| Autor | |
| Gatunek | obyczajowe |
| Forma | proza |
| Data dodania | 2026-04-20 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 136 |

Rozdział 6
Mia Rian czy Miraaya Rathore.
Środek tygodnia, zbliża się ósma rano. Rezydencja powoli budzi się do życia, ktoś przechodzi przez korytarz z laptopem pod pachą, ktoś poprawia koszule przed zejściem na dół, ktoś jeszcze rozciąga się przy balustradzie zbierając siły na to co ma nastąpić. Słychać kroki, szelest ubrań, rozmowy z drugiego końca salonu oraz dziecięcy śmiech. Dom tętni cichym, porannym rytmem, każdy wie, gdzie iść, co robić, o której wyjść.
Jari nie może usiedzieć w miejscu. Od rana przestępuje z nogi na nogę przy drzwiach czekając na sygnał do startu. Co chwilę zerka w kierunku zegara, sprawdza, czy torba jest dobrze zapięta, czy kurtka nie ma zagnieceń. Zdecydowany, skupiony, gotowy. Mimo że w domu słychać śmiechy i zapach kawy kusi, jego energia idzie w inną stronę. Szybkość, dyscyplina, zadanie. Na jego twarzy widać cień rozczarowania bo historia Mii, ta ze studentami, będzie dopiero przy kolacji. Jako były wojskowy ma słabość do wszelkich teorii spiskowych i opowieści „zza kulis”, ale wie, że teraz nie pora. Przeciąga się jak zawodnik przed biegiem, kręci głową próbując odgonić pokusę zostania jeszcze na moment. W końcu chwyta torbę, rzuca krótkie „do zobaczenia” i wychodzi. Dziś poprowadzi wykłady dla kursantów na szybowce. To jego pasja, jego przestrzeń. Potem czas z Oskarim, nastoletnim synem, a późnym popołudniem próba zespołu, już tu w rezydencji. Ma wszystko zaplanowane, krok po kroku. Dzień intensywny, taki, jak lubi.
Domownicy powoli schodzą się do kuchni. Krzesła są odstawiane, czajnik wyłącza się z cichym kliknięciem, szuflada z łyżkami zasuwa się jakby sama. Na blacie migają powiadomienia z telefonów i tabletów, na stole leżą okruchy po śniadaniu najmłodszych. Kamery są już włączone. Poranki u Rianów, zwłaszcza teraz, gdy dom tętni obecnością gości, to kopalnia ciepłych rozmów, żartów i drobnych zdarzeń, które bez trudu mogą stać się częścią nowej serii Liberty Fade Life.
Przy wyspie kuchennej siedzi Wendy ze słuchawkami na uszach. Laptop otwarty, obok zeszyt zapisany drobnymi japońskimi znakami. Co chwilę coś notuje, zatrzymuje się, skreśla i zaczyna od nowa. Na ekranie migają kolejne maile.
Obok siedzi Rami, jak zawsze o nienagannym wyglądzie, nucąc coś o przemijaniu szykuje sobie kanapki, które jak doskonale wie zostaną zmiecione kiedy tylko reszta ekipy zejdzie na dół. Rose, przy ekspresie, z jedną ręką na uchwycie filiżanki, drugą poprawia kosmyk włosów za uchem. Zerka na małe kanapkowe dzieła sztuki szykowane przez jej teścia.
Amidala zajmuje miejsce koło dziadka. Co raz otrzepuje okruchy ze swojego mundurka poprawiając przy tym emblemat elitarnej, prywatnej szkoły w Helsinkach. Dziewczynka powoli kończy swoje śniadanie i wzdycha jakby właśnie myślała o przemijaniu, gdy Ville podchodzi do niej scenicznym, powolnym krokiem, z teatralnym zawrotem głowy i dramatycznym gestem wskazuje zegarek, który ledwo wystaje spod rękawa jego eleganckiej marynarki.
– No, moja panno, zaraz spóźnisz się na lekcje. Mam nadzieję, że odrobiłaś pracę domową. Dziewczynka przewraca oczami i lekko kręci głową. Łyżka wpada do naczynia z resztą mleka z cichym stuknięciem.
Rose spogląda na Villego z tym swoim klasycznym „serio?”
– Błagam, nie zamieniaj się doktor Rathore… – i dodaje, widząc Mię wchodzącą właśnie do kuchni – …znaczy w moją ukochaną teściową.
Mia wpada lekkim, pewnym krokiem, przechodzi nad Echo która idealnie leży na środku między lodówką, a zlewem.
– Dzieciaki, to jakie mamy plany na dziś?
– Jadę z ojcem do wytwórni – odpowiada Ville, już sięgając po kanapkę z talerza Ramiego – mamy trochę pracy i spotkanie z działem finansowym. Pewnie księgowa znowu będzie nas ochrzaniać.
Mia krzywi się instynktownie; słowo „księgowa” wywołuje na jej twarzy grymas jak łyk kwaśnej cytryny. Tuż za nią Rose mija Ramiego, jednym płynnym ruchem zgarnia jego kanapkę i odsuwa się z triumfalnym błyskiem w oku, a teść rzuca jej teatralnie groźne spojrzenie.
– Ja podłapałam fajne zlecenie, popracuję w domu – mówi wesoło – ale najpierw odwiozę Amidalę do szkoły, a po południu idę do kosmetyczki.
Ville z westchnieniem osuwa się na hoker, opiera łokieć o blat i podpiera brodę, jakby nagle ujrzał raj.
– Też bym poszedł do kosmetyczki… – ożywia się – A co to za zlecenie?
– Podobnie jak ostatnio – włam na stronę...
Ville podchodzi do niej, obejmuje od tyłu, dłonie zsuwają się na jej biodra.
– Ja cierpię na brak kadry przy programie, a moja ukochana znowu będzie klepać w klawiaturę... – i w odwecie klepie ją po pupie – Mam nadzieję, że chociaż kupisz mi waciki.
– Po pierwsze, masz ekipę do programu. Po drugie, to świetna fucha. I tak, kupię ci waciki. Mam wrażenie, że zjadasz paczkę na śniadanie.
Po czym szczypie go w rewanżu, Ville odskakuje; kuchnia wybucha śmiechem jak zapalnikiem.
– O rany, zaraz muszę wychodzić – mruczy Emma patrząc na zegarek. – Dziś wielki dzień – przywożą monstrum ze Szwecji. Wrócę późno.
– Co przywożą? – pyta Amidala, spijając resztkę mleka prosto z miski.
– Trak taśmowy. Kiedy go uruchomimy, to zabiorę cię i pokażę wszystko.
– Trak to maszyna do cięcia kłód na deski lub belki – Rami tłumaczy, patrząc na wnuczkę z powagą wykładowcy.
– Bardzo chętnie zobaczę tego potwora, już sobie wyobrażam jak lecą wióry. Uwielbiam zapach ciętego drewna.
Na sekundę wszystko cichnie jedynie ekspres syczy, a w powietrzu zdaje się krążyć nuta wyimaginowanych trocin. Emma wykorzystuje ten moment – chyłkiem zsuwa kolejną kanapkę z talerza Ramiego.
– Hej! To moje! Łapska przy sobie!
– Chyba ci się troszkę przytyło, tatusiu... – rzuca klepiąc ojca po brzuchu.
– Oczywiście, że tak – wtrąca Mia, wchodząc w rozmowę bez cienia litości. – Tylko czekać, aż się zapuści. Podobno zaczyna się od brzuszka, a kończy na dziurawych skarpetach.
Rami siedzi bokiem przy kuchennym blacie, z nogą zarzuconą na nogę, i patrzy z namysłem na swój biceps, jakby właśnie rozważał powrót na siłownię.
– Zejdźcie ze mnie! Te rodzinne wieczory z paluszkami i krakersami zrobiły swoje. – Podciąga koszulkę i poklepuje się po brzuchu z udawaną rezygnacją. – Ale spokojnie, przyjdzie wiosna, to zrzucę parę kilo.
Sandra przechodzi właśnie z kubkiem herbaty, słysząc końcówkę zdania.
– O co wam chodzi? Rami świetnie wygląda.
– Dziękuję bardzo. A z ciebie niezła laska. Wiesz, że z takim uśmiechem można wyrządzić poważne szkody? Na przykład doprowadzić rockmana do utraty wątku?
Sandra unosi brew, zadowolona z komplementu. Mia, oparta o kuchenny blat, kiwa głową z rozbawieniem.
– Ty flirciarzu! – rzuca z przymrużeniem oka w stronę dziewczyny. – Nie psuj zabawy Sandra, tak okazujemy sobie miłość w tej rodzinie.
– Nie mogę się przyzwyczaić, wybaczcie.
– Wybaczamy! – odpowiadają chórem Rianowie.
Wendy zamyka notatnik ze swoimi japońskimi zapiskami i nie podnosząc wzroku znad monitora mówi:
– Paul ostatnio spał w dziurawej skarpetce… nie wiem, co o tym sądzić.
– W życiu bym sobie na to nie pozwolił – mówi Ville, przewracając oczami i poprawiając rękaw, jakby właśnie przeszedł kontrolę jakości.
Emma podnosi głowę znad kubka:
– Dziurawe skarpety to jeszcze nic. Dla mnie najgorszy u chłopów jest zarost. W uszach, w nosie. Fuj.
– Ble, to jest obrzydliwe – Amidala aż się wzdryga. – Tato, ty też masz włosy w uszach?
– Po to chodzę do kosmetyczki, żeby nie mieć! – odpowiada Ville podnosząc głowę z godnością.
– Mi wystarczy trymer. Po co kosmetyczka? – mówi Paul wchodząc do kuchni.
Wendy nachyla się lekko i z uśmiechem zagląda mu do nosa i kiwa głową z aprobatą. Emma bez słowa podchodzi do basisty, przygląda się jego uszom jak technik na przeglądzie gwarancyjnym, po czym pokazuje kciuk w górę. Później coś mu szepcze, a Paul reaguje głośnym oburzeniem:
– No wiesz! Wendy, to było lekkie przetarcie na pięcie!
Ktoś parska. Ktoś krztusi się herbatą. Wszyscy wybuchają śmiechem. Po chwili zapada krótkie zawieszenie – z rodzaju tych, które pojawiają się tylko w dużych domach, gdy ktoś akurat czegoś szuka lub sięga po coś jednocześnie.
Tymczasem progu kuchni pojawia się Thomas. Jest jeszcze w piżamie, włosy potargane, zaspany jak po pięciu minutach snu. Drapiąc się po głowie, podchodzi do stołu i bezceremonialnie kradnie kolejną kanapkę z talerza Ramiego.
– Nienawidzę cię – mówi mężczyzna z kamienną twarzą, ale nikt się nie nabiera.
Sandra uśmiecha się, przyciąga swojego chłopaka do siebie dając mu buziaka w czoło pyta:
– O co dziś będzie robił mój kochany DJ? Znowu targi?
– Tak – rzuca wesoło Thomas – W zasadzie zaraz muszę wychodzić. Mam kilka spotkań i całą listę zadań od ojca.
Mia, zapinając zegarek na nadgarstku, włącza się:
– Może i ja bym pojechała na te targi? Co tam konkretnie będziesz oglądać?
– Zależy mi na podłapaniu dostawców części do robotyki. Byłoby miło, gdybyś pojechała ze mną.
– Świetnie, spotkamy się na miejscu!
Ville wzdycha przeciągle, teatralnie:
– Też bym pojechał na te targi, ale… księgowa.
Mia znowu marszczy nos, jakby to słowo ją fizycznie bolało. Thomas parska i klepie Villego po plecach:
– Pamiętasz targi sprzętu muzycznego? – zwraca się nagle do jednej z kamer, jakby nigdy nic. – Kiedy zobaczył pianina, to cały się obślinił, zaatakował handlowca i zadawał mu milion pytań, aż gość się zagotował. A potem zebrał się tłum fanów wokół nas. Oczywiście byliśmy „anonimowo”. Przynajmniej teoretycznie.
Śmiech rozlewa się po kuchni. Ekspres znów paruje, ktoś dopija kawę, ktoś już szuka kluczy. Dom płynie dalej – jak dobrze zgrana orkiestra przed dniem pełnym prób. Nagle Wendy, wciąż siedząc przy laptopie, rzuca soczyste przekleństwo – krótkie, głośne i absolutnie niecenzuralne.
– Wendy! Słownictwo! – woła z oburzeniem Amidala, podnosząc wzrok znad pustej miski, jak mały sędzia moralności.
– Wybacz, kochanie. Na drugi raz zrobię to inaczej – odpowiada Wendy bez większej skruchy… i bez zawahania rzuca pełną wiązankę po japońsku, nawet nie odrywając palców od klawiatury.
Amidala wstaje, poprawia rękawy swojej sukienki ruchem godnym przemówienia na forum ONZ. Mówi spokojnie, jakby zaraz miała wystąpić w programie dokumentalnym:
– Ja to tej pracy przy komputerach, tego całego home office, nie rozumiem – oznajmia z przekonaniem. – Dziewczyny nic nie robią.
W kuchni zapada nagła cisza. Wszyscy zamierają w bezruchu. Ami patrzy po zebranych bez cienia wahania i kontynuuje z pełnym zaangażowaniem, już w rytmie wykładu:
– Wendy tylko siedzi i klnie pod nosem po japońsku. Mama? Klepie w klawiaturę i śmieje się szyderczo do monitora. A najgorsza Sandra – rysuje jakieś kreski i twierdzi, że to kratownica, choć rysunek nie jest nawet w kratkę!
Paul wkłada bułkę do ust i zastyga, Robert patrzy w okno z absolutną koncentracją na... cokolwiek, byle nie Ami. Ville zaciska wargi. Ale Amidala w ogóle tego nie zauważa bo już jest w trybie pełnej analizy.
– Za to babcia Mia wykłada na seminariach i spotyka się z ważnymi ludźmi, dziadek Rami robi super projekty muzyczne. Emma zarządza firmą, w której maszyny do drewna chcą cię pożreć żywcem.
Ville prawie dławi się krakersem. Paul i Robert wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, dalej udając, że widok za oknem to coś niesamowitego. Amidala jednak nie przestaje, teraz już z pasją:
– Ale szczerze mówiąc, dla mnie najciężej pracują chłopcy z Liberty Fade. Próby, nagrania, koncerty. A do tego wszystkiego... tata liczy pieniądze w RRstudio, Paul prowadzi gospodarstwo, Rob ma klub, Jari uczy ludzi latać, a nawet Thomas wziął się ostatnio do roboty.
Dziewczyny nie wytrzymują. Wendy aż podskakuje na stołku, z laptopem chwiejącym się na kolanach:
– No wiesz! Jak tak możesz?! Użeram się z klientami od rana do nocy!
Amidala spogląda na nią z kamienną twarzą i bez mrugnięcia okiem odpowiada:
– Jesteś w piżamie.
Cisza. Absolutna. Przez sekundę nikt się nie rusza. Potem Mia parska śmiechem, podchodzi do wnuczki i przyciąga ją do siebie, przytulając mocno i całując w policzek. Ami wtula się z dumą, jakby właśnie zakończyła bardzo ważne wystąpienie. Chłopcy z Liberty Fade wymieniają spojrzenia pełne samozadowolenia. Ville teatralnie zapina niewidzialną muchę pod szyją, Thomas pokazuje dwa kciuki w górę, Paul kiwa głową z miną naukowca, a Robert prostuje się przy drzwiach niczym generał odbierający raport. Wendy zamyka laptop z przesadną ostrożnością próbując ukryć dowody zbrodni. Sandra tylko kręci głową, ledwo powstrzymując uśmiech. Rose, która do tej pory wycierała blat ściereczką, nagle zatrzymuje się w pół ruchu. Kładzie dłoń na biodrze i spogląda na Ami z miną matki, która nie zamierza wdawać się w dyskusje.
– Czas do szkoły, moja panno! – stwierdza stanowczo, choć w oczach tańczy duma.
Dziewczynka nie oponuje. Zeskakuje z hokera, stuka butami o podłogę i podbiega do Rose, obejmując ją mocno w pasie.
– Ale i tak fajnie jest mówić, że mam mamę hakerkę – szepcze wesoło i całuje ją w policzek.
Rami przeciąga się na krześle i rzuca z zadowoleniem, jakby podsumowując wszystko, co właśnie się wydarzyło:
– Kocham was, ale jednocześnie nienawidzę. To emocjonalna schizofrenia w czystej postaci.
Spojrzenia wędrują na czerwony zegar na ścianie, którego wskazówki wyglądają jakby się rozpuszczały – jak u Dalego. Pora ruszać. Dom się opróżnia, kurtki lecą z wieszaków, torby lądują na plecach, drzwi się otwierają i zamykają. Dzień pracy się zaczyna.
Mia dojeżdża na targi. Jest gwarno i tłoczno, ktoś się spieszy, gdzieś dzwoni telefon, ktoś się wykłóca o rezerwację, głośnik zawodzi niskim “Please enter through Gate B”. Thomas siedzi na murku, z głową schowaną w kapturze, czapka z daszkiem wciśnięta głęboko na oczy. Scrolluje telefon z miną człowieka czekającego na ekipę do jazdy na deskorolce, a nie na spotkanie technologiczne. Obok, z miękkim stukiem obcasów, przystaje kobieta. Obcisłe szare dżinsy, czarna kangurka, ciasno związany kucyk. W ręku kawa w papierowym kubku. Zapach cynamonu i jaśminowych perfum zostaje w powietrzu, zanim jeszcze odezwie się cicho:
– Hej.
Thomas unosi brwi i rozdziawia usta. Wygląda, jakby zobaczył zjawisko pogodowe o randze tornada.
– Hej? Pani Rathore?
Wokół ktoś się odwraca. Dwie osoby w garniakach zerkają z dezorientacją, trzecia robi zdjęcie. Mia podchodzi bliżej i syczy konspiracyjnie:
– Cicho, jaka pani?
– Wiesz, zawsze wyglądasz jak miliard baksów, ale teraz… przeszłaś samą siebie. Jesteś może wolna?
– Nie. Szybka. I dobrze o tym wiesz. – Nachyla się i mruczy mu do ucha: – Wrum... wrum...
Chłopak parska śmiechem, poprawia czapkę i pyta:
– Wyskoczymy później na lunch?
– Jasne. Mam ochotę na burgera. To co, będziesz mnie dalej podrywał, czy idziemy oglądać te twoje roboty?
– Oczywiście. Pani przodem.
Po chwili obydwoje są już w środku. Wysoki sufit odbija metaliczne echa rozmów, stukot obcasów, szuranie walizek na kółkach. Gdzieś brzęczą porcelanowe filiżanki, a z głośników sączy się zapętlona reklama najnowszych systemów automatyki. Hala tętni ruchem – sprzęt miga kontrolkami, stoiska błyszczą od nowoczesnych paneli, a przez przejścia przewijają się przedstawiciele firm i technicy w polowych uniformach. Thomas trzyma kamerę, filmuje z wprawą – dokładne ujęcia, ustandaryzowany komentarz, wszystko zgodnie z instrukcją. To nie pierwszy raz, kiedy ojciec wysyła go na taką misję. Dziś ma zebrać dokumentację i wypytać o konkretne rozwiązania. Zbiera dane techniczne, porównuje, analizuje. Przy jednym ze stoisk rozmawia z przedstawicielem firmy – zadbanym, nieco zmęczonym mężczyzną. Ten na początku traktuje go jak dzieciaka zagubionego w świecie inżynierii. Ale po kilku pytaniach jego mina się zmienia bo Thomas nie tylko wie, o co chodzi, ale też celnie punktuje potencjalne słabości. Rozmowa robi się rzeczowa. Mia stoi z boku, uśmiechnięta, z założonymi rękami. Czasem sięga po prospekt, czasem zerka na interaktywne ekrany. Lubi towarzyszyć takim młodym „świrkom technologicznym” zwłaszcza kiedy mają w oczach iskrę, a w rękach konkret. Przez ponad godzinę krążą między stoiskami: zatrzymują się, zadają pytania, komentują półgłosem, robią zdjęcia i notatki.
– Zadowolony? – pyta Mia kierując się do wyjścia. – Misja wykonana?
– Tak. Dzięki. Z takim towarzystwem pracuje się jak na planie reklamy: stylowo i bez stresu. A ty? To przecież dla ciebie nic nowego.
– Może nie nowość – odpowiada wesoło – Ale nadal potrafi być fajnie. Więc… lunch?
– Słyszałem, że niedaleko jest amerykańska knajpa. Burgery, frytki, cola w litrach. Co ty na to?
Ona sięga do kieszeni bluzy i wyciąga kluczyki z breloczkiem pandy. Rzuca je w powietrzu, Thomas łapie je w locie.
– Ty prowadzisz.
Chłopak patrzy na kluczyk z niedowierzaniem – metaliczny emblemat jasno wskazuje na Lamborghini.
– To są kluczyki od Urusa? Wzięłaś auto Villego?
– On cały czas zabiera moje.
Parskają śmiechem i ruszają przez parking, przyciągając spojrzenia przypadkowych przechodniów.
Dziesięć minut później są już na miejscu. Stoliki z drewna, na ścianach amerykańskie tablice rejestracyjne, za szybą kuchnia otwarta na bar. Mia i Thomas siedzą przy oknie, jedzą hamburgery i żywo gestykulują, dyskutując o tym, co widzieli na targach. W między czasie kelnerka przynosi zamówioną szarlotkę z lodami na deser. Mia wącha pięknie pachnące ciasto i przeciąga się w fotelu. Następnie opiera łokieć o oparcie, kładzie podbródek na dłoni i patrzy na Thomasa z lekko przekrzywioną głową.
– Ładny i fajny z ciebie chłopak – mówi z rozbawieniem, puszczając mu oko jakby właśnie wyłoniła zwycięzcę castingu.
Thomas unosi brwi, bierze powolnego łyka coli, po czym odkłada kubek na stół. Uśmiecha się zadziornie, przechyla się lekko w jej stronę.
– A ty masz świetne nogi. Przez ciebie połowa hali zapomniała, po co przyszła. Momentami… czułem się zazdrosny.
Mia zanosi się krótkim śmiechem, odsuwając się teatralnie z ręką na sercu. Ale po chwili jej twarz poważnieje. Nachyla się bliżej, przesuwa serwetkę na bok i kładzie swoją dłoń na jego. Jej głos staje się niższy, ciepły i bardziej osobisty:
– Thomas… następnym razem, zamiast wyważać otwarte drzwi, po prostu przez nie przejdź.
Nie spuszczając z niego wzroku, sięga po telefon, kilka szybkich stuknięć palcami i ekran rozświetla się potwierdzeniem wysyłki.
– Sprawdź skrzynkę. Wysłałam ci to, o co prosiłeś. Możesz działać.
Chłopak sięga po telefon, przegląda wiadomość. Jego oczy robią się duże jak spodki.
– Wow. Naprawdę? Dzięki… Głupio mi było z tym przychodzić. Nie chciałem cię w to angażować.
– Daj spokój. Żaden problem. Naprawdę. A teraz wracamy. Ville napisał, że mam mu zatankować auto… – rzuca, nieco zbyt niewinnie.
– Ale tego nie zrobisz?
– No dobrze, zatankuję mu. Ale… trochę mnie kusi. Wiesz, parę zakrętów, trochę lasu, szutrowa droga – w końcu mamy terenówkę.
Chłopak zastyga w bezruchu. Otwiera usta, ale zanim cokolwiek zdąży powiedzieć, Mia już wstaje, bierze kurtkę, zarzuca ją na ramię i rusza w stronę wyjścia. Po drodze kręci kluczykami na palcu jak rewolwerem. Panda na breloczku podskakuje przy każdym jej kroku. Thomas goni ją szybkim krokiem, z miną człowieka, który za chwilę weźmie udział w nielegalnym wyścigu.
– Mia… ty jesteś niemożliwa – rzuca jeszcze kierując się stronę czarnego Urusa, który odbija się od asfaltu jak uśpiony potwór.
Kilka kilometrów dalej. Zjeżdżają z głównej drogi przez niewielką bramkę techniczną za stacją badawczą. Przed nimi rozciąga się opuszczony tor testowy – dawny plac manewrowy z kawałkami asfaltu, długimi pasmami idealnego szutru i sztucznie usypanymi górkami. Po bokach trochę śniegu, a w zagłębieniach rozlane szerokie kałuże błota i roztopionej brei.
Najpierw robią okrążenie testowe sprawdzając nawierzchnię, gdy wszystko wydaje się być w porządku, Mia zaciera ręce na kierownicy.
– Gotowy?
– Chyba? – odpowiada, przypinając pas, choć już wygląda na lekko spanikowanego.
Nie czekając na pozwolenie, Mia wciska gaz. Urus rwie do przodu z rykiem. Piach i drobne kamyki uderzają o nadkola. Silnik wyje, a auto błyskawicznie wchodzi w pierwszy zakręt, bokiem, w kontrolowanym uślizgu. Mia trzyma kierownicę pewnie, z precyzją zawodowca. Oczy jej błyszczą, usta rozciągają się w dzikim uśmiechu.
– Uwielbiam to!
Thomas krzyczy i śmieje się jednocześnie, kurczowo trzymając się uchwytu nad drzwiami.
– To jakiś kosmos! Libertyn cię zabije!
Ona tylko parska śmiechem i dodaje gazu. Wjeżdżają na lekką górkę, Urus podskakuje i opada miękko na zawieszeniu, z tyłu sypią się kaskady szutru.
Nagle przed nimi rozciąga się błotnista kałuża – przynajmniej kilka metrów śnieżno–brunatnej brei. Auto wjeżdża w nią z pluskiem i rykiem, a błoto rozbryzguje się w każdą stronę, lądując na szybach, nawet na dachu.
– On ci tego nie daruje! Przecież myje to cacko codziennie!
– Lakier to nie wszystko. Dusza auta jest szczęśliwa – rzuca Mia filozoficznie i bierze kolejny zakręt bokiem, dokładnie tak, jakby wróciła do swoich wyścigowych korzeni.
Zjeżdżają z górki, ślizgając się lekko po rozmokłym piachu, potem jeszcze jeden przeskok przez nierówność – koła odrywają się na moment od podłoża – i w końcu wyjeżdżają z toru. Samochód wygląda jak po starciu z brudnym tornadem: zakurzone, ubłocone, z matowymi smugami na szybach i resztkami trawy na oponach. Mia staje na poboczu i odwraca się do Thomasa z triumfującym uśmiechem, jakby właśnie wygrała mistrzostwa świata.
– Mam nadzieję, że wszystko się nagrało. Teraz wracamy do domu. Właśnie zapaliła się rezerwa.
Thomas parska cicho śmiechem i patrzy na nią z mieszaniną podziwu i niedowierzania.
– Nie brakuje ci tego? Wyścigów, adrenaliny, zwycięstw?
– Nie. Ponad piętnaście lat byłam związana z rallycrossem. Dużo osiągnęłam w świecie zdominowanym przez facetów. Ale raz na jakiś czas... należy mi się zabawa. Prawdziwa, brudna i bez reguł. Przecież wiesz...
Oboje wybuchają śmiechem. Auto stoi nieruchomo, dymek z rur wydechowych unosi się leniwie, a w powietrzu wciąż czuć zapach mokrej ziemi i zbyt bogatej mieszanki paliwowej.
Słońce już dawno zaszło, jedynie światło z latarni rzuca długie cienie na podjazd. W oddali słychać niski pomruk silnika – czarne Lamborghini powoli wjeżdża za bramę, pokryte warstwą błota, kurzu i śladów po leśnych kałużach. Przy garażu stoi Ville – ręce skrzyżowane na piersi, nogi rozstawione, mina nieczytelna. Ale jego oczy mówią wszystko: ten człowiek przeczuwa tragedię. Gdy Urus zbliża się do garażu, światło latarni odbija się już tylko od fragmentów niesplamionych błotem. Ville patrzy, jak jego ukochany samochód, jego czarne cacko sunie przez podjazd w stanie, którego nie życzyłby najgorszemu wrogowi.
I wtedy wydaje z siebie dramatyczny jęk:
– AAA!!!
Brama podnosi się powoli, z mechanicznym buczeniem, a Mia wjeżdża do środka z gracją, jakby prowadziła limuzynę na czerwony dywan. Auto staje idealnie w wyznaczonym miejscu, silnik cichnie. Drzwi się otwierają, Mia wysiada spokojnie, bez śladu poczucia winy. Thomas za nią – z torbą przerzuconą przez ramię i miną, która oznacza: ,,to nie moja wina, ja tylko tu siedziałem’’.
Ville rusza sprintem. Buty uderzają o kamienny podjazd, rozpięta bluza łopocze jak peleryna.
– Co to ma być?! – krzyczy, zanim jeszcze dobiegł. – Gdzie wy byliście moim samochodem? Na wycieczce po amazońskiej dżungli?!
Mia zamyka drzwi z cichym klik i rzuca obojętnie:
– Wjechaliśmy w kałuże.
Ville opada na nogi, jakby dostał w brzuch. Obchodzi swoje Lambo dookoła, dotyka błota na drzwiach, spogląda na zacieki po bokach. Błotnik… lakier… felgi…! Sapie coraz głośniej, coraz ciężej. Jakby miał zemdleć.
– W kałuże?! To nie były kałuże, to był bagienny kataklizm!
Patrzy na zasychającą breję na lakierze jego ukochanego samochodu, które przecież miał dziś zatankować i zabrać na spokojną jazdę po mieście. Nie po szutrowym torze. Nie przez las. Nie w śniegu i błocie!
– Mamo… on był umyty. Wczoraj! Ręcznie! Z woskiem!
– No to już nie jest.
– Jakby co, to ja tylko filmowałem. Później pokaże ci nagrania – dodaje Thomas szczerząc się niepewnie.
Ville zostaje sam. Sam ze swoim brudnym, poranionym Urusem. Opiera się o maskę, spogląda w sufit.
– Oni mnie wykończą… – mruczy.
Późnym wieczorem w Rianhouse panuje ten znajomy, ciepły harmider – ktoś krząta się w kuchni, z góry dobiega śmiech dzieciaków i dźwięk muzyki. Chłopcy wrócili z próby. Ville z rozmazanym eyelinerem, mokrymi włosami i ciałem obolałym od choreografii ledwo trzyma się na nogach. Usiłuje nalać sobie soku, lecz ręce drżą, a każdy ruch przypomina o napiętych mięśniach. Nie skarży się jednak – wie, że show, które tworzą, wymaga nie tylko śpiewu, ale i tańca, gdzie każdy krok jest wyliczony i doprowadzony do perfekcji. Thomas właśnie zakłada bluzę, kiedy dostaje dyskretnego sms–a: „Gabinet. Teraz. – R.R”
Nie potrzebuje wyjaśnienia. Rusza w stronę gabinetu. Po drodze mija Villego, który wpycha sobie zimnego naleśnika do ust i mamrocze coś o „braku godności”.
Chłopak wchodzi do środka, szklane drzwi zamykają się za nim z cichym kliknięciem. Rami stoi obok panoramicznego okna z rękami założonymi za plecami, jak generał przed odprawą. Odwraca się powoli i lustruje Thomasa.
– Masz mi coś do powiedzenia, chłopcze?
Thomas mruży oczy, zdejmuje czapkę, podchodzi bliżej.
– …Nie?
– Na pewno?
– …Tak? – odpowiada Thomas bez pewności w głosie.
– To tak czy nie?
– Nie wiem? – stwierdza bezradnie rozkładając ręce.
Rami robi krok w jego stronę, patrzy mu prosto w oczy.
– Podrywałeś moją żonę.
– A ty flirtowałeś z moją dziewczyną.
– No tak… – rzuca potakując głową.
– Głupia sprawa… – przyznaje Thomas, drapiąc się po karku z rozbrajającym uśmiechem.
Rami też się śmieje, krótko i szczerze. Sięga po marynarkę przewieszoną przez oparcie fotela.
– Mia jest szczęśliwa. Uwielbia być adorowana. A czas spędzony z młodymi ludźmi zawsze poprawia jej humor. A teraz chodź na kolację, lowelasie. Jari nie może się doczekać jej opowieści o studentach.
Obaj wychodzą z gabinetu, rozmawiając półgłosem, jakby byli wspólnikami w jakiejś dawno ustalonej grze.
W jadalni panuje subtelne napięcie oczekiwania. Wszyscy są już na swoich miejscach, lecz nikt jeszcze nie tknął jedzenia. Powietrze pachnie świeżym chlebem, ziołami i kawą. W chwili, gdy do pomieszczenia wchodzi Mia, rozmowy cichną. Wstają niemal jednocześnie – jak w teatrze, w którym ona gra główną rolę. Siada z gracją. Dopiero wtedy reszta zajmuje miejsca.
Jari, niespokojny jak chłopiec w wigilijny poranek, przebiera nogami.
– No Mia, opowiadaj. Co było z tymi studentami?
Ona uśmiecha się lekko, sięga po kieliszek z wodą, zanim odpowie:
– No dobrze… żeby to miało sens, muszę wyjaśnić kilka rzeczy. Do wakacji 2024 roku byłam na uczelni postrzegana jako zwykły wykładowca, który dodatkowo współpracuje z Indivar Group. Ani koledzy z uczelni, ani studenci nie wiedzieli, że Rami to mój mąż, a syn… no, wiadomo.
Jari kręci głową z niedowierzaniem:
– Jak to nie wiedzieli? Przecież teraz pierwsze, co robisz, poznając kogoś, to wpisujesz go w wyszukiwarkę.
Rami unosi rękę i przecząco kiwa głową.
– Nie tak szybko. Po pierwsze: nikt nie szukał, bo po co – nie było takiej potrzeby. Po drugie: Mia miała dwie tożsamości. I nie z powodu jakiegoś ukrywania się, tylko przez zbieg okoliczności.
W świecie internetu i powszechnej dostępności informacji może się to wydawać zaskakujące, ale faktycznie Mia Rian i Miraaya Rathore funkcjonowały jak dwa odrębne byty. Jedna była postrzegana jako osoba związana z Indivar Group – twarz nauki, wykładowczyni, ekspertka. Gdy ktoś szukał głębiej, trafiał również na archiwalne artykuły i zdjęcia z wyścigów samochodowych, w których brała udział lata wcześniej.
Gdy jednak w wyszukiwarkę wpisywano „Mia Rian” albo „Rami Rian z żoną”, pojawiały się wyłącznie zdjęcia Mii u boku męża – z gal, wernisaży, branżowych wydarzeń. Bez kontekstu naukowego. Bez przeszłości sportowej.
Co więcej, wielu znajomych przez długie lata nie wiedziało nawet, jak Mia ma naprawdę na imię ani że po ślubie nie przyjęła nazwiska Rian. Z biegiem lat nie było już sensu tego prostować, a w gruncie rzeczy było to nawet na rękę.
– Unikałam rozgłosu – wtrąca Mia z rozbawieniem. – Rzadko pokazywałam się z Antero. I tak jakoś wyszło, że żyłam podwójnym życiem. Nie miałam czasu na show–biznes. Teraz to co innego. Bawię się świetnie.
Wszyscy się uśmiechają. Ville patrzy na matkę z udawaną dezaprobatą.
– Tak, moje Lambo widziało, jak się bawisz. Wystawię fakturę za autodetailing…
Rami spogląda na syna z teatralnym gniewem.
– Doba w tym domu kosztuje dwa tysiące euro za osobę.
Ville pochyla głowę, jakby nagle dotarło do niego, że nie ma jeszcze własnego domu – i że w gruncie rzeczy nigdy nawet nie planował go kupić.
– Oczywiście – mruczy. – Mycie Lambo wrzucę w koszty… życia.
Wie, że schowa fakturę między innymi kosztownymi wydatkami zespołu.
Mia dopija wodę, po czym kontynuuje:
– Reasumując – nikt nie był w stanie powiązać Mii z Miraayą. Tylko osoby, które znały mnie osobiście, mogły się domyślić. A stało się to z bardzo prozaicznego powodu. W odcinku w Amsterdamie Thomas powiedział, że matka Villego goniła go po ogrodzie, zabrała skręta i zdeptała obcasem.
Spogląda na Thomasa. Ten uśmiecha się niewinnie.
– Zwróciłeś się do kamery i powiedziałeś, że czułeś się jak przemytnik bomby nuklearnej i padło przy okazji moje imię. I wtedy moim studentom zapaliła się lampka. Zaczęli zadawać pytania: „Kim jest ta matka Villego, że DJ ucieka przed nią jak złodziej polonu?”. Wpisali w przeglądarkę „Rami Rian z żoną” i… wszystko stało się jasne. No i się zaczęło. Szepty. Komentarze. Teorie spiskowe, które powoli zalewały portale uczelniane.
Ville śmieje się pod nosem.
– Były różne hipotezy: że to przypadkowe podobieństwo, że dr Rathore ma siostrę bliźniaczkę, że to hologram… albo że Mia i Miraaya to ta sama osoba. Ludzie zaczęli porównywać rysy twarzy, ułożenie rąk, biżuterię… Niektórzy zrobili naprawdę solidną robotę.
– A gdy nadszedł październik – ciągnie Mia. – I rozpoczął się nowy rok akademicki zaczęły się pytania krzyżowe.
Rose, która zna tę historię doskonale, uśmiecha się i włącza do rozmowy:
– I na tym, kochani, kończymy naszą opowieść na dziś. Jeśli chcecie więcej o teoriach spiskowych studentów Mii zostawcie łapki w górę!
– Jesteś okropna dla naszych widzów – rzuca Ville, posyłając jej rozbawione spojrzenie, a następnie zwraca się już do matki:
– Proszę, kontynuuj.
– To był początek roku akademickiego. Aula wypełniona po brzegi. Przyszli nawet tacy, którzy nie byli zapisani na moje zajęcia…
Duża, nowoczesna sala. Rzędy drewnianych blatów, metalowe krzesła, białe ściany odbijające światło z góry. Panowało skupienie. Słychać było jedynie cichy stukot długopisów, szelest papierów, przesuwanie kartek. Kilka osób leniwie sączyło kawę z kubków z logo uczelni. Powietrze pachniało jesienią przyniesioną na kurtkach i świeżym tonerem z drukarek.
Miraaya Rathore – w dopasowanym, granatowym garniturze i wysokich szpilkach – stała przy katedrze. Jej głos brzmiał pewnie, każde słowo było precyzyjne, jakby kalibrowane pod kątem zrozumiałości i powagi tematu.
– Czy są jakieś pytania o systemy pasywnego chłodzenia w reaktorach? – zapytała spokojnie, składając dłonie przed sobą.
Przez chwilę panowała cisza. Słychać było tylko tykanie zegara na ścianie i krótkie kaszlnięcie z końca sali. Aż wreszcie jedna ręka powędrowała nieśmiało w górę, gdzieś w czwartym rzędzie.
Mia nie zmieniła wyrazu twarzy. Oparła się swobodnie o biurko, założyła ręce na piersi. Wskazała dłonią.
– Słucham pana.
Student, szczupły chłopak w koszuli w kratę, chrząknął nerwowo i powiedział:
– Pani doktor… to nie pytanie o system chłodzenia. Ale… czy jest pani fanką Liberty Fade i Villego Riana?
W sali zapadła cisza. Ktoś gdzieś zachichotał pod nosem, ktoś inny odwrócił wzrok. Większość zerkała to na chłopaka, to na doktor Rathore. Kobieta ani drgnęła. Jej twarz była jak wyrzeźbiona z lodu – opanowana, profesjonalna. Gdy negocjowała budowę reaktora przy granicy z Pakistanem, miała dokładnie taki sam wyraz twarzy.
– Hmm… – powiedziała z chłodnym dystansem. – A co to ten Liberty coś tam?
Chłopak, nieco zbity z tropu, spróbował wytłumaczyć:
– Zespół rockowy. Alternatywa. Ville to wokalista. Teraz nagrywają taki program… no, ciekawy. I... podobno jego mama jest bardzo do pani podobna.
Mia spokojnie odwróciła się do komputera. Wpisała: „Liberty Fade”. Chwila – i ekran projektora rozświetlił się rzędem kolorowych zdjęć: Ville w makijażu, chłopcy na scenie, logo zespołu. Cała aula patrzyła.
Ona przyglądała się uważnie, lekko mrużąc oczy.
– O rany… a co on taki pomalowany?
Studenci zaczęli się uśmiechać. Kilkoro próbowało stłumić, ale nikt nie ośmielił się skomentować. W powietrzu zawisło napięcie, lekko podszyte rozbawieniem.
– A co oni w tym programie takiego robią, że moi studenci to oglądają? Hmm?
Ten sam chłopak odpowiedział, wyraźnie starając się nie wybuchnąć śmiechem:
– Grają koncerty… imprezują… no i bawią się. Trochę o życiu zespołu. Trochę prywatnie.
Mia rozejrzała się po sali. Jej spojrzenie przesuwało się powoli po twarzach studentów. Żadnego uśmiechu, żadnego błysku w oku. Tylko absolutny spokój i precyzyjna kontrola jakby skanowała audytorium w poszukiwaniu słabych punktów.
– Powiem wam jedno – powiedziała cicho, niemal bezbarwnie, ale z tą specyficzną siłą, która sprawiała, że wszyscy milkli. – To skandal, żeby przyszli inżynierowie od bezpieczeństwa nuklearnego oglądali takie rzeczy. Zastanówcie się nad sobą, moi państwo.
Zamknęła laptopa, zebrała notatki. Nie było w tym żadnego pośpiechu – każdy ruch był spokojny, kontrolowany. Kiedy sięgała po pendrive, jej palce nawet na moment się nie zawahały. Pochyliła głowę w niemal niezauważalnym geście pożegnania i wyszła bez słowa więcej.
Drzwi auli zamknęły się za nią cicho. Dziesiątki par oczu wpatrywało się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stała Miraaya Rathore – kobieta, która najpewniej właśnie potwierdziła najgłośniejszą uczelnianą teorię spiskową roku, nawet nie drgnąwszy brwią.
Od tego dnia studenci na wykładach doktor Rathore siedzieli cicho, notowali każde słowo, nie podnosili wzroku znad zeszytów, nie zadawali zbędnych pytań i starali się nie zwracać na siebie uwagi. W powietrzu unosiło się bowiem niejasne, lecz bardzo wyraźne przeczucie, że konsekwencje tamtej ciekawości mogą przyjść później, na przykład w formie wyjątkowo wymagającego egzaminu.
Ville, który od jakiegoś czasu przysłuchuje się tej historii z rosnącym rozbawieniem, unosi brwi.
– Tak, ale niedługo po tym były jeszcze lepsze jaja.
– To prawda. To było tuż przed premierą odcinka, w którym Ville i Emma oficjalnie przedstawiają swoją rodzinę. Czyli nas. Po tym już wszystko było jasne – nie było odwrotu.
Na moment milknie, jakby ważyła słowa.
– Ale zanim odcinek się ukazał, postanowiłam delikatnie zażartować ze swoich studentów. Trochę z przekory, trochę dla sportu. W końcu i tak kończyłam już karierę wykładowcy – miałam wolną rękę. A było to tak…
Na korytarzu przed gabinetem doktor Rathore panowała nerwowa cisza. Grupa studentów czekała na konsultacje. Krążyły szeptane plotki – „podobno dziś nie w humorze”. Ci, którzy przyszli oddać sprawozdania, mieli ściśnięte gardła i trzymali notatki w spoconych dłoniach.
W środku panował spokój. Gabinet był jasny i uporządkowany. Przy drugim biurku siedział Ville – elegancki, ubrany na czarno, z codziennym makijażem. Na uszach miał słuchawki, głowę opierał o dłoń, oczy trzymał przymknięte – wyglądał, jakby dryfował gdzieś między światem dźwięku a własną wyobraźnią.
Mia, w białej koszuli i grafitowej marynarce, wertowała notatki. Kiedy drzwi się uchyliły, nie podniosła nawet głowy.
Weszło dwóch studentów. Już od progu ich wzrok padł na Villego – jeden z nich mruknął niepewnie:
– Dzień dobry?
Ville tylko uniósł rękę w niemym geście przywitania, nie otwierając oczu. Następnie znów zanurzył się w muzyce. Mia powoli podniosła wzrok znad kartek, spojrzała na nich z tą spokojną, surową aurą, która kazała natychmiast się wyprostować i mówić do rzeczy.
– Dzień dobry. Choć to ja dziś będę zadawać pytania. Z czym panowie do mnie przyszli?
Student w granatowej bluzie, nie mogąc oderwać wzroku od Libertyna, zebrał się na odwagę:
– Mamy szkic prezentacji na seminarium... Chcieliśmy skonsultować dalszy zakres materiału?
Kobieta uniosła brew. Uśmiech błąkał się gdzieś na granicy jej ust, ale nie przebijał się przez kontrolowaną twarz.
– To już kolejne pytanie?
Student w okularach co chwilę zerkał na Libertyna, jakby próbował rozpoznać, czy to faktycznie on, czy tylko jakiś perfekcyjnie wykonany hologram.
Ville, jakby wyczuł napięcie, powoli zdjął słuchawki. Otworzył oczy i zaczął przysłuchiwać się rozmowie, opierając się wygodnie o oparcie.
– Nie, pani doktor. Chcieliśmy po prostu zasięgnąć pani opinii...
Mia wzięła referat, rzuciła okiem na wykresy i tabelki, po czym skierowała pytanie do studenta w okularach:
– O, to ciekawe. – Przesunęła palcem po linijce tekstu. – A jaki wpływ na kontrolę reakcji łańcuchowej ma współczynnik reaktywności temperaturowej?
Student w granatowej bluzie spróbował odpowiedzieć, ale coś go zdekoncentrowało – Ville właśnie ziewnął teatralnie, zakrywając usta dłonią.
Zapadła cisza. Mia przerzuciła kolejne kartki i powiedziała nieco bardziej przystępnie:
– Dobrze, to może bardziej po studencku: jak zmiana temperatury wpływa na reakcję i stabilność reaktora?
Studenci milczeli. Mia wpatrywała się w dane. Ville uniósł rękę. Ona, bez mrugnięcia, sięgnęła po pilota, wycelowała w syna i nacisnęła play.
Libertyn zaczął swobodnie, z tym swoim scenicznym luzem:
– Współczynnik reaktywności temperaturowej to czynnik, który mówi, jak bardzo reaktor jądrowy się wkurza, kiedy robi mu się gorąco.
W sali zapadła martwa cisza. Nawet Mia lekko uniosła brwi, ale nie przerwała.
– Kiedy temperatura rośnie, to ten współczynnik decyduje, czy reaktor powie: spokojnie, wszystko pod kontrolą, czy raczej: o nie, lecimy w górę bez trzymanki! I najlepiej, żeby był ujemny bo wtedy reaktor sam się uspokaja, jakby miał wbudowaną jogę – po czym z entuzjazmem dodał: – Serio.
Znów zamknął oczy teatralnie, jak po występie dla niewidzialnej widowni.
Mia, nawet nie odrywając wzroku od referatu, rzuciła z chłodną precyzją:
– O, teraz jest audycja radiowa o reaktorach dla laików. Zazwyczaj puszczają tam przeciętną muzykę.
Studenci nie wiedzieli, co robić – nie śmiali się, nie ruszali. Tylko gapili się na Villego, który z lekko uniesionym kącikiem ust wyglądał, jakby właśnie dostał w twarz… jedwabną rękawiczką z logiem Uniwersytetu.
– Panowie – prezentacja idzie w dobrym kierunku. Nie mam większych uwag. Unikajcie teorii, która nie przekłada się na praktykę. Liczę na porządne wystąpienie na sympozjum.
Student w granatowej bluzie pochylił głowę:
– Oczywiście, pani doktor.
Mia, zbierając materiały, dodała mimochodem:
– A jeśli któryś z was kiedyś trafi do sterowni reaktora, musi być przygotowany na wszystko. Nawet na wokalistę w brokacie mądrzącego się na tematy, o których nie ma pojęcia. Dziękuję panom i trzymam kciuki.
Studenci skłonili się i zanim wyszli, zatrzymali wzrok na Libertynie – nieruchomym, z zamkniętymi oczami. Kamienna twarz. Zero ruchu.
Kiedy drzwi się zamknęły, Ville otworzył oczy. Kąciki ust drgnęły mu lekko, jakby właśnie walczył z napadem śmiechu. Mia również miała ewidentnie dobry humor, choć jej twarz nadal pozostawała elegancka i chłodna.
– Wiesz, zaskoczyłeś mnie, taka wiedza… – powiedziała, odkładając referat.
– Daj spokój, mamo. Wpisałem hasło w internet.
– Podejrzewam, że jest tam dość skomplikowana definicja. A ty wytłumaczyłeś to tak, że laik zrozumie. Nawet niektórzy moi studenci tak nie potrafią. Szkoda, że nie chcesz się dalej uczyć…
Ville wzruszył ramionami z cieniem uśmiechu – tym półironicznym, półznaczącym. Przez ułamek sekundy w jego oczach pojawiło się coś jeszcze. Zniknęło to równie szybko, jak się pojawiło.
– Oj mamo. Akurat to była oczywistość i podstawa. Po tylu latach słuchania, jak się przygotowujesz, znałbym to nawet przez sen.
Ona posłała mu całusa w powietrzu – lekko, z rozbawieniem, kończąc małą prywatną scenę teatralną.
– Mój kochany syneczek. A teraz… kolejni do golenia już się tam duszą.
Jari nachyla się nad stołem, łokcie wspiera na blacie, a w ciemnych oczach płonie ciekawość.
– A były jakieś komentarze, że przyprowadziłaś wokalistę do gabinetu? – rzuca, jakby zaraz miała paść najpikantniejsza historia dnia.
Mia przeciąga palcem po cienkim rancie filiżanki i dopiero wtedy odpowiada:
– Nie wszystkim wykładowcom przypadło to do gustu. A przecież odwiedził mnie mój własny syn, siedział cichutko, nikomu nie wadził. Pojawiło się kilka złośliwych uwag, nic wielkiego. – Wzdycha lekko. – A potem usłyszałam na korytarzu, że jestem „wyluzowaną babką” i że szkoda, że już nie będę uczyć. Zaczęłam się zastanawiać, czy moje perfekcyjne, trochę sztywne wykłady nie mogłyby czasem złapać oddechu, odrobiny żartu, bliższego kontaktu ze studentami.
– Ale przecież wciąż zdarza ci się wykładać. – wtrąca Jari. – Żartujesz czasem?
– To zależy – odpowiada Mia, spoglądając w stronę okna, gdzie gałęzie rysują tańczące cienie. – Gdy patrzę na pełną aulę młodych ludzi, pozwalam sobie na coś lżejszego. Ale inżynierowie i specjaliści od fizyki jądrowej potrzebują dyscypliny. Rozmawiamy przecież o bezpieczeństwie świata.
Rami muska ustami czubek jej głowy, a po chwili wyłącza kamery. Piknięcie urządzenia rozpuszcza napięcie.
Mia unosi kącik ust w psotnym uśmiechu, który Rami kwituje:
– Znam ten grymas, niegrzeczna dziewczynka. Opowiedz, jak załatwiłaś profesorka. Kamery wyłączone.
– Dawaj, uwielbiam takie akcje – rzuca Jari przysuwając się bliżej.
– Był taki jeden, nazwijmy go po prostu Profesorkiem – zaczyna, przeciągając się i poprawiając bransoletkę. – Wiedzę miał ogromną, ego jeszcze większe. Od początku traktował mnie z góry, nigdy nie chciał współpracować. Chamstwo toleruję najgorzej. Po scenie z Ville i studentami zaczął mnie obgadywać.
– Trzeba mieć tupet, żeby obgadywać kobietę, która trzyma w ryzach koncern nuklearny i zna wszystkich z pierwszych stron gazet – stwierdza Jari.
– Wtedy już wszyscy wiedzieli, że Ville jest moim synem, a Rami mężem – ciągnie Mia. – Nie mieli tylko pojęcia, czym naprawdę się zajmuję. Widzieli we mnie wykładowczynię dorabiającą w Indivar Group. Fakt, że jestem jedynym udziałowcem Imperium, pozostawał tajemnicą.
– Ale przecież te dane są w sieci… O, proszę jesteś wpisana w rubryce właścicielskiej jednego z holdingów – wtrąca Sandra, machając telefonem i puszczając porozumiewawcze oczko Rose. – Nie trzeba być hakerem, żeby je znaleźć. Mniej niż minuta.
– Nikt nie szukał, a mnie to pasowało – Mia wzrusza ramionami. – Dzięki temu widziałam, kto naprawdę pracuje i na kogo mogę liczyć. O sprawie wiedział tylko rektor, zresztą był dyskretny. Akademicy są mistrzami teorii, z biznesem im nie po drodze, nie znają się na wpisach do rejestrów.
Zwraca się nagle do Thomasa z uznaniem:
– Masz bardzo mądrą i ładną dziewczynę.
Chłopak uśmiecha się zawadiacko i przytula delikatnie Sandrę. Mia ciągnie dalej swój wątek.
– Profesorek powiedział publicznie: „Jak to wygląda, że przyprowadza syna celebrytę do gabinetu? To nie przedszkole.” A potem dodał, że „niby wykładowczyni, a zachowuje się jak księżniczka w przebraniu”. Tego było za wiele. Zablokowałam mu grant.
– Szczególnie, że Mia jest prawdziwą księżniczką – mruczy Rami, rozgorączkowany z dumy.
– Dokładnie. Pamiętam jego minę w pokoju socjalnym: wyrwane włosy, przekleństwa. Wzięłam herbatę, popatrzyłam na niego i posłałam oczko. Podobno zrozumiał. Kiedy później wyemitowano odcinek o naszej rodzinie i o pałacu w Surrey, ktoś sprawdził Indivar Group. Nazwisko rozwiało ostatnie wątpliwości.
Mia poprawia włosy i bierze łyk herbaty.
– Kilka miesięcy później spotkałam Profesorka na sympozjum. Był przesłodko uprzejmy, prosił o rozmowę. Nie miałam czasu. Grantów już nie zobaczył, teraz uczy za grosze.
– Nie uważasz, że nauka mogła stracić? – wtrąca Wendy obracając szklankę w palcach. – Sama mówiłaś, że to świetny fizyk.
– Zdolnych, przyzwoitych ludzi nie brakuje.
– No to nauka nie straciła – stwierdza Wendy poważnym tonem.
Kobieta wzdycha z satysfakcją i nuci cicho Marsz Weselny, wodząc wzrokiem między Wendy a Paulem, który od razu się prostuje.
– My mamy dzieci…
– I pszczoły, jesteśmy nowocześni – dodaje Wendy, unosząc brew.
Mia posyła im udawane, karcące spojrzenie, po czym przesuwa wzrok na Emmę i Roberta, którzy z trudem tłumią śmiech.
Robert unosi ręce w obronnym geście, próbując zachować powagę:
– My też mamy dziecko… i jesteśmy nowocześni.
Kobieta zdycha teatralnie i kręci głową z rezygnacją, jakby właśnie traciła ostatnią nadzieję na klasyczne wychowanie tej rodziny.
– Ale załatwiłaś epicko tego Profesorka! – Jari aż klaszcze w dłonie. – Przyznam, liczyłem na coś bardziej mafijnego, ale i tak zrobiłaś robotę.
– Tyle lat znosiłaś tego człowieka – mówi Rose z uznaniem głosie. – I nie przyznałaś się, że Indivar Group i granty to ty. Cicha siła. Podziwiam.
Mia kiwa jej z wdzięcznością patrząc to na synową to na syna, a Ville rozkłada ręce w teatralnym geście:
– Ja się z nią ożeniłem.
– Owszem, Libertynie – odpiera Rose z kpiącym błyskiem – jesteś dostatecznie staroświecki, żeby się żenić, i dostatecznie libertyn, żeby brzmiało to dziwnie.
Robert kręci głową ze śmiechem:
– Rozpustnik i tradycjonalista w jednym. Ta rodzina to eksperyment społeczny.
Reszta potakuje próbując zachować powagę, ktoś zagryza usta, ktoś pije wodę, ktoś inny coś szepcze. I w tej mieszaninie chichotów, szczeknięć Echo i dalekich pisków wybiegających dzieci, wieczór w Rianhouse toczy się dalej – wcale nie łagodniej, ale z poczuciem, że nawet najbardziej wybuchowe sekrety można zamknąć w jednej filiżance herbaty i jednym puszczonym oczku.







