadzanej kasztanami ulicy, zwanej Rosenhaim (dziś Niemcewicza), pod numerem 43. Cztery pokoje z kuchnią  na drugiej kondygnacji trzykondygnacyjnego domu z wejściem od szerokiego zajazdu. W porównaniu z ich mieszkaniem w Bytomiu wyglądało to skromnie, trzeba było znacząco się ścieśnić, rozstać z pewnymi meblami, przerzedzić bibliotekę, zostawić marmurowe schody z czerwonymi dywanami.

Ale nie było to znowu aż takie złe i pani Hermanina lekko się z tym pogodziła. Wrocław nadrabiał innymi wartościami, to było wielkie miasto, a do tego znacząco zmniejszały się jej wydatki. To dla niej, rentierki,  wiele znaczyło. Rozpoczęła się bieganina po sklepach, wybieranie tapet i firanek, pani Hermanina raz po raz apelowała do moich talentów artystycznych.

- Ułasku! Tyś przecież artysta. Jak to ci się podoba? Oprócz zakłopotania, niczym nie mogłem na to odpowiedzieć. Ja tak mało miałem wspólnego z takimi sprawami, że moje zdolności były tu bezsilne. Ja  chyba jedynie mogłem powiedzieć:

- Wielmożna pani! Poczucie estetyki to sprawa indywidualna, a Wasze jest takiej jakości, że mnie równać się z nim nie sposób.

Ja z góry we wszystkim z nią się godziłem, gdyż do moich gustów nie miałem zaufania. Mieszkanie zostało urządzane według jej wyboru, a ona na próżno wszystkich zapewniała, że stało się to z moją pomocą.

Najpierw urządzany był główny obszerny pokój, który miał przeznaczenie potrójne: jadalni, salonu i biblioteki. Ustawiono tu wielki kredens ze starymi kryształami i porcelaną, szafę z najbardziej wartościowymi książkami, wisiał portret pierwszego męża pani Hermaniny, ojca Hermana – solidnego pana z energicznym obliczem …Tu także przechowywany był wielki obraz – pejzaż jakiegoś znanego mistrza, którego podpis się zatarł, który ojciec pani Hermaniny przywiózł jeszcze z Rosji – krajobraz z płaczącymi wierzbami, rzeczką i łaciatymi krowami, w stylu przypominajacym pewnego malarza, Francuza.

Pośrodku był wielki stół jadalny, wokół niego pół tuzina miękkich krzeseł z wysokimi oparciami. W kącie z boku mniejszy owalny stolik, pokryty ciemnoczerwonym obrusem z trzema skórzanymi półfotelami. Przy wielkim stole jedliśmy obiady i kolacje, przy owalnym rano czekało na nas śniadanie, po obiedzie kawa, po kolacji herbata i tu prowadzone były  różne rozmowy.

My z Hermanem zajmowaliśmy przydługi pokój przy wejściu z dwoma łóżkami, stołem do pracy, szafą pełną książek i miękką kanapą… Pani Hermanina miała niewielką zaciszną rezydencję po drugiej stronie jadalni, a mały pokoik blisko kuchni należał do naszej, zawsze przyjaznej gospodyni, panienki Hani.

Tak zaczęło się, jak mówił Herman, „nowe życie”. Było syto, ciepło, rodzinnie, ale o swobodzie trzeba było zapomnieć. Rano, najpóźniej o ósmej – „frisztik” (śniadanie) – kawa, bułeczki, masło, jajka. Obiad w dni robocze dalej jedliśmy w menzie, natomiast kolacja o siódmej, to był rodzinny bankiet z zapalonym kandelabrem, w marynarkach i krawatach, z porcelaną i kryształami… I starodawnymi srebrami z monogramami.

A po kolacji? Nie ma już chodzenia do kawiarni nad Odrą, zapomnieć trzeba o znajomościach z Lutyni. Żadnego skata i „galonów”. Niekiedy w sobotę zjawialiśmy się w nowiutkiej, nowoczesnej kawiarni Szumachera po drugiej stronie Odry na rogu Gartenstrasse (dziś J. Piłsudskiego) i Świdnickiej… Łagodne, nastrojowe oświetlenie, aromatyczna kawa, cudowne papierosy i nie mniej cudowne rozmowy. Hermanowi to nie całkiem się podobało, tu była zazwyczaj z nami pani mama i Ułasik, a gdzie Martin, Burkhard? Gdzie skat? Czy nie jest przyjemniej w Piwnicy Świdnickiej? Dym, harmider, żelaźni „Bucht-kozaken („kozacy taborowi”).

Pani Hermanina paliła i mnie namawiała do tego. Za jej młodych lat palenie uważane było za wielki szyk, a dla kobiety za szczyt elegancji. Ja nie sprzeciwiałem się, mogłem wziąć papierosa, mogłem puszczać dym z ust, ale nie wykazywałem skłonności do ulegania „wielkiemu szykowi.”

Moją pasją były rozmowy i niebo podarowało mi nowego pana Kronenberga, chociaż w spódnicy. Literatura, filozofia, sztuka. Pani Hermanina miała mnóstwo wspomnień. Swego czasu należała ona do ciekawego towarzystwa, przebywała w Berlinie, gdzie zapoznała wielu pisarzy, wspominała Cafe „Ojczyzna” gdzie spotykała się z Gerhardem Hauptmanem, przypominała sobie też często spotkania z Hermanem Szteerem.

- Obecnie oni o wszystkim zapomnieli… Powiem panu, Ułasku, …Pisarze to niewdzięczni ludzie. Zwłaszcza ci bardzo sławni.  Za mojej młodości to były bożyszcza …. Teraz ich przyćmiewają gwiazdy Hollywoodu. Ale Ułasku, niechaj nas nic nie zraża. Literatura była i pozostanie główną sztuką. Słowo. Co wart jest człowiek bez słowa?  Nic innego nie może go zastąpić -  mówiła miękkim, poważnym, płynnym głosem.

Tu także wiele mówiło się o moich twórczych zamierzeniach. Miałem idę powieści, trylogii „Dziad Dniepr” i dla niej ten pomysł stał się bliskim.

- To bardzo ciekawe, ale ty nigdy tam nie byłeś – powiedziała.

- O, jestem jeszcze młody, to jest sprawa przyszłości, może mi się poszczęści i będę tam. A czemu by nie? Toż to kraina moich przodków.

- Przodków – tak… Ale polityka …To jest sztuka drapieżna. Ona nie zawsze liczy się z przodkami – coś w tym rodzaju powiedziała pani Hermanina.

Mówiliśmy o mentalności Rosjan, o ich instynktach grabieżczych, nieposzanowaniu wolności… Wspominali Tiutczewa z jego „ rozumem Rosji nie pojmiesz”, od czasu do czasu przypominał się Dostojewski, jako rasowy reprezentant tej monumentalności „tajemnicza siła magiczna” , „instynkt pierwotnego egoizmu”, bez odwołania się do miłosierdzia.

Mając na względzie tę swoistą chemię i nie mając pewności co do „przebywania nad Dnieprem”, postanowiłem zawęzić zakres swoich ambicji i zacząłem mówić o innym pomyśle… Tematyka kroniki rodzinnej z podtekstem filozoficznym także wabiła europejskiego czytelnika, nad czym myślały takie osobistości jak John Galsworthy, Tomasz Mann, Romain Rolland, Knut Hamsun. Pójście ich śladami także nie byłoby najgorszym wyborem i w moim wszechświecie pojawiła się mgławica, z jakiej powoli wyłaniały się kontury przyszłej powieści „Wołyń”. Rozumie się, że pani Hermanina została w to wtajemniczona i jej się to podobało.

- Dobrze, Ułasku. To… to pomysł idealny. Pisz!

Omawialiśmy temat, filozofię, osoby, detale. My mogliśmy na ten temat rozmawiać godzinami kosztem Hermana, któremu ta rozmowa niewiele mówiła. Jego lektura, to był „Berliner Illustrierte” i usypiająca powieść Wiki Baum „Ludzie w hotelu”, drukowana tam w odcinkach.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Niezwykle piękny i barwny opis życia i zwyczajów mieszkańców miedzywojennego Wrocławia. Czyta się to z zapartym tchem. Rodzi się tylko pytanie: Kogo oceniać? Autora, czy tłumacza? A tłumaczenie też jest wykwintne.
avatar
Bardzo ciekawe wspomnienia młodego człowieka, który wnikliwie obserwuje ludzi i zdarzenia. Dobrze się stało, że o przeszłości Wrocławia i jego ludziach wypowiada się naoczny świadek. Dzięki autorowi poznajemy kawałek historii.
Brawo dla tłumacza!
© 2010-2016 by Creative Media
×