Przejdź do komentarzyRozdział 5: Po prostu rock and roll.
Tekst 8 z 23 ze zbioru: Echo Wolności, sezon 1
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2026-04-19
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń121

Rozdział 5

Po prostu rock and roll.

Jest już późny wieczór. W salonie, rozświetlonym ciepłym światłem projektora, wszyscy powoli się zbierają, gotowi na nowy odcinek Liberty Fade Life.

Brakuje tylko Sandry. Stoi jeszcze przy wejściu, pochylona nad telefonem. Przewraca oczami, wzdycha, coś liczy w głowie i odpowiada spokojnym, rzeczowym tonem  o poprawkach, o konstrukcji, o liczbach, które najwyraźniej nie chcą się zgadzać. W końcu się rozłącza.

Siada obok Thomasa i bez słowa opiera się o niego. Jej blond włosy rozlewają się po jego ramieniu i twarzy.

Chłopak krzywi się, próbuje je odgarnąć, ale jedno pasmo uparcie wraca mu na usta.

– Duszę się – mruczy półgłosem.

– Nie dramatyzuj – odpowiada patrząc w telefon na rysunek jakiś dziwnych linii i zapisów.

Thomas wzdycha, odgarnia włosy jeszcze raz, ostatecznie daje za wygraną, przytula ją i całuje w czubek głowy.

Po chwili ktoś wciska play i odcinek zatytułowany: Ktoś śpi sam.

*****

Ekran zalewa błysk stroboskopów, pulsujących w rytmie utworu i przecinających scenę smugami chłodnego światła. Bas jest tak głęboki, że przenosi się z nóg do klatki piersiowej. To dźwięk, który nie tylko się słyszy, ale i czuje. Ville i Thomas ruszają równocześnie z podestu, zsuwając się płynnie po wąskim zejściu z boku sceny. Ich ruch jest niemal teatralny, pewny, kontrolowany, pełen energii. Nie ma tu chaosu ani taniej sensacji. Przeciwnie, ich obecność wśród widowni ma w sobie coś ceremonialnego.

Ville zatrzymuje się przy pierwszym rzędzie, uśmiecha się do chłopaka w koszulce z logo zespołu i przybija z nim żółwika, potem przytula dziewczynę obok – delikatnie, z wyczuciem. Thomas robi to samo, z łatwością, jakby znał każdego z nich od lat. Publiczność zaczyna wrzeszczeć, ale to nie dziki pisk. To dźwięk zbiorowej euforii, zaskoczenia i wdzięczności.

Kamera zdąży jeszcze uchwycić drżące palce wyciągnięte w stronę Villego, kropelki potu na jego szyi, rzęsy dziewczyny nie mogącej uwierzyć, że on naprawdę stoi tuż obok.

Nagle wszystko gaśnie. Na ekranie zostaje ciemność, a w głośnikach słychać tylko oddechy. Obraz przenosi się na backstage. Ville wpada pierwszy. Od razu sięga po wodę z cytryną i pije łapczywie, starając się nie rozlać na rozpiętą koszulę. Twarz lśni mu od potu, ale eyeliner – nie wiadomo jakim cudem pozostaje nienaruszony. Opiera się na łokciach i przymyka oczy. Po chwili podnosi tablet; brwi idą mu w górę ze zdziwieniem.

– O rany – rzuca do wszystkich w pomieszczeniu. – Statystyki nie kłamią, fani chcą kolejne odcinki. Hmm… jest i hejt, choć spodziewaliśmy się więcej. Zresztą, i tak nie czytam komentarzy.

Emma właśnie wchodzi, z ręcznikiem zarzuconym przez ramię, i bezceremonialnie wyrywa mu urządzenie z ręki.

– Oj, piszą, że jesteś synkiem bogatego tatusia. O mnie, że lepiej wyglądam, niż gram… – mówi z uśmiechem. – Ale i tak miłe, co? Też nie czytam komentarzy.

W międzyczasie wchodzi Robert. Porusza się wolno. Jest zmęczony, ale zadowolony. Jednym płynnym ruchem zsuwa pałeczki do plecaka, sięga po telefon i ziewa bezceremonialnie, nie przestając scrollować.

– Wpadło parę ciekawych pytań – rzuca mimochodem. – No, nie czytam komentarzy, ale może na kilka odpowiemy?

– Ok – mówi Libertyn poprawiając włosy przed lustrem. – Ale dajcie mi chwilę. Muszę wyglądać jak człowiek.

Obraz zamienia się w planszę z zegarem odliczającym kolejne minuty i nerwowo krzątającymi się technicznymi. Po chwili zatrzymuje się na Liberty Fade, którzy siedzą już w półkolu. Światła garderoby są przygaszone, lampki nad lustrami odbijają się w ekranie telefonu Roberta, który właśnie zaczyna czytać.

– Pytanie pierwsze: Ville, dlaczego mówią na ciebie Kurdupel?

– Mam metr sześćdziesiąt pięć. Nawet Emma mnie przerasta, o chłopakach nie wspominając.

– Przy nas wygląda jak laleczka – mruczy Paul.

Thomas zerka na Libertyna z boku i odruchowo rozsuwa boczną kieszeń swoich szerokich spodni.

– Wskakuj, zmieścisz się – rzuca z udawaną powagą.

Śmiech rozlewa się po garderobie. Kamera lekko drży – nawet operator nie powstrzymuje się od parsknięcia.

– Pytanie drugie – wtrąca Robert. – Do Kurdupla: serio rozważałeś ekonomię albo coś z liczbami?

– Matematyka to moje drugie ja – odpowiada Ville. – Widzę świat w nutach i cyfrach, wtedy wszystko się składa. Tyle że z innych przedmiotów leżałem. Za to siostra była klasowym kujonem.

Emma prostuje się dumnie i kiwa głową, potwierdzając słowa brata.

– Czy kłóciliście się o muzykę? Kto jest najtrudniejszy?

– Przy nagrywaniu albumu chłopcy parę razy skoczyli sobie do gardeł. Od pierwszej awantury nagrywałem już w okularach – okularników się nie bije – wtrąca Ville.

Robert zerka znacząco na Paula.

– Stary wybacz, nie powinienem krytykować twojego basu.

– Wybaczam – odpowiada uśmiechając się i unosząc kubek z jakimś napojem.

Ville rzuca w kamerzystę ręcznikiem. Światła garderoby migają raz, drugi. Kamera zaczyna cofać się korytarzem. Jarzeniówki nad głową pulsują, a z oddali przebija się gitarowy riff z finału koncertu.

Klub wypełniają dźwięki głębokiego house’u i syczące światła, ślizgające się po szkłach kieliszków i skórzanych kanapach. Tłum jest gęsty, ale selektywny – piękni i modni ludzie, tacy, którzy wiedzą, jak wyglądać, kiedy nic nie trzeba mówić.

Ville siedzi przy barze z wysoką szklanką whisky, której nie wypija do końca przez cały wieczór. Obraca ją leniwie w dłoni. Na parkiecie błyskają flesze aparatów ale to nie on ich szuka. To one znajdują jego. Obok siada pierwsza Włoszka. Wysoka, o oliwkowej cerze i śmiejących się oczach. Druga pojawia się chwilę później. Ville rozmawia z nimi półgłosem, po angielsku, z lekkim fińskim akcentem, co sprawia, że każde słowo brzmi jak obietnica. Kiedy dotyka biodra jednej z nich, robi to z odpowiednim wyczuciem. Druga obejmuje go za szyję. Ich śmiech zagłusza nawet muzykę. Po chwili znikają w półmroku, a jego dłonie elegancko, bez pośpiechu spoczywają na dwóch perfekcyjnie ukształtowanych tyłeczkach.

Gdzieś na drugim końcu parkietu Emma całuje się z Włochem – opalonym, ciemnowłosym typem z tatuażem na obojczyku. Przy jednej z loży Paul i Thomas sączą drinki i z zadowoleniem obserwują resztę świata, jakby oglądali spektakl, którego nie muszą już komentować. Obok nich siedzą dwie dziewczyny. Są młode, rozbawione, gotowe na wszystko.

– A gdzie Ville? – pyta Paul, łapiąc jedną z nich za rękę, kiedy sięga po jego szklankę.

Thomas opiera głowę o tył fotela i spogląda w kierunku, gdzie zniknął przyjaciel.

– Wygląda na to, że załączył mu się tryb Libertyna.

– Ta… Libertyn poszedł podbijać świat – rzuca Emma przez ramię uśmiechając się do dziewczyny którą trzyma za rękę. – Ja też idę.

– I ja – dodaje Paul, zerkając wymownie na brunetkę czarnej sukience.

Thomas wstaje bez słowa. Dziewczyna w krótkich szortach łapie go za pasek i prowadzi w stronę tylnego wyjścia.

Zostaje tylko Robert. Siedzi chwilę sam, wpatrując się w kufel z piwem, który barman podaje mu bez pytania. Wypuszcza powietrze przez nos, jakby coś właśnie przemyślał.

– Wszyscy poszli… – mruczy do siebie. – Nie chcę być powodem do żartów. Liberty Fade to loża szyderców.

Spogląda na parkiet. Kilka dziewczyn wyraźnie go obserwuje. Uśmiechają się, niektóre podchodzą bliżej.

– A mi tak strasznie chce się spać…– mruczy sam do siebie.

Przeciera oczy, rozgląda się jeszcze raz. Wstaje, zarzuca kurtkę na ramię i rusza w stronę wyjścia.

Kamera zatacza szeroki łuk nad ceglanymi dachami Mediolanu. Poranne światło ślizga się po fasadach kamienic, odbija w szybach i spływa leniwie po dachówkach. Zbliżenie na katedrę. Jej białe, koronkowe wieże kontrastują z jasnym niebem, a złota Madonnina błyszczy jak punkt odniesienia. Kamera miękko zakręca i ląduje na tarasie popularnego muzeum.

Zespół Liberty Fade stoi przy szklanej balustradzie. W ciemnych ubraniach, z kubkami kawy w dłoniach i okularami przeciwsłonecznymi.  Miasto rozlewa się przed nimi jak obraz. Cisza jest gęsta, przerywana tylko klikaniem migawki aparatu Paula i szumem klimatyzatorów z niższych pięter.

Emma, w niebieskich okularach, odwraca się do obiektywu.

– Wiecie, że ta katedra ma ponad sto trzydzieści iglic, a najwyższa z nich to Madonnina? – mówi z uczuciem, rozmarzona. – Złota figura Maryi… No i to światło! Widzicie to odbicie na marmurze? To nie przypadek. Ten efekt był zaplanowany!

Paul wzdycha. Thomas przewraca oczami. Emma nie zwalnia tempa – nadal mówi, wskazując gestem dłoni na salę w muzeum.

– A tu stoi Robert, widać, że bardzo się wyspał… – dodaje z lekkim uśmiechem. – A teraz popatrzcie tam, za mną znajduje się Carlo Carrà, futurysta, ale z duszą romantyka…

W tle rozbrzmiewa delikatna, elektroniczna muzyka z subtelnym beatem. Kamera podąża za Emmą, która opowiada o kolejnych malowidłach. Dźwięk powoli cichnie, a obraz przyspiesza pięciokrotnie. Ekran dzieli się na dwie części: jedna obejmuje Emmę w muzeum, druga pokazuje resztę na zewnątrz. Dziewczyna gestykuluje. Wyciąga szkicownik z torby.

W tym samym czasie Thomas przysiada na murku i zaczyna obierać banana, jakby była to jego jedyna życiowa misja. Robert przewija coś w telefonie i cicho prycha śmiechem. Ville patrzy prosto w kamerę i bezgłośnie wypowiada jedno słowo: „help”. Paul robi zdjęcie swojej kawie. Na ekranie jego telefonu pojawia się podpis: „Rob spał sam”.

Dźwięk wraca, a Emma kończy z błyskiem w oku:

– …i to właśnie dlatego zawsze mówię, że Milano to mój drugi dom!

Libertyn nachyla się do Roberta i mówi półgłosem, z uśmiechem ukrytym w kąciku ust:

– Też tak przynudzała, kiedy ją poznałeś?

Ten bez słowa lekko przymyka oczy i potakuje. Ville trąca go ramieniem i przeciąga się leniwie.

– Zjadłbym coś. W nocy spaliłem trochę kalorii.  A ty?

Przyjaciel jednak utrzymuje kamienną twarz i nic nie odpowiada. Kamera łapie moment: dwóch chłopaków w czarnych ubraniach, słońce odbijające się od balustrady, Emma w tle – nadal opowiadająca.

Włoska trattoria jest niewielka i przytulna, z czerwonymi obrusami i starymi fotografiami na ścianach. Robert chwyta menu i rozpromienia się jak człowiek, który właśnie odzyskał język ojczysty. Mówi po włosku płynnie i pewnie, z miękkim akcentem zaskakującym nawet kelnerkę. Ta zerka na niego z zaciekawieniem, a po chwili z rozbawieniem, gdy dorzuca komplement o jej oczach.

– Rob ma rodzinę we Włoszech, w zeszłym roku ich odwiedziliśmy – mówi Emma półgłosem, jakby przypominała o jakiejś wakacyjnej tajemnicy. – Niestety, teraz mamy zbyt napięty grafik. Trochę szkoda.

Ville z kolei patrzy w kartę z miną człowieka zdradzonego przez los.

– Owoce morza… – krzywi się teatralnie. – Jest tu coś, co nie pływało w morzu?

– Krewetki – rzuca Emma, nawet nie podnosząc wzroku. – Biorę!

– Spaghetti ai frutti di mare – ogłasza Paul.

– Ja bym zjadł ośmiornicę – mruczy Thomas i przyciska palec do zdjęcia talerza.

Robert przejmuje zamówienie z pełnym wdziękiem. Mówi szybko, opowiada kelnerce o ich długim wieczorze, wskazuje kolejno na każdego i tłumaczy, kto co chce. Dziewczyna raz po raz się uśmiecha, aż w końcu się rumieni.

Emma opiera głowę na dłoni i patrzy na chłopaka z nieudawaną czułością.

– Dziś nasz perkusista nadrabia urokiem osobistym, bo wczoraj mu trochę nie wyszło – mruczy cicho, bardziej do siebie niż do reszty.

On uśmiecha się niewinnie i nie przerywając rozmowy z kelnerką  zamawia jeszcze… zestaw dziecięcy. Wskazuje przy tym na Villego z miną zwycięzcy.

Thomas patrzy na Roberta z rozleniwieniem.

– Teraz będzie udowadniał, co to nie on. „Jestem Robert, gorący chłopak, ale śpię sam”.

– Nie wiem, czy nasi widzowie, strażnicy moralności, zrozumieją, że w zespole mamy pewne zasady… – mówi Paul, bardziej do kamery niż do kogokolwiek przy stole. – A w tym przypadku ofiara jest skazana na milczenie. Żadnych ripost, żadnego tłumaczenia się. Po jakimś czasie odpuszczamy.

Zamówione dania wyjeżdżają z kuchni w rytmie włoskiej muzyki sączącej się z głośnika nad drzwiami. Kelnerka stawia przed Libertynem talerz makaronu w sosie pomidorowym.

Ciao bella, bellissima, spaghetti, pizza – rzuca Ville z nadętym urokiem w stronę kelnerki i puszcza jej oczko. Potem zwraca się do Roberta:

– Dziękuję za dziecięcy makaron, amore mio.

Zanim chłopak zdąży zareagować, Libertyn całuje go w policzek.

– Nienawidzę cię – stęka Rob, zasłaniając twarz serwetką.

– A ja się tam przyzwyczaiłem – mruczy Thomas. – Daj buziaczka – dodaje i pochyla się do Villego.

Libertyn teatralnie patrzy na niego z dołu, po czym nachyla się i szybko muska jego usta. Kamera łapie ten moment idealnie krótki, niewinny, ale z pieprzykiem.

– To się nie spodoba widzom – mruczy Robert kręcąc głową.

– Nie będziemy ukrywać naszej miłości tylko dlatego, że ktoś śpi sam! – oznajmia Thomas z szerokim uśmiechem.

W tym czasie kelnerka stawia przed nim parującą ośmiornicę. Ville rzuca okiem na talerz i od razu się wzdryga.

– Mamma mia, to się rusza! – jęczy.

Ostatni kadr otwiera się na szaro–czarne wnętrze tourbusa. Jest przytulnie, lekko bałaganiarsko – jak zawsze gdy trzeba się pakować i jechać w dalszą drogę. Z głośników sączy się  jazz. Ville siedzi na kanapie, z nogami podwiniętymi pod siebie, z miną filozofa bez katedry.

– Zjadłbym pizzę… – zaczyna półgłosem, ale zaraz unosi rękę z kartonem. – Właściwie jem. Uwielbiam hawajską, ale zaraz będzie, że jestem wieśniakiem. No w sumie jestem, mieszkam na wsi pod Londynem…

Bierze kawałek pizzy i żuje z namysłem.

– Rob, co ty na to? Bo nie wiem, co gorsze: ananas na pizzy czy puste łóżko?

Chłopak nie odpowiada. Pokazuje znak wisielca. Jego spojrzenie spod oka mówi wszystko.

Kamera oddala się powoli aż w końcu zostaje tylko odbicie ich sylwetek w oknie i światła Mediolanu za szybą.

*****

Sandra przeciąga się z westchnieniem, a jej włosy znowu lądują na twarzy Thomasa. Ten, mając już tego dość, bez słowa odsuwa się i jednym ruchem naciąga jej kaptur na głowę, przygniatając wszystkie niesforne pasma.

Dziewczyna zamiera na sekundę, po czym rzuca mu obrażone spojrzenie spod materiału.

– Dajcie kolejny odcinek, jeszcze nie ma północy – mówi , ściągając kaptur po czym związuje włosy frotką.

– Oho, to będzie ciekawe – rzuca Mia przewijając coś w telefonie. – Zaraz zaczniecie się tłumaczyć z używek.

– Pamiętam. To po tym odcinku twoi studenci zaczęli coś podejrzewać, prawda? – dopytuje Paul.

– Chyba właśnie tak było.

Jari, który przez ostatnie pół godziny stroił gitarę, zatrzymuje palce na jednym z kluczy. Na moment unosi wzrok. Ta historia brzmi znajomo dla wszystkich… poza nim. Jeszcze wtedy nie był w zespole, nie zna wszystkich ploteczek. Uśmiecha się lekko, bardziej do siebie niż do reszty. Mógłby zapytać o tych ,,studentów’’, ale to nie w jego stylu. Wraca do strojenia gitary, spokojnie z cichą nadzieją, że za chwilę wszystko i tak się wyjaśni.

A na ekranie pojawia się tytuł kolejnego epizodu: Grupa wsparcia.

*****

Odcinek otwiera szeroki kadr z lotu ptaka: garstka rowerzystów – Liberty Fade sunie leniwie po amsterdamskich uliczkach. Lipiec pachnie rozgrzanym brukiem, kanałową wodą i syropem karmelowym z pobliskiej budki z ciastkami. Słońce świeci nisko i ostro; nikt nie zakłada bluzy, za to okulary przeciwsłoneczne to absolutna konieczność.

Zespół mknie ulicami. Prowadzi Emma – skupiona, uśmiechnięta, bardziej modelka niż przewodniczka. Kraciasta sukienka z paskiem odsłania długie nogi, modne okulary dopełniają elegancji.

Za nią jedzie Thomas. Bez czapki i słuchawek, a to rzadkość. Nie żartuje, nie śpiewa, nie filmuje. Chłonie miasto, czekając, aż zrozumie to później. Dłonie trzyma pewnie na kierownicy. Milczy. Zwykle o tej porze ma w płucach kilka spokojnych wdechów, skręconych rano w hotelowej łazience. Dziś jest czysto. Sam to zaproponował: „Amsterdam działa mi na głowę, nie potrzebuję filtrów”.

Ville jedzie trzeci. W codziennym makijażu, pomalowane oczy, coś błyszczącego na powiekach. W ręce trzyma butelkę z wodą i plasterkiem cytryny. Popija co chwilę, jakby bardziej bał się odwodnienia niż śmierci. Twarz ma spokojną, lekko zdystansowaną, ale zbyt często zerka przed siebie z irytacją. Ta przejażdżka go nudzi. Tempo jazdy jeszcze bardziej. Ma świetną kondycję, mógłby spokojnie jechać dwa razy szybciej, zostawić ich w tyle, wypruć się gdzieś na szosie albo pod górkę. Cokolwiek, byle się zmęczyć, spocić, poczuć ciało. Ale Amsterdam nie daje mu tej możliwości. Tu wszystko się toczy, łagodnie, płasko, uprzejmie.

Ville poprawia fryzurę w odbiciu szyby tramwaju. Czuje, że ciało domaga się wysiłku, ruchu, większego tętna. A on tkwi na tym miejskim rowerze, w turystycznym tempie, między Paulowym aparatem a Robową frustracją.

Paul zamyka peleton. Jedzie wolno, aparat zawieszony na szyi, co jakiś czas zatrzymuje się na sekundę, by zrobić zdjęcie. Kamienica, szyld, krzywy rower oparty o hydrant. Detale. Zawsze detale. Kiedy mijają uliczny targ z kwiatami, spogląda w bok i dostrzega pszczołę uwijającą się  między główkami lawendy. Zwalnia, robi zdjęcie w locie. Później zatrzyma się jeszcze przy stojaku z miodami i porówna słoiki wzrokiem człowieka, który wie, ile pracy kosztuje każdy gram.

A Robert? Rob jęczy. Głośno, dramatycznie, jakby miał zaraz zemdleć.

– Motocykl, błagam. Cokolwiek, byle nie to. Mam skurcz w udzie i nie wiem, czy to fizyczne, czy emocjonalne.

Emma odwraca głowę przez ramię, nie zatrzymując się ani na moment.

– Jako jedyny z nas masz rower elektryczny i jeszcze marudzisz. Weź się w garść, delektuj się ciszą.

W jej głosie słychać lekką frustrację, zmieszaną z opanowaniem. Ton osoby, która nie pozwoli, żeby ktoś rozwalił jej plan dnia.

– Ja nie jestem stworzony do ciszy – mruczy Robert, zerkając na swój cień na asfalcie. – Ja jestem stworzony do hałasu i oktanów.

– A ja do liderowania – rzuca Emma beznamiętnie. – Vondelpark za pięć minut. Postój.

Zjeżdżają z głównej ścieżki i skręcają w zieleń. Vondelpark w pełnym słońcu. Tłumy, ale nie nachalne. Ludzie leżą na trawie, jedzą, czytają, grają na gitarach.

Robert zeskakuje z roweru i w sekundę kładzie się na ziemi. Leży jak rozstrzelany, z rozrzuconymi ramionami. Wzdycha teatralnie.

– Jeśli ktoś mnie zapyta, co to znaczy cierpieć, pokażę mu rower miejski.

Thomas zdejmuje plecak i rozgląda się dookoła zatrzymując wzrok na dwóch ładnych dziewczynach.

Ville siada na ławce. Wyciąga z kieszeni małe lusterko, poprawia kreskę pod okiem. Robi to spokojnie, metodycznie, jakby zaraz miał zagrać koncert. Chwilę później znika z kadru.

Kamera przesuwa się na Paula. Zdejmuje aparat z szyi i powoli chodzi między drzewami. Fotografuje: plamy światła na trawie, liście błyszczące po deszczu, krzew z białymi kwiatami, Thomasa rozmawiającego z dwiema nieznajomymi przy fontannie i wreszcie Libertyna w objęciach brunetki w długiej sukience w kwiaty.  Cicho się śmieją. Ville pochyla się powoli, nachyla do pocałunku, który dziewczyna odwzajemnia spokojnie, z lekkością, jakby całowali się w innym tempie niż reszta świata. Paul nie komentuje. Po prostu robi zdjęcie, ciche, czułe, szczere.

– Libertyn po prostu… lubi lato – mruczy sam do siebie.

Kamera  przenosi się do pokoju hotelowego  Jest  cicho, statycznie, bez migających świateł. Wszyscy siedzą na wygodnych sofach, rozleniwieni po koncercie. Kilka puszek coli stoi na niskim stoliku, jedna już się poci, zostawiając krąg na drewnie. Thomas coś mieli w dłoniach. Ville czyta książkę. Emma siedzi prosto z podbródkiem lekko uniesionym do góry, coraz lustruje resztę zespołu.

– No, kto pierwszy się spowiada? – rzuca Robert, podciągając nogę na fotel.

– Może ja – mówi Emma z triumfem w głosie. – Ja nie mam sobie nic do zarzucenia.

Ton, w jakim to wypowiada, wywołuje już pierwsze uśmiechy. Jest w tym nuta wyższości, coś z dumnego prymusa na apelu.

– To, że jesteśmy zespołem rockowym, nie znaczy, że mamy pić i ćpać na umór. Oczywiście nie jesteśmy święci, ale uważam, że daleko nam do nałogów – mówi dalej. Wskazuje na siebie teatralnym ruchem dłoni. – Ja na przykład nigdy nie spróbowałam prochów. Ani dopalaczy, ani żadnego zielska. Jestem czysta.

Robert potakuje, Paul wyciąga rękę po puszkę, ale nie odrywa wzroku od Emmy. Ville patrzy gdzieś w bok, jakby słuchał tylko jednym uchem.

– Jeśli chodzi o alkohol – kontynuuje Emma z dumą – to nie jestem abstynentką, ale nie piję między koncertami. Nie wyobrażam sobie wejść na scenę z kacem. Mam słabą głowę. Znam swoje ograniczenia.

Thomas i Ville parskają prawie jednocześnie. Nie dlatego, że Emma kłamie – bo to akurat prawda. Ale sposób, w jaki to mówi, przypomina im wszystkie te momenty, w których dziewczyna odpowiada za punktualność i harmonogram.

Robert bierze łyk piwa bezalkoholowego i odstawia puszkę na stolik z miękkim stuknięciem.

– Nie jestem święty – mówi tonem, który nie szuka ani poklasku, ani rozgrzeszenia. – Próbowałem tego i owego. Lubię napić się piwa na imprezie, czasem czegoś mocniejszego. Ale w trasie? W trasie rzadko imprezujemy. Libertyn wymaga perfekcji, więc najczęściej robimy próby gdzie się da. Hotele, garderoby, nawet korytarze. Jeśli się bawimy, to raczej tak  jak wyglądało to w  Mediolanie – mówi z lekkim uśmiechem, nawiązując do znanego widzom odcinka.

Sięga po puszkę jeszcze raz, obraca ją w dłoniach, nie patrzy w kamerę.

– Między trasami mam inne rzeczy do roboty niż chlanie na umór. Mam swoje motocykle. Klub. I prawdę mówiąc świeża głowa to podstawa. Czasem, kiedy jest luźniej w trasie, wypożyczam gdzieś motorek i jadę przed siebie. Zdarza się  ktoś z zespołu jedzie ze mną. Lubię to. Cisza, asfalt, trochę prędkości. To mnie czyści.

Unosi brew, jakby miał zaraz zakończyć temat, ale jeszcze dorzuca coś półgłosem:

– Jeśli chodzi o prochy – nic mocniejszego poza ziołem. I to też rzadko, niechętnie. Nie jestem fanem odklejania się od rzeczywistości.

Wszyscy słuchają go w ciszy. Paul kiwa lekko głową. Emma się nie odzywa, ale jej twarz zdradza, że zyskał u niej kilka dodatkowych punktów.

Paul siedzi bokiem, z jedną nogą podciągniętą na sofę. Zdejmuje czapkę, przeczesuje dłonią włosy i mówi spokojnie, bez owijania w bawełnę:

– Zioło ryje mi beret. Próbowałem innych rzeczy, wiadomo, jak każdy w tym środowisku – przystaje na moment, patrzy na Emmę z wysoko zadartym podbródkiem i pośpiesznie się poprawia – jak większość w tym środowisku. Ale szybko się zorientowałem, że to nie dla mnie. Jestem człowiekiem spokojnym. Kocham naturę, piesze wycieczki, łowienie ryb… Ostatnio pszczoły. Sam robię piwo i wino dla siebie, dla rodziny, znajomych. Ale to raczej rytuał niż używka.

Kamera powoli przesuwa się na Thomasa. W jego uśmiechu i spojrzeniu widać, że „próbował tego i owego”.

– Zaczynałem jako młody DJ w podziemnych klubach. Taki klimat: dym, stroboskopy, ludzie, którzy nie śpią po trzy noce. Zioło? Leciało na porządku dziennym, serio. Dla mnie to był standard. Po mocniejsze rzeczy sięgałem rzadziej, raczej przy większych imprezach jak ktoś przyniósł lub samo wpadło pod rękę. Bardziej dla zabawy niż z potrzeby.

Robi pauzę, rozgląda się po pomieszczeniu próbując zebrać myśli.

– To był świat, w którym to się po prostu działo. I wtedy przyszedł lockdown. Wszystko zamknięte, zero imprez, zero grania. Pamiętam, że siedziałem w domu i miałem wrażenie, że ktoś nagle zgasił cały klub i nie tylko światła, ale też sens. I wtedy zadzwonił Libertyn.

Zerka w stronę Villego, który siedzi spokojnie z butelką wody.

– Wpadam do domu Rianów w Surrey, myślę: pewnie jakiś luz, może coś zajaram w towarzystwie, może chociaż jakieś piwko… A tam?

Marszczy brwi, lekko kręci głową i rozkłada ręce z bezradności.

– Kurdupel wsuwa marchewki, popija wodą z cytryną, Rob wertuje katalogi motocykli, Paul analizuje mapy szlaków turystycznych, Emma mówi o drewnie i miłości do włoskiego designu. I zero dymu. Zero flaszek. Zero „czegokolwiek”. Po prostu: próby, siłownia, spacery z psem. Libertyn nie usiedzi pięciu minut – ciągle coś.

Thomas wzdycha z uśmiechem.

– Po takim dniu masz ochotę tylko na zimny prysznic i ciszę. Serio. Nawet nie myślisz o tym, żeby coś palić. A że wszyscy tam żyją, jakby byli ambasadorami trzeźwości, to i mnie przeszło. Tak się odzwyczaiłem, że dziś… szczerze? Nie tęsknię. Nawet rzuciłem palenie. Ville wciągnął mnie najpierw w deskorolki, potem zakochałem się w BMX–ach. Freestyle, skoki, jazda na maksa – to mnie kręci bardziej niż jakiekolwiek używki. I daje większy haj.

Opiera się wygodniej na sofie, splata ręce za głową.

– Między koncertami? Nie ma mowy, żebym miał kaca. Kurdupel nas goni, jest perfekcjonistą jak cholera. Każda próba musi być czysta. Jasne, czasem coś się zdarzy – nie jestem święty. Ale jeśli już impreza, to zawsze kontrolowana. A zioło? Zestarzałem się. Serio. Ostatnio w ogóle mnie nie ciągnie. Zwłaszcza w Surrey u Rianów w domu…

Ville nagle się wtrąca, udając oburzenie, choć śmieje się już w połowie zdania:

– Mama ostatnio wyczuła, że coś palił. Goniła Thomasa po ogrodzie, zabrała mu skręta i… zdeptała go obcasem.

Thomas kiwa głową z powagą, tylko częściowo udawaną.

– Zwykłe zioło, serio. A czułem się, jakbym próbował przemycić bombę nuklearną przez granicę. Pani Mirayya nie odpuszcza.

– Pani Mirayya daje dwa ostrzeżenia – dorzuca Robert. – Za trzecim razem, jeśli cię przyłapie ze zwykłym papierosem, dostajesz wiadrem lodowatej wody. Chcesz palić? To poza domem. Znaczy za bramą.

Wszyscy przytakują z rozbawieniem, bo każdy już kiedyś przerabiał to wiadro.

Teraz kolej na Libertyna. Ville sięga po kawałek jabłka, chrupie głośno i z błyskiem w oku zaczyna:

– Mój organizm nie toleruje alkoholu. Poważnie. Wypiję odrobinę za dużo i przez dwa dni umieram. Dlatego na imprezach kończę na jednej szklance whisky, bez lodu i coli im paskudniejsze, tym lepiej – potakuje z powagą. – W życiu byłem pijany może trzy razy. Raz nawet oświadczyłem się… koledze. Ale to historia na inny odcinek. Spróbowałem też zioła i głos mi siadł. Potem ekstazy… skończyłem na SOR–ze. Wystarczyło.

Wzrusza ramionami.

– Nigdy mnie to nie kręciło. Sprawdziłem, jak działa, i tyle. Lubię sport, ruch, adrenalinę. I rzygam po nikotynie.

Zawiesza się na sekundę, po czym uśmiecha się zawadiacko.

– Imprezy? Kocham. – Rzuca porozumiewawcze spojrzenie zespołowi. – Ale serio, do dobrej zabawy wcale nie trzeba być nawalonym.

Thomas kiwa głową, a Paul chichocze pod nosem. Kamera zatrzymuje się na twarzy Villego – pogodnej, lekko ironicznej.

– Jesteśmy bardziej jak grupa wsparcia niż zespół rockowy. Co jest z nami nie tak?

W tle słychać już tylko śmiechy. Obraz powoli ciemnieje. Koniec odcinka.

*****

Jari odkłada gitarę na bok, bierze łyk drinka, poprawia się w fotelu i przeciąga z zadowoleniem.

– No proszę… jacy grzeczni, poukładani – rzuca półżartem, zerkając na Thomasa.

Robert sięga po telefon leżący na oparciu kanapy, odblokowuje ekran i zaczyna scrollować.

– A wiecie, że po tym odcinku dostaliśmy trochę hejtu? – mówi z lekkim uśmiechem.

Zatrzymuje się na jednym z komentarzy i czyta na głos:

– „Fajnie, że nie pijecie. Ale trochę to wygląda, jakbyście się bali życia. Gdzie adrenalina, gdzie chaos, gdzie bałagan?”

Paul przeciąga się i ziewa, podciągając nogi pod siebie.

– Tak, ale tego było naprawdę mało. I tak się utopiło w fali dobrych komentarzy. Poza tym coraz więcej muzyków i artystów jest świadomych i mówi o tym coraz głośniej. To nie lata siedemdziesiąte.

Rami nachyla się w stronę Mii, całuje ją w rękę, po czym kieruje wzrok na zespół.

– Zawsze byłem z was dumny – mówi spokojnie. – A najbardziej z Thomasa. Bardzo się zmienił. I to bez żadnej terapii. Nikt go nie musiał ratować.

– To dawało poczucie luzu – mówi, unosząc wzrok i wzdychając cicho. – I iluzji, że wszystko mam pod kontrolą, że jestem ponad tym całym syfem. I tak szczerze? – zwraca się do Villego. – Nigdy ci nie podziękowałem, że wyciągnąłeś mnie z mojego towarzystwa.

Ten przybija z nim żółwika, bez słów, bez patosu.

Rose, oparta o poręcz kanapy, unosi brew z udawaną powagą.

– Wy to jesteście dwa ancymony. I uwierzcie mi, kolejny odcinek pokaże to bardzo dobrze.

– Ale nie dziś. Dziś już mam dosyć – mruczy Ville przeciągając się szeroko.

Rob patrzy na niego i ziewa odruchowo. Paul też przymyka oczy, a Emma przykrywa się kocem. Suczka Echo przeciąga się jeszcze raz i wzdycha głośno, jakby potwierdzała, że pora się zbierać.

Wtedy nagle Sandra prostuje się na fotelu odgarniając swoje blond włosy.

– Ej, ale zaraz! Ja się nie zgadzam! Co to za teorie spiskowe studentów Mii? O co chodzi?

– Ja też chcę wiedzieć – mówi cicho Jari z lekkim uśmiechem na twarzy i ulgą, że to nie on musiał pytać.

– Dobrze – odpowiada Mia lekko zmęczonym głosem. – Opowiemy wam wszystko. Ale… jutro.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×