Przejdź do komentarzyCyrkiel, cz. 1/2
Tekst 148 z 156 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2026-03-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń145

(...)

W następnym roku znowu pojechaliśmy na urlop w to samo miejsce. Po co zmieniać znane i przyjemne? Szukać innego miejsce? Czasem niby lepsze jest wrogiem dobrego. W Barczewie mieliśmy już znajomych, z dzierżawcą pola biwakowego i plaży Zdziśkiem oraz jego rodziną byliśmy w dobrej komitywie. Miejsce na polu namiotowym nad Orzycem, które zniwelowałem w minionym roku, czekało na nas. Okazało się, że Zdzisiek również zniwelował duży teren tego pola. Po przywitaniu, na moje nieme zapytanie, odparł:

– Miałeś dobry pomysł. Wynająłem mały spychacz i też wyrównałem. Jest teraz dużo więcej miejsca pod namioty. Ale mam prośbę. Pracuję też jako ochroniarz w Olsztynie, dwanaście na dwadzieścia cztery. Gdy jestem w pracy, zostaje tu tylko moja córka. Plaża jest niestrzeżona, ale płatna, więc dobrze mieć kogoś, kto się zna na wodzie i utrzyma porządek. Ja nim jestem, ale jak tu jestem. Jesteś pływakiem, mówiłeś, że wiesz, jak ratować ludzi z wody… siadałbyś i pilnował wszystkiego, jak mnie nie ma? Na ławce przy kasie lub u góry sprzed namiotu. Dostaniesz lornetkę. Zapłacisz za to tę samą stawkę, co w poprzednim roku, a nie wyższą nową.

Długo się nie zastanawiałem. On miał interes, aby nie zatrudniać nowego pracownika, ja i tak byłem na miejscu. Na dłuższe trasy pływackie wypływałem i tak wczesnym rankiem oraz wieczorem, kiedy nie było plażowiczów. Tak, obserwować plażę mogłem i spod namiotu. Zgodziłem się.

Kilka dni później, w upalną niedzielę, gospodarz Zdzisiek był w pracy w Olsztynie. Około południa, opalałem się na materacu przed namiotem. Zgodnie z umową, miałem jednak oko na plażę, co pewien czas obserwując teren przez lornetkę. Akurat spojrzałem w stronę wejścia, kiedy przez otwartą bramę przebiegło czterech mężczyzn i, nie zatrzymując przy kasie, pędem rzuciło się po pochyłości w stronę kąpieliska. „Kurde, znowu jakieś cwaniaczki – przemknęło mi przez głowę – myślą, że się uda bez zapłaty” – spojrzałem w dół, aby zobaczyć, gdzie się rozłożą i dopiero zainterweniować.

Nie zatrzymali się jednak na plaży, tylko wbiegli na pomost, a jeden z nich skoczył w ubraniu do wody, obok kąpiących się dzieci. „Na główkę! Wariat, odbiło mu?! Cholera, pewnie jacyś dobrze podpici…” – odłożyłem lornetkę, aby zejść w stronę pomostu.

Po kilkunastu krokach zauważyłem, że na pomoście zaczęło się tworzyć zbiegowisko plażowiczów. Kurde, coś się stało. Przecież tam wody ledwie po pas… – przyspieszyłem zejście i dotarłem w momencie, kiedy dwóch mężczyzn wyciągało z wody trzeciego, ciągnąc go za ręce. Był bezwładny, wleczony jak worek kartofli.

– Cholera! Nie ciągnijcie go! – krzyknąłem, już dobiegając.

– A ty co?! Odwal się! To nasz kumpel! – Trójka mężczyzn zaczęła do mnie wykrzykiwać, a jeden z nich próbował podnieść leżącego na brzegu. – Cyrkiel, wstawaj!

– Mówiłem, zostawcie! – Oderwałem rękę „podnoszącego”. – Nie widzicie?! Może mieć uszkodzony kręgosłup!

Poczułem od nich odór alkoholu. Pochlali się jak świnie i jeszcze na plażę, gnojki! Aż odkaszlnąłem.

Nie uspokoiło to ich. Znowu próbowali podnieść bezwładnego Cyrkla, jednocześnie wrzeszcząc do mnie: – Odwal się od naszego kumpla! Spierdalaj!

Nie wytrzymałem. Co za cholery! Odruchowo odepchnąłem jednego, a następnie drugiego z nich. Byli tak pijani, że poprzewracali się, mimo iż nie użyłem dużo siły. Zdążyłem jeszcze uchylić się przed kułakiem trzeciego. Oż ty! Ścisnąłem go oburącz po swojemu, aż jęknął. A jęcz! Nadal rzucał się, próbował kopnąć i oswobodzić z uścisku, więc „delikatnie” ułożyłem go twarzą do ziemi, siadając na nim okrakiem. Sto kilo żywej wagi nie każdy potrafi z siebie zrzucić.

– Idioci! – Ponownie krzyknąłem do powoli podnoszącej się z piasku dwójki. – Nie widzieliście, że na płytkim na główkę skoczył?! Pewnie kark ma uszkodzony, chcecie kumpla zrobić kaleką na całe życie?! Przytrzymajcie tych durni – to powiedziałem, już spokojniej, w stronę stojących w kręgu plażowiczów – i niech ktoś przedzwoni na pogotowie.

Pomogło, ale nie od razu. Dopiero kuksańce od przybocznych pań pomogły i kilku mężczyzn chwyciło za ręce dwóch pijaków, wstających z ziemi. Ja na trzecim nadal wygodnie siedziałem. Wreszcie przestał się rzucać, gdyż za każde takie nieposłuszeństwo odpokutowywał – niezbyt przyjemnym odczuciem było dla niego, kiedy sto kilo obcej wagi unosiło się i od razu gwałtownie przysiadało na jego plecach. Jak słowa nie docierają do pijaka, to co innego dotrze…

Cała trójka wreszcie się uspokoiła. Chyba trochę otrzeźwieli i widocznie dotarło do ich zamglonych alkoholem głów, co się stało. Mogłem wreszcie się podnieść, tylko pogroziłem palcem mojemu, dosłownie „poddupnemu stołkowi”. Usiadł, ale już przestał się rzucać. Czwartemu, leżącemu w mokrym ubraniu na piasku jak kłoda, nie trzeba było niczym grozić. Ważne, że oddychał, nic więcej woleliśmy przy nim nie robić.

cdn.

  Spis treści zbioru
Komentarze (9)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Ciekawa przygoda i jak zwykle fachowo i poprawnie opisana.
avatar
Przy wspomnieniach wystarczy pamiętać o technikaliach i umieć w miarę ciekawie opisać. Połowa roboty jest już zrobiona dzięki znanej treści ;)
Dzięki, Jnako.
avatar
Literatura autobiograficzna pośród wielu zalet ma jedną, bardzo dla niej specyficzną, cechę: pierwszoosobowe "ja" jest postacią charakterologicznie bez skazy. Jako autorzy nie potrafimy siebie samych stawiać w złym świetle. Z tego powodu główny jej bohater jest jak papier tylko dwuwymiarowy. I to dlatego nie chce mi się tego czytać.
avatar
Belino - przecież nikt tu nie zmusza do czytania tekstów. Chcesz - czytasz; nie chcesz - nie czytasz. Nie musisz o tym informować "urbi et orbi", gdyż wszyscy to znają.

PS. Cytuję z twego komentarza: "I to dlatego nie chce mi się tego czytać". To zrozumiałem. Tylko na jakiej podstawie wystawiłeś oceny za "poprawność językową" oraz "poziom literacki", jeśli nie czytałeś mojego tekstu?
avatar
W komentarzu nie napisałem tego, że Twoich wspomnień NIE PRZECZYTAŁEM! Napisałem to, że nie lubię czytać tekstów autobiograficznych. Ocena za walory językowe Twoich, Przyjacielu, wspomnień dotyczy właśnie tej sfery dominujących w nim "jaj": ja, ja, o mnie, do mnie, ze mną, we mnie, pode mną, przede mną, za mną, beze mnie, przeze mnie, do mnie, o mnie, ja, ja, ja, ja... Supremacja w narracji pierwszoosobowego stukilowego ja-ja mnie osobiście razi. A że inni czytelnicy to akurat w niej sobie cenią, to przecież całkiem inna beczka...
avatar
Nie, Belino. Twój wpis: "...nie chce mi się tego czytać" - jest jednoznaczny i znaczy, że nie czytałeś go.
Chyba że chcesz wprowadzać nowe zasady rozumienia w języku polskim.
Można wspominać "coś" w trzeciej osobie liczby pojedynczej, można (jak ja) w pierwszej, gdyż mnie dotyczy. To wymusza odpowiedni styl narracji.

To wszystko. Bez kontynuacji.
avatar
Na naszej plaży
Wszystko się zdarzyć
Może, rzeka czy morze.

Pan bez gaży
Naciąga babki
Na drogie obłabki,

Pani bardzo rozebrana
Kusi kolejnego pana
Z wdziękiem "alem zakochana!"

Chłopczyk wskoczy do rzeki
Jak groźny rekin,
A z nim kolesie

Co pili wcześniej...
I tak to leci
W świecie wiecznych dzieci.
avatar
Też ważę sto kilo brutto, Bracie. Jeśli po tej wymianie zdań mnie zablokujesz, to jednak wyjdzie na moje, drogi p. Jaj.
avatar
Emilio, kilka dramatycznych zdarzeń przeżyłem w ciągu dziesiątek lat korzystania z wody. Większość, niestety, związanych z lekkomyślnością ludzi. Do tego czasem alkohol i już blisko tego dramatu...
© 2010-2016 by Creative Media
×