| Autor | |
| Gatunek | poezja |
| Forma | wiersz biały |
| Data dodania | 2026-07-07 |
| Poprawność językowa | - brak ocen - |
| Poziom literacki | - brak ocen - |
| Wyświetleń | 70 |

przyznaję, że, jak to zabawnie nazwała mama,
fukałem. przez całe lata, dzieciństwo z przyległościami,
wycinałem z papieru żołnierzy, potwory,
wszelaką mutantozę. nigdy nie byli przedstawiani
en face, zawsze z profilu, niby postaci
ze staroegipskich malowideł.
ich ręce były spiczaste, oczy – skośne,
pyski – podłużne, a dłonie domyślne,
podobnie, jak zabijający ich laserami-blasterami,
jedyny sprawiedliwy bohater,
obrońca świata i wszystkich jego galaktyk,
którego nie wycinałem, bo i po co.
był on widoczny jedynie w wyobraźni.
i biegało się z papierowymi monstrami w dłoniach,
wygwizdując-wyświstując odgłosy wystrzałów,
robiąc wdzziuw-wdziuuw.
papier, z jakiego wycinałem szkarady, powinien być
w miarę gruby, z gazet wychodziły
niestabilne w moich oczach, za miękkie,
by się nimi bawić, słabiaki-mutanciaki.
w wakacje przefukiwałem (znów – określenie
nadane przez mamę) nieaktualne już zeszyty,
a nawet podręczniki szkolne (czemu mi pozwalano
– nie wiem). chlastało się nożyczkami mamine
książeczki z rozwiązanymi krzyżówkami
(trochę za cienki papier!), kalendarze (dobry papier!),
było się stwórcą. mniejsza o to, że bestii.
tak się zastanawiam (nostalgia znosząca poczytalność?),
czyje imię nadano sowchozowi, gdzie obecnie tyrają
moi wielkozębi ludkowie z papieru, w jakim wymiarze
znajdują się pola, które orzą pługi ciągnięte przez
krokodylokształtne indywidua.
bo przecież oni wszyscy muszą gdzieś istnieć.
nie może być inaczej.







