| Autor | |
| Gatunek | obyczajowe |
| Forma | proza |
| Data dodania | 2026-04-22 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 48 |

Rozdział 1
Książę w świecie show–biznesu.
Treść rozdziału nie uległa zmianie. Skorygowałam jedynie wypowiedzi Amidali, aby lepiej odpowiadały jej wiekowi, zgodnie z otrzymanymi uwagami.
Gabinet rodziny Rathore Rian jest nowoczesny, niemal futurystyczny. Biało–szare wnętrze mogłoby wydawać się chłodne, gdyby nie podłoga ze szlachetnego drewna oraz ściana pełna rodzinnych zdjęć i pamiątek.
Dziewięcioletnia Amidala siedzi w białym skórzanym fotelu i muska palcami czaszkę leżącą na biurku. Zatrzymuje wzrok na wyblakłej fotografii z dawnej gazety – widać na niej wrak samochodu. Po chwili spogląda w puste oczodoły i teatralnym tonem zwraca się do swojego milczącego towarzysza:
– Być czy nie być – oto jest pytanie…
– Być, Amidalo. Raczej być – odpowiada delikatny, męski głos dochodzący z antresoli.
Ona unosi wzrok. Mężczyzna schodzi lekkim krokiem po lewitujących schodach. Jego gładkie dłonie, przecięte wyraźnymi niebieskimi żyłkami, suną po szklanej balustradzie.
– Być, ale kim? – pyta zaintrygowana.
– Ami, bądź kim chcesz – odpowiada, podchodząc do biurka.
Dziewczynka zastanawia się chwilę. Palce przesuwają się po starej gazecie z 1981 roku.
– Chcę być kimś. Coś znaczyć.
– Czyżby show–biznes? – śmieje się, odsłaniając białe zęby.
Kładzie dłoń na jej dłoni, a brokat na jego czarnych paznokciach błyszczy w jesiennym słońcu wpadającym przez okno.
– Nie. Chcę być jak prababcia. Ona dawała ludziom nadzieję, leczyła ubogich.
– Hmm… nie wiem… Może lepiej tworzyć własną historię. Ale masz rację. To, co robiła prababcia, było godne podziwu. Jednak pamiętasz… – pochyla się nad nią i szepcze jej coś do ucha.
Ami nieruchomieje. Mężczyzna uśmiecha się tajemniczo i powoli odsuwa od biurka.
– Jesteś okropny, Ville! – stwierdza z rozbawieniem, przechylając lekko głowę.
– Widzę, że przeglądasz stare gazety. Wieki ich nie widziałem.
Sięga po jedną z nich. Z lekkim grymasem przygląda się wyblakłym literom, po czym zaczyna czytać:
– „Syn maharadży Udajpuru i jego żona nie żyją.”
Przesuwa wzrokiem dalej, ale po chwili się poddaje.
– Nie znam hindi zbyt dobrze. Choć czasem mam wrażenie, że moje życie to jedno wielkie bollywood.
Ami śmieje się i podchodzi do ogromnego okna. Spogląda na babcię Mię, która rozmawia z ogrodnikiem w listopadowym chłodzie.
– Kochana babcia… To od niej wszystko się zaczęło. Opowiadała mi historię dynastii Rathore, ale jest tam tyle zawiłości… Dużo rzeczy mi się nie klei. Może ty coś mi rozjaśnisz?
Ville przygląda się sobie w lustrze bez ramy. W jego twarzy wciąż jest coś chłopięcego, ale spojrzenie zdradza kogoś, kto dawno przestał być nastolatkiem. Czarna kreska pod okiem podkreśla ciemnozielone tęczówki, a starannie pomalowane rzęsy nadają spojrzeniu wyrazistości. Przeczesuje dłonią gęste, ciemnobrązowe włosy, odsłaniając dwa srebrne kolczyki.
Odwraca się do Amidali, która znów siada przy surowym, betonowym biurku.
– Oczywiście. Choć czasem sam gubię się w tej historii.
Dziewczynka chwyta czaszkę i zaczyna przekładać ją z ręki do ręki.
– Wiemy, że rodzice babci Mii zginęli w wypadku, kiedy była małym dzieckiem.
Ville spogląda na nią z niepokojem.
– Zostaw Williama w spokoju.
Gdy odkłada czaszkę, potakuje z aprobatą.
– To nie był wypadek. To było morderstwo z zimną krwią. Mia miała być kolejną ofiarą, ale tego dnia została w pałacu, pod opieką Maharani.
Ami bierze głęboki oddech.
– Podobno po wielu latach znaleźli tych, którzy to zlecili. Jeden z nich był z bocznej linii rodu Rathore.
Ville pochyla się nad biurkiem.
– Wszystko zaczęło się od pewnego kuzyna. Dla uproszczenia nazwijmy go po prostu Kuzynem. Wplątał się w mroczne interesy, uznano go za niegodnego i odebrano mu tytuły oraz przywileje… Postanowił to odzyskać, a właściwie odziedziczyć.
– Ale po co? – pyta, poprawiając opaskę na kasztanowych włosach. – Złote czasy arystokracji w Indiach minęły.
Ville zaczyna powoli krążyć po gabinecie.
– Oficjalnie tak. W praktyce w wielu miejscach to wciąż narzędzie wpływu i pieniędzy.
– Babcia wspominała, że nie działał sam.
– Szybko znalazł zwolenników – odpowiada bez emocji. – Maharadża był człowiekiem postępowym, wręcz proeuropejskim. Ożenił się z Europejką, a swojemu synowi pozwolił na to samo. To wystarczyło, by stworzyć historię o odejściu od tradycji. A drugie dno już znasz.
Przez chwilę zapada cisza.
– Dla wielu, zwłaszcza dla konserwatystów, było to za wiele – dodaje cicho. – Uznali to za plamę na honorze rodu. Próbowali podważyć autorytet Maharadży, ale bezskutecznie.
Jego głos staje się niższy.
– Dlatego uderzyli tam, gdzie bolało najbardziej. Pozbycie się potomków Maharadży otwierało drogę do spadku po jego śmierci.
Amidala na chwilę opuszcza wzrok.
– Ale babcia Mia przeżyła. I została zaręczona jako dziecko… Po co?
Ville uśmiecha się lekko.
– Bo to nie było czarno-białe. Krążyły plotki, że Kuzynów było więcej. Mia była jedyną spadkobierczynią ogromnej fortuny, więc jej życie było w niebezpieczeństwie. Ten kontrakt miał ją chronić – dać Maharadży czas na obmyślenie planu. I ostatecznie… ten plan dał jej wolność.
Sięga po gazetę z 2003 roku i przez chwilę wpatruje się w wyblakłe zdjęcia.
– Nadal nie wszystko jest dla mnie jasne…
Ami wybucha śmiechem.
– Wiesz, Ville, najpierw było koło, potem komputery, a teraz mamy internetowe tłumacze.
– Technologia spiskuje przeciwko mnie – odpowiada teatralnie, poprawiając koszulę.
Dziewczynka czyta nagłówek:
– „Wielki skandal! Wnuczka Maharadży, księżniczka Miraaya, potajemnie poślubiła gwiazdę muzyki rozrywkowej… Rami Rian – bawidamek, narkoman i skandalista…”
Unosi brwi.
– Mia miała cichą zgodę na ten ślub. A dziadek Rami… no cóż, nie był wzorem cnót.
Ville obraca bransoletkę na nadgarstku.
– Mia go kochała, on kochał ją. Maharadża to zaakceptował.
– To i tak nic nie zmieniło. Jej życie dalej było zagrożone.
– To była dopiero pierwsza faza planu – przyznaje. – Oficjalnie Maharadża zerwał kontakt z Mią, ale w rzeczywistości chronił ją w Wielkiej Brytanii. Musiała zniknąć, urodzić syna i ostatecznie zakończyć dynastię.
– Mia miała urodzić syna… – powtarza Amidala, wskazując na niego. – Czyli ciebie.
Ville unosi głowę z lekkim uśmiechem.
– Tak. Mnie. Kilka miesięcy po moich narodzinach zrzekła się tytułu w moim imieniu. To był koniec rodu Rathore w tej formie.
– Ale ty jesteś księciem… – ciągnie bez przekonania.
– Honorowym. To tytuł niedziedziczony. Nadany później, bardziej symbolicznie — przyjęty ze względu na ludzi, którzy byli po stronie Maharadży do końca.
Dziewczynka podchodzi do okna. Jej babcia właśnie rozmawia przez telefon, a obie wymieniają porozumiewawczy uśmiech.
– A to daje ci jakąkolwiek władzę?
Ville również podchodzi do okna i macha do matki.
– Nie. Nie potrzebuję władzy w lokalnej społeczności. Przecież i tak jestem… popularny.
Ami spogląda na niego z podziwem, bierze do ręki telefon i przez chwilę przesuwa palcem po ekranie.
– Zasięgi twojego kanału sięgają dwustu milionów – mówi z namaszczeniem, jakby odczytywała dane giełdowe. – Ludzie kochają Libertyna. Ville, jesteś wielki!
Unosi na niego wzrok z absolutną szczerością, jaką potrafią mieć tylko dzieci. W jej oczach nie ma ani krzty przesady – po prostu Ville jest legendą.
Chłopak potakuje zadowolony, rozgląda się po gabinecie i zatrzymuje spojrzenie na ścianie z trofeami. Patrzy na swoje platynowe i złote płyty, jakby sam nie dowierzał, ile ich jest.
– Muszę zamontować kolejną półkę. Już nie mam gdzie trzymać tych wszystkich nagród… – mruczy, po czym spogląda na Ami z przekornym uśmiechem. – A tak w ogóle, czemu mówisz do mnie po imieniu?
– Żeby było luźniej. Sam mi kazałeś!
– Ale kiedy są przyjaciele, prywatnie wolę, żebyś zwracała się do mnie inaczej.
Dziewczynka śmieje się i przytula go bez chwili wahania.
– Oczywiście, tatusiu!
Po czym wychodzi z gabinetu z lekkim podskokiem, mijając w progu kobietę, którą całuje w policzek.
Ville podchodzi do biurka, sięga po czaszkę i z czułością kładzie ją na otwartej dłoni. Obraca Williama powoli, jakby w pustych oczodołach chciał odnaleźć odpowiedź na dawne pytania. Przez chwilę patrzy w milczeniu, aż wreszcie unosi czaszkę ku światłu zachodzącego słońca, które załamuje się na polerowanej powierzchni kości.
– Być, zdecydowanie być – szepcze, jakby składał przysięgę nie tylko sobie.
Za plecami słyszy miły, dobrze mu znany głos. To Rose – jego żona, śliczna, mądra i temperamentna. Staje w progu i przekrzywia lekko głowę. W jej oczach widać ciekawość, choć ton brzmi bardziej niż ironicznie.
– Kim chcesz być, mój kochany Libertynie?
Ville odkłada czaszkę i posyła jej całusa.
– Dziś będę złotą rączką. Muszę zamontować półkę na kolejne nagrody za ostatni album.
Rose podchodzi bliżej i przesuwa dłonią po jego policzku. Uśmiecha się szeroko, po czym całuje go bez ostrzeżenia – długo, intensywnie, tak jak tylko ona potrafi. Gdy się odsuwa, jej spojrzenie na moment poważnieje, choć wciąż czai się w nim rozbawienie.
– Nie ma mowy. Masz zakaz używania elektronarzędzi. Lepiej wezwij specjalistę.
Rozgląda się po pokoju, marszczy brwi i staje bokiem do światła.
– Hmm… zaczęliście już nagrywać?
– Na razie bawimy się kamerami, ustawiamy kadry – odpowiada, obracając się i pokazując kolejne urządzenia. – Moja Libertini ludzie chcą igrzysk, więc je dostaną! Idę po narzędzia.
Ona tylko macha ręką w geście rezygnacji i siada przy komputerze z lekkim uśmiechem. Czas sprawdzić rozkład kamer i skoordynować pracę ekipy technicznej. Wszystko musi działać bez zarzutu.
Przelatuje wzrokiem po gabinecie – pięć rejestratorów w tym pomieszczeniu powinno wystarczyć. W całej rezydencji Rianhouse zamontowano już większość kamer. Kolejne urządzenia trafią do studia jej teścia, do samochodów i wszędzie tam, gdzie Ville i jego muzycy będą przebywać. Czas zacząć kręcić kolejny sezon Liberty Fade Life. Rok 2030 zapowiada się pracowicie.
Kilka minut później Ville wraca ze skrzynką narzędzi. W skupieniu przegląda jej zawartość, po czym zdejmuje koszulę. Rose spogląda na niego z uznaniem i zatrzymuje wzrok na tatuażach. Ville nie lubi tatuaży, ale ma dwa – małe i symboliczne. Jeden, tuż pod obojczykiem, przedstawia znak nieskończoności z wplecionym kodem binarnym literki „R”. Drugi, na przedramieniu, to serce z imieniem jego córki.
Rose ma podobne – jej nieskończoność oplatają nuty, a serduszko z literką „A” znajduje się bliżej nadgarstka.
Wciąż przypatruje się mężowi. Ville jest szczupły – zawsze taki był. Na jego ciele próżno szukać tłuszczyku; jest idealnie umięśniony, ani za dużo, ani za mało. To efekt codziennych treningów.
Próbuje skupić się na plikach, ale wzrok wciąż ucieka do pięknego ciała ukochanego Libertyna. Ville dostrzega to spojrzenie i w komiczny sposób zaczyna prężyć muskuły. Po chwili wraca do pracy, chwyta wiertarkę – nagle coś spada z łoskotem i znika pod skórzanym szezlongiem. Reaguje na to wiązanką przekleństw po fińsku.
Rose podnosi zgubę i spogląda na niego z rozbawieniem.
– Vivaan! To wiertło jest za duże. Montujesz półkę czy regał przemysłowy? Wyznaczyłeś miejsce i wysokość?
Na dźwięk tego imienia, Ville uśmiecha się szeroko, lubi jak Rose tak go nazywa. Jak sama mówi: ,,Dla świata jesteś Ville-Libertyn, dla mnie zawsze będziesz Vivaanem’’. Następnie aktorsko przewraca oczami. Już wie, że to Rose przejmuje kontrolę, a on będzie tylko podawał narzędzia.
Szklana półka okazuje się bardziej wymagająca, niż przypuszczał. Trzeba precyzji co do milimetra, poziomicy, odpowiednich kołków i śrub, których oczywiście nie ma. Zamiast tego ma cały arsenał… niewłaściwych kluczy, zbyt krótkich wkrętów i rozkalibrowaną wiertarkę.
Podczas gdy Rose mierzy odległości i sprawdza poziom, Ville z wdziękiem podaje jej nie te narzędzia, co trzeba, za każdym razem z miną skruszonego adoratora.
Flirtują bezwstydnie, przerywając pracę pocałunkami i żartami, które opóźniają montaż, ale umilają czas. Ville, zupełnie bezużyteczny w kwestiach technicznych, nadrabia urokiem i teatralnymi gestami podawania śrubokrętów niczym kelner serwujący szampana. Przez chwilę nawet klęka, wręczając jej poziomicę jak pierścionek zaręczynowy.
Godzinę później półka wisi równo na ścianie, idealnie dopasowana do reszty minimalistycznego wnętrza. Ville przygląda się jej z uznaniem.
– Dasz radę zmontować odcinek tak, że to ja wszystko zrobiłem?
Rose opiera się biodrem o róg biurka i patrzy na niego z rozbawieniem.
– Nawet jakbym chciała, nikt by nie uwierzył. Vivaan, kochanie, już wszyscy wiedzą, że masz dwie lewe ręce do majsterkowania. Zawsze coś gubisz albo psujesz.
Ville rozkłada ręce w geście kapitulacji i posyła jej ten swój rozbrajający uśmiech.
– No nic, nie będę protestował. Mamy materiał na dwa odcinki: jeden o tym, dlaczego jestem księciem, a drugi… jak nie zmontowałem półki.







