Przejdź do komentarzyDobrze jest znać języki, nie tylko obce
Tekst 152 z 156 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2026-04-26
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń146

(fragment z czegoś nowo pisanego) 

(...) 

W połowie lat dziewięćdziesiątych znajomość języka angielskiego nie była jeszcze dość powszechna, nawet wśród młodszych mieszkańców naszej ojczyzny… 


Szedłem z nastoletnią córką po promenadzie plaży nad jeziorem. Naprzeciwko stukała klapkami o chodnik wyrośnięta dziewczyna w bluzce z angielskim napisem na piersi. Córka rozszerzyła oczy i ledwie stłumiła śmiech. Kiedy pannica nas minęła, moja pierworodna odwróciła się za nią i już nie wytrzymała – zasłoniła usta dłonią, ale jednak tak głośno się zaśmiała, aż parsknęła. 


Też się odwróciłem – dziewczyna na plecach miała inny napis. Nic mi nie mówił, podobnie jak ten z przodu. W dawno minionych latach szkolnych uczyłem się języka „bratniego narodu ze wschodu” oraz liznąłem drugiego obcego języka, którym posługiwano się za Odrą. Mowy, który był w powszechnym użyciu w byłym imperium brytyjskim, nie było dane mi poznać. 


– Z czego się śmiejesz? 


– Tato, wiesz, co ma napisane? 


– A skąd mam wiedzieć? No co? 


Córeczka odpowiedziała między jednym a drugim paroksyzmem śmiechu: 


– Z przodu ma „Jestem…” no wiesz, w ich języku. W popularnym słowniku pewnie nie ma tego słowa, podobnie jak w polskim, chociaż wszyscy używają. Uderz się w palec, to będziesz wiedział, o które chodzi. 


– No ładnie…” – teraz i ja się roześmiałam. – A z tyłu? 


– O, jednak wiesz? – Nie mogła powstrzymać śmiechu. – Tam ma napis „Bierz mnie od tyłu”. 


O wciórności! Nieznajomość języka jednak czasem szkodzi! 


Zaśmiałem się jeszcze raz i przypomniałem swoje niedawne zdarzenie: 


– Wiesz, czasem i u nas, gdy mówisz po polsku, trzeba wiedzieć gdzie i co. Inaczej można się wkopać. Gdy w Sulechowie zdobyliśmy mistrza Polski w piłce siatkowej nauczycieli(1), to dyrektor męskiego więzienia w Grudziądzu zaprosił nas na turniej. Organizował go u siebie, w środku zakładu. Drużyna klawiszy, dwie drużyny z więźniów, no i my. Przygotowywał się do ich międzywięziennych rozgrywek. Im zależy na takich zawodach, bo z tego też naczalstwo jest rozliczane. 


Chwilę pomilczałem, przypominając sobie scenkę sprzed roku. 


– Wyobraź sobie – podjąłem ponownie – wysoki budynek więzienny w formie czworoboku, gdzieś z cztery piętra z celami i zakratowanymi okienkami wychodzącymi na duży plac, znajdujący się pośrodku. Plac z boiskiem do gry, ogrodzone dodatkowo podwójnym rzędem bardzo wysokiej siatki. Samo granie tam już wywołuje dziwne uczucie. 


Moją nieodrodną „krew z krwi” niełatwo było wstrząsnąć. Wzruszyła ramionami: 


– Więzienie. To czego się wewnątrz spodziewałeś, tato? Ale co z tym mówieniem po polsku? 


– Rozpoczęliśmy pierwszy mecz. We wszystkich oknach cel więźniowie i zaczynają dopingować, gdyż graliśmy pierwszy mecz z pierwszą drużyną ich kumpli. Nawet przyznaję, dobrze grali. Każdy ich zdobyty punkt to wrzaski w oknach, walenie miskami w kraty… 


– Tato, do mety, do mety. – Córka się zaśmiała i ponagliła mnie ręką. – Znowu zaczniesz nawijać przez dobre pół godziny, nim dojdziemy do sedna. 


– Przecież dobiegam. No dobra. – Uśmiechnąłem się. Sam siebie znałem, że potrafię mówić krótko i konkretnie, ale jeśli czas nikogo nie gonił, zaczynał się u mnie dłuższy słowotok. – Ktoś u nas obronił piłkę, ta poleciała wysoko, za boisko. Kolega jednak zdążył, dobiegł, a ja byłem przy siatce po przekątnej, z dwanaście metrów. Wrzeszczę do niego „ciąągnij!”, aby mi ją tyłem wystawił jak najbliżej siatki. Tak, jak normalnie na meczu. W tym momencie to dopiero wrzask we wszystkich celach! Walenie michami, przeciągłe gwizdy, normalnie obłęd. Przebiłem tę piłkę, zdobyliśmy punkt, a kakofonia w oknach nie ustaje. Patrzymy po sobie nie wiedząc, o co chodzi. Przecież ich drużyna straciła punkt, nie hałasowali wtedy. – Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się na wspomnienie tamtej scenki. – Podchodzi do nas jeden z ich wychowawców więziennych i mówi „nie wołajcie „ciągnij!”. U nich to znaczy, jak jeden drugiemu każe, temu z niskiej ich hierarchii… – zająknąłem się. Rozmawiałem przecież z córką, wyrosła już pannicą, ale… – No wiesz. Ty też kazałaś się domyślać angielskiego słowa na koszulce. 


– Dobra, tato. – Znowu głośno się roześmiała. – Domyśliłam się. W każdym, środowisku trzeba uważać na słowa. Idziemy popływać? 


– Jeszcze się pytasz? Najwyższy czas. Pół godzinki czy dłużej? 


- Zobaczymy. 

---------------------------


1/ W latach 90. XX wieku w corocznych Mistrzostwach Polski Nauczycieli, rozgrywanych na początku maja w Sulechowie, nasza grudziądzka drużyna zdobyła dwukrotnie mistrzostwo i raz wicemistrzostwo

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo ciekawe wspomnienie. Mam kilka wątpliwości dotyczących użycia przecinka. Moim zdaniem są one zbędne przed: nawet (drugi wers), znajdujący się, ogrodzone, środowisku. Natomiast brakuje przecinka przed: nie wiedząc.
Mam też wątpliwości dotyczące składni lub sposobu zapisu:
1) Mowy, który był...
2) - No ładnie..." - teraz i ja się roześmiałam.- A z tyłu?
avatar
Janko, dzięki, poprawiłem interpunkcję.

W pozostałym też masz rację, niezbyt brzmi. Zmieniam na:
1/"W dawno minionych latach szkolnych uczyłem się języka „bratniego narodu ze wschodu” oraz liznąłem podstawy drugiej obcej mowy, którą posługiwano się za Odrą. Języka, który był w powszechnym użyciu w byłym imperium brytyjskim, nie było dane mi poznać". (jedncoześnie pozbyłem się bliskiego powtórzenia "języka").
2/ Tak, powinno być "Teraz" (zapis dużą literą i bez zamykającego wypowiedź cudzysłowu).
avatar
Ten kto nie zna się na szachach, też może opacznie zrozumieć komentarz o biciu konia (skoczka).
:⁠-⁠)
avatar
Tadeo, w zakładach karnych też biją konia... znaczy w czasie gry w szachy. Zasady bicia są te same ;)
© 2010-2016 by Creative Media
×