Przejdź do komentarzyWileńszczyzna, rodzinna ziemia rodziców. Cz.1/2.
Tekst 2 z 53 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2014-03-20
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2912

Historia... nieodłącznie przeplatająca dzieje naszych rodzin z historią naszego narodu. Właściwie to powinienem napisać odwrotnie - to historia naszego narodu wpływała na dzieje Polaków. Nie ominęła i rodzin moich rodziców...

Rodzina ojca mieszkała przed wojną we wsi Polany, niedaleko kilkunastotysięcznego, powiatowego miasta Oszmiana, gdzieś z pięćdziesiąt kilometrów na południowy wschód od Wilna. Rodzina mamy też żyła w tamtym rejonie, w miasteczku Ostrowiec. Przyszła wojna... i nagle, nie ruszając się z chałup, wszyscy mieszkający na Wileńszczyźnie Polacy co chwila dowiadywali się, że żyją już w innym państwie. Urodzili się i żyli w Polsce, a potem jak przekładaniec – wkroczyła Armia Czerwona, większość województwa Stalin oddał Litwie. Po kilku miesiącach Rosjanie wkroczyli do całej Litwy, zajmując przy okazji całą polską, przedwojenną Wileńszczyznę. Po roku te ziemie zajął Hitler, następnie w 1944 ponownie `wyzwolił` je Stalin. Podzielił byłe województwo wileńskie jak chciał, narysował nowe granice administracyjne. Powiat oszmiański znalazł się nie na Litwie, ale już na Białorusi, tuż przy republikańskiej granicy z `Litewską Socjalistyczną Republiką Radziecką`. I to wszystko tylko w ciągu pięciu lat...

W 1945, szesnastego lipca, cała rodzina mamy repatriowała się na Ziemie Odzyskane nowej Polski. Załadowała się z ruchomym dobytkiem do towarowych wagonów i po dwóch tygodniach dotarła w ówczesne zielonogórskie.

Z rodziną ojca historia zagrała bardziej perfidnie. Prawie cała wioska, podobnie jak i okoliczne wsie, była polska. Żyli tam `na swoim` od pokoleń. Tata, po okresie konspiracji w AK, został latem czterdziestego czwartego zmobilizowany do II Armii Wojska Polskiego. Do wojska poszedł tylko ojciec, reszta rodziny została na ojcowiźnie. Mieli się również repatriować do nowej Polski. Żal jednak było chłopom z tych wsi opuszczać rodzinne gospodarstwa, swoją małą ojczyznę. Zwlekali jak długo się dało. Żal było i rodzicom ojca, jego starszemu bratu i siostrze. Zwłaszcza że te ziemie od dawna, jak pamięcią sięgali, nazywane były też i `od nazwiska` – Brałkowszczyzną. Szlachta już zubożała, zaściankowa, chłopska właściwie, zwłaszcza po konfiskatach ich majątków przez carat po powstaniu listopadowym.* Zawsze jednak wiedzieli, że są na swoim.

Umówili się chłopi, że repatriują się po żniwach. Mijał rok czterdziesty piąty, ale dalej żal było opuszczać swoją ziemię. Postanowili więc wyjechać po żniwach w czterdziestym szóstym. Niestety, w tym roku były bardzo słabe zbiory. Jak tu jechać? Jak gołodupce, bez zapasu zboża na siew? Zdecydowali poczekać jeszcze rok, wyjechać po następnych zbiorach.

Żniwa w roku 1947 były dobre. Wreszcie postanowili się repatriować, całą wioską jak jeden mąż. Z sąsiednich wiosek podobnie. Gromadnie pojechały chłopy do powiatowego miasta Oszmiana po stosowne papierki, do władzy po zaświadczenia, że jako Polacy chcą wrócić do Polski, do Matki-Ojczyzny swojej.

I tu... szok! Dosłownie osłupieli. Okazało się, że nie są narodowości polskiej, tylko białoruskiej! Są Białorusinami! Chłopy zbaranieli - Jak to , co to, co wy! My Polacy z dziada pradziada, Polska Ojczyzną naszą, do niej chcemy wrócić!

Żadne krzyki, złorzeczenia, przekleństwa nie pomogły. Nie w tamtych czasach. Wyszedł miejscowy urzędnik, przyjezdny Rosjanin, spojrzał na rozgorączkowany tłum Polaków i zimno, cedząc słowa przez zęby, wyrecytował - Co to za hałasy? Sybiru wam się zachciewa? Wisiała informacja przed urzędem, że kto się czuje Polakiem, ma zgłosić się w ciągu trzech dni do rajkomu i podpisać bumagę. Nikt nie przyszedł, więc zostaliście przypisani do narodowości białoruskiej. A jako Białorusini nie macie prawa do repatriacji do Polszy. Wot i wsio. Rozejść się, bo inaczej...!

Co miały chłopy zrobić? Zadrzeć z potęgą państwa stalinowskiego? Pamiętali wywózki w 1940 i w 1941, ostatnie ledwie tydzień przed najazdem Hitlera. Słyszeli o podobnych wywózkach z miast i po `wyzwoleniu`. Nikt z wywiezionych nie powrócił.

Wrócili więc do domów. W całej wsi rozległy się krzyki, płacze, biadolenia matek i żon. Tylko na tyle można było w tamtych czasach sobie pozwolić. Jednym rozporządzeniem, bez pytania się ich o zdanie, Polacy przestali być Polakami. Zostali, jako Białorusini, obywatelami  wielkiego Sajuza  Sawietskich Socjalisticzeskich Respublik.

Jak się później okazało, o tej wiszącej bumadze `z wezwaniem grażdan narodowości polskiej...` nikt we wsiach nie słyszał i nie wiedział. Zwykła kartka, wyrwana z zeszytu, została wywieszona na tablicy ogłoszeń przed urzędem rajkomu i nigdzie indziej. Zawisła w sierpniu, w czasie żniwowej gorączki. Po trzech dniach została zdjęta. Mało który z mieszkańców miasta ją zauważył, a co dopiero ktoś z chłopów. Oni w tym czasie mieli na głowie koszenie zboża, a nie wycieczki do Oszmiany. Po co mieliby do miasta jeździć? Mądrze urzędnicy `od narodowości` to wymyślili - odbyło się wszystko zgodnie z prawem? Odbyło. Nikt się nie zgłosił, więc milcząco przyznał się do narodowości białoruskiej. Nie było już Polaków w oszmiańskiem, nie było problemu. Rysy twarzy się też zgadzały. Wszyscy mieli europejskie, a więc ani chybi białoruskie.


*Jeden z Brałkowskich został powieszony przez władze carskie za udział w powstaniu listopadowym. Jego syn, Florian, został przymusowo wcielony na 25 lat do wojska rosyjskiego. Dla zrusyfikowania zmieniono mu nazwisko na Perepeczko. Przeżył, wrócił do Oszmiany, ożenił się  i założył nową gałąź rodziny - nie pozwolono mu wrócić do rodowego nazwiska.

  Spis treści zbioru
Komentarze (11)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetny początek, a jednocześnie niezwykle aktualny problem. Piękna relacja o poplątanych losach Polaków. Wystawiam najwyższe oceny. Proponuję natomiast w zdaniu rozpoczynającym się "Po kilku miesiącach" wyrzucić przymiotnik "całej". W tak krótkim zdaniu rażą dwukrotnie użyte podobne słowa (całej, całą). W tymże samym zdaniu usunąłbym przecinek przed "przedwojenny", natomiast dalszych zdaniach wstawiłbym przecinki przed: jak chciał, jak długo. Proponowałbym również sprawdzić, ale jestem niemal przekonany, że "Zielonogórskie" należało napisać wielką literą. Gdyby to było woj. zielonogórskie, to wówczas na pewno małą. Zresztą w 1945 roku nie było woj. zielonogórskiego. Podobne wątpliwości mam do słowa "Oszmiańskiem". Gdybyś napisał w obwodzie (rejonie, powiecie) oszmiańskim, to na pewno literą małą, ale "w Oszmiańskiem" w moim przekonaniu wielką.
Wskazuję te niuanse dlatego, gdyż domniemywam, że będzie to fragment większej całości przygotowywanej do druku, a wydawnictwa na takie "drobiazgi" nie zawsze zwracają uwagę.
avatar
Dziękuję za szczegółowe poprawki, Janko.
Wyrzuciłem "całej", przy okazji poprawiając "do Litwy" na "na Litwę".
Co do przecinków - tak. Mam tylko wątpliwość, czy należy usunąć przecinek w: "Podzielił byłe województwo wileńskie jak chciał, narysował nowe granice administracyjne". Według mnie tu przecinek jest potrzebny, albo przed "jak chciał, albo przed "narysował".
Co do pisowni z dużej litery: "Zielonogórskie", "w Oszmiańskiem" - tak, sprawdziłem, trzeba pisać z dużej litery.
W 1945 nie było tam nazwy żadnego województwa, nazywano je ogólnie "Ziemiami Odzyskanymi". W latach 1946-1950 istniało jako "województwo poznańskie", a dopiero od 1950 jako województwo zielonogórskie. Poprawiłem "ówczesne zielonogórskie" na właściwą nazwę :)

PS. Słusznie domniemywasz, dlatego tak cenne są Twoje uwagi co do poprawności zapisu i błędów merytorycznych. Jeszcze raz dziękuję.
avatar
Cieszę się, że moje uwagi były merytoryczne, a nie jakieś tam inne, zaczepiające o kupę. Natomiast ja nie pisałem o zbędności przecinka przed "jak chciał", ale właśnie wskazywałem jego brak. Skoro jednak już o tym dyskutujemy, to radziłbym pomyśleć, czy przed "rajkomem" jest potrzebne słowo urząd, skoro rajkom ze swej natury jest urzędem. Pozdrawiam z szacunkiem.
avatar
Hardy, celnie trafiłeś w mój gust czytelniczy. Od wielu lat interesuję się literaturą faktu, biografiami, autobiografiami.
Twoje opowiadanie jest jak lekcja historii w pigułce, napisane poprawnym językiem, ciekawe i przy okazji zmuszające do refleksji dotyczących naszej rodzinnej historii, do ludzkich losów. Co więcej, nazywam takie wspomnienia rodzinne żywą historią. Często tak jest, że nie doceniamy opowieści naszych dziadków czy rodziców, a przecież przekazują nam swoje doświadczenia i byli świadkami wydarzeń. Bywa, że dowiadujemy się z tych opowieści tego, czego nie przeczytalibyśmy w żadnym podręczniku historycznym.

Odnośnie poprawności językowej, to nie zauważyłam błędów, a poza tym, autorytetem i fachowcem jest Janko, który już wskazał miejsca do korekty. Dla mnie tekst jest bezbłędny.

Pozdrawiam obu Panów :)
avatar
do Janko:
Faktycznie, źle przeczytałem, co napisałeś o przecinku. Było późno w nocy, kiedy czytałem, przysypiałem i to jest efekt. Mój niezamierzony błąd.
Co do "rajkomu" - zastanawiałem się wcześniej i zdecydowałem napisać: "urzędem rajkomu", ze względu na coraz mniejszy krąg osób, które znają te słowo (pamiętasz moją "celinę", którą wraz z Medicus uznałeś za imię?). Ale zgadza się, nie wygląda to dobrze. Poprawiłem, zostawiłem sam "rajkom", wyjaśnienie pojęcia umieszczając w przypisie.
avatar
do Piórko:
Wiesz, czego żałuję? Że kiedy jeszcze był czas, nie brałem taty na spytki o jego przeżyciach z okresu wojny. To, co kiedyś czasem wspomniał, już starczało na oddzielne opowieści. Większość rodzinnych wspomnień znam od wujków i od mamy. Zacząłem się tym bardziej interesować, kiedy już mocno dojrzałem... ale taty już nie było.
Gdybym mógł cofnąć czas...
avatar
do Medicus:
Hmm, nie chcesz chyba powiedzieć, że lubisz przychodzić dopiero "na gotowe"? ;)Mieć łatwo, lekko i przyjemnie? ;)
Co zaś do lekkiego pióra - a cóż to za problem? Siada się przed kompem, przypomina coś ze wspomnień, uderza w klawisze składając literki w wyrazy i zdania tak, aby miało w miarę strawną treść i... gotowe. Każdy może próbować i wcale nie boli ;)
avatar
Bardzo interesujące a przy tym łatwo się czyta.
avatar
Miło mi, Zarebo, że się podobały moje wspomnienia. Znaczy - część wspomnień, które spisuję, dopóki tkwią w pamięci opowieści rodziców :)
avatar
Coż mogę dodać do wypowiedzi poprzedników, że jest to żywa lekcja naszej historii, którą najbardziej cenię. Ja również żałuję mocno, że nie interesowałam się dostatecznie przeżyciami i doświadczeniami przodków, które zabrali ze sobą.
avatar
Cóż, na zainteresowanie rodzinnymi historiami czas przeważnie przychodzi później, po odchowaniu własnych dzieci. Często zbyt późno...
Zostaje mozolne składanie obrazu z rozpryśniętych cząstek wspomnień, jak witraż...
Pzdr. Puszku.
© 2010-2016 by Creative Media
×