Przejdź do komentarzyDar od Boga
Tekst 4 z 5 ze zbioru: Opowiadania
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2013-12-12
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń289

Robert był bezdomnym. Mijał właśnie drugi rok jego tułaczki. Dwa lata temu uciekł z domu. Tuż przed świętami, wśród krzątaniny, sprawunków i tysiąca spraw do załatwienia przed wigilią, poczuł nagle ze się dusi. Dusi w tym słodko-mdłym świątecznym rozgardiaszu który pokazują w telewizji. Na siłę wtłoczony w pozycję szczęśliwego pana domu z naręczami zakupów wchodzącego do domu, nie wytrzymał. Każdy kto organizuje wigilię, wie, że nie jest to wcale miłe. Te wszystkie piękne reklamy coca-coli pokazujące roześmiane kobiety gotujące grzybową i dekorujące stół nie mają nic wspólnego z prawdą. Jego żona Agata nigdy taka nie była. Przed świętami stawała się istnym demonem. Wciąż nabuzowana, wroga pośród nawału wigilijnych przygotowań, warczała na niego niczym wściekły pies. Nastrój ten udzielał się także jego córce, Asi. Mała miała dopiero siedem lat, a już nauczyła się od mamy całkiem porządnie złorzeczyć na ojca. Wytrzymał to kilka lat. Na początku, po ślubie, było dobrze. Rzeczywistości wcale nie brakowało aż tak wiele do reklam coca-coli. Dopiero potem powoli zaczęło się coś zmieniać. Może to po prostu ich małżeństwo ustatkowało się i ustabilizowało, tworząc morderczą na dłuższą metę rutynę? Robert nie wiedział. Spełniał obowiązki mimo gotującej się wewnątrz złości. Tamtego roku coś w nim pękło. Gdy wieczorem znów położyli się w osobnych łóżkach, rozżaleni kolejną przedświąteczną kłótnią, długo nie mógł zasnąć. Rankiem wyszedł z domu nim żona i córka wstały i pobiegł do banku. Podjął ze swojego konta na czarną godzinę pokaźną kwotę (zarabiał naprawdę dobrze), wrócił do domu i pozostawił kopertę na środku blatu w kuchni z krótkim dopiskiem

„żegnaj”

Dom był pusty, żona wyszła do pracy, córka siedziała w szkole. Mógł spokojnie usiąść, popatrzeć na kopertę z mieszanką radości i wstydu. A potem wstać, zabrać swój długi, czarny płaszcz, który uwielbiał ku rozpaczy swojej żony i wyjść. Zostawił komórkę, klucze, kluczyki do samochodu. Zabrał jedynie dokumenty i trochę pieniędzy. Całą resztę zostawił córce i żonie. Może i będą mówić o nim, że jest nieodpowiedzialny i tchórzliwy, ale nie wyobrażał sobie pozostawienia córki bez środków do życia.

Za niemal wszystkie pieniądze które zabrał kupił bilet do Australii, do Sydney. Tam czekał na niego najlepszy przyjaciel jeszcze z czasów studiów. Kilka tygodnia bawili się, polowali na kangury i pili na umór. Wieczór 24 grudnia Robert przeleżał bez świadomości na kanapie po kolejnej intensywnej, wielogodzinnej libacji.

W połowie stycznia wsiadł w samolot powrotny do Polski. Wychodząc z domu ponad miesiąc temu sądził że wyjedzie, pobawi się, odpocznie psychicznie i powróci do rodziny. Nie był w stanie. Wstyd i poczucie winy za pozostawienie córki były zbyt wielkie. Do tej pory sumienie zagłuszał alkohol i mnóstwo wrażeń. Teraz, na pokładzie boeinga nie miał planu. Wiedział że nie wróci do rodziny. W ogóle powrót do pracy czy zwrócenie się do kogokolwiek znajomego wywoływało w nim niemal drgawki.

Gdy stanął przed swoim domem, zobaczył w oknie Agatę bawiącą się z Asią. Nie wyglądały, jak gdyby czegoś im brakowało. Tylko dom był smutnym świadectwem nieobecności pana domu. Zawsze to Robert wieszał lampki i świecące łańcuchy, tym razem dom stał ciemny i bez żadnych ozdób.

Tak zaczęło się jego życie bezdomnego. Duszący wstyd i strach przed dawnymi bliskimi nie pozwalał na kontakt z kimkolwiek, pieniędzy też nie miał. Szybko znalazł kilku kompanów niedoli. Co rano zbierali puszki i butelki, potem sprzedawali je w sklepie i za kilka zarobionych złotych topili smutek i poczucie winy w taniej wódce zagryzanej najohydniejszego gatunku kiełbasą. Oczywiście, że Robert nie był szczęśliwy. Ale gdy wraz z przyjaciółmi z ulicy opatulał się gazetami i oparami alkoholu było mu lżej. W pewien sposób czuł tą przynależność, której nigdy nie poczuł tak naprawdę w rodzinnym życiu. Mijały dni, miesiące. Czarny, elegancki płaszcz złachmanił się i zniszczył, nie mówiąc już o niemożliwych do usunięcia plamach z tłuszczu i innych bliżej nie zidentyfikowanych substancji.

Dwa lata po ucieczce nikt z dawnych znajomych nie poznałby Roberta. Długa, zmierzwiona broda, brud wrośnięty w skórę i długi, brudny strzęp materiału który nieprzerwanie nosił w niczym nie przypominały dawnego postawnego, wysokiego mężczyzny zawsze nienagannie eleganckiego i pachnącego.

Któregoś ranka zasnął w podziemiach dworca. Był grudzień, na zewnątrz na pewno ponad dziesięć stopni mrozu. Był przemarznięty na kość, ale nie czuł tego. Poprzedniego dnia zebrał wyjątkowo dużo puszek. Pieniędzy wystarczyło nawet na porannego szczeniaczka i śniadaniowe piwko. Ekspedientka która podawała mu towar w sklepie popchnęła produkty ku niemu po ladzie z kwaśną miną, odwracając nos. Bardzo nie chciała czymś się zarazić od brudnego, śmierdzącego menela po drugiej stroni kasy. Miała do przygotowania wigilię a potem domowego sylwestra dla swojej rodziny i pary znajomych. Nie mogła pozwolić sobie na jakiekolwiek słabości czy choroby.

Robert nie zauważył nawet jej wstrętu. Był zbyt zajęty wyłuskiwaniem drobnych monet z kieszeni płaszcza.

Po jakimś czasie od zaśnięcia obudził go ból i uderzenia. Jakichś dwóch dresiarzy, najwyraźniej jak i on nieźle podchmielonych, postanowiło skopać śpiącego bezdomnego. Ot tak dla zabawy. Nie miał możliwości nawet wstać i spróbować ucieczki.

Gdy skończyli się nad nim pastwić, Robert leżał już bez świadomości na kamiennej posadzce. Któryś kopniak w głowę łaskawie posłał go do krainy Morfeusza.

Nagle obudził się. Ale czuł się dziwnie. Nic go nie bolało, choć powinien być cały posiniaczony. Nie czuł tak dobrze mu znanego zawrotu głowy przy wstawaniu po alkoholu. Nawet nie było mu zimno. Uświadomił sobie, że nie czuje nawet własnego smrodu, który od tak dawna mu towarzyszył, że przestał nawet go zauważać. Obok niego siedział na posadzce starzec. Bawił się koniuszkiem równo przyciętej brody. Nie miał garnituru ani żadnego eleganckiego ubioru, jedynie coś w rodzaju togi, ale od razu czuło się bijącą od niego aurę siły i pewności siebie. I jednocześnie jakby spokojnego ciepła.

Uśmiechnął się przyjaźnie do bezdomnego.

- Witaj, Robercie.

- Kim jesteś, dziadu? Co masz do mnie i skąd znasz moje imię? – burknął niezadowolony mężczyzna. Nie lubił gdy jacyś ludzie podchodzili do niego i mu przeszkadzali. No, chyba że dawali mu pieniądze.

- Znam Cie od urodzenia, Synu. Właściwie to nawet jeszcze dłużej. Ale nie o tym przyszedłem rozmawiać. Wiesz, Chłopcze, zawsze Cię lubiłem. Zaradny, elegancki, odpowiedzialny. Co się stało że tak się zmieniłeś?

- Moja sprawa. Zostaw mnie w spokoju.

- Pamiętasz piosenkę którą puszczała Ci mama gdy byłeś mały? Którą potem Ty puszczałeś Asi gdy była malutka? Pamiętasz tą płytę? Tego wykonawcę?

Robert rzucił się w kierunku starca. Chwycił go za togę na piersi.

- Nic Ci do mojej córki. Nie wiem skąd znasz jej imię, ani tym bardziej skąd wiesz że moja mama puszczała mi Krajewskiego. Zmywaj się z tąd. Może nie jestem tak silny jak kiedyś, ale takiemu dziadkowi jak ty wciąż mogę dać w kość. Spadaj!

Starzec patrzył Robertowi w oczy. Był spokojny, w żaden sposób nie zareagował na pogróżki. Bezdomny patrząc w jego oczy przestał odczuwać wściekłość. Te oczy zdawały się być bezdenne. Nieskończone jak kosmos. Ale wcale nie było to przerażające – wręcz przeciwnie…

- Kim Ty jesteś? – Spytał Robert puszczając togę.

- Przecież doskonale wiesz, Synu. Ale to nie o mnie ma być teraz mowa. Dziś to nie ja jestem ważny. Dziś ważny jesteś Ty.

- Ja? Przecież ja nic nie znaczę! Przestałem mieć jakąkolwiek wartość dwa lata temu, gdy uciekłem od swojej rodziny. Spójrz na mnie. Ja jestem ważny? Dla kogoś takiego jak Ty? Nie rozśmieszaj mnie.

- Wiesz jaki jest dziś dzień, Robercie? 24 grudnia. Wigilia. Pamiętasz co mój syn zrobił ponad dwa tysiące lat temu?

- To są bajki dla dzieci. A zresztą nawet jeśli nie, to jaki niby ma to związek ze mną? Sam powiedziałeś, to stało się dwa tysiące lat temu!

- Dwa tysiące lat temu Chrystus poświęcił swoje życie by odkupić grzech ludzi. W tym także Twoich przodków. Także Twój. I wiesz co się dzieje od tego czasu? Każdy z was, niezależnie od swoich przekonań czy stanu majątku nosi go w sercu. Każdy. Ty także, Robercie. I dlatego jesteś ważny. Dlatego w wigilię spotykasz się z rodziną. Nie dla prezentów. By okazać sobie życzliwość i miłość. A tam, gdzie zbierają się kochający i życzliwi ludzie, tam i Jezus siada z nimi do stołu, a ja im błogosławię.

- Nawet jeśli masz rację, to ja nie mam już nikogo. Moja rodzina po takim czasie nie chce mnie widzieć. A ja nie zdołam im spojrzeć w oczy…

- Wiesz, Synu, jak mówiłem każdy z was ma wartość i znaczenie. Ono nigdy nie znika. Każdy z was ma misję. Dałem wam wolną wolę. Możecie wykonać swoją misje lub nie. To zależy od was. Ale ja zawsze jestem z wami. I zawsze jestem waszym największym fanem. Tak jak Ty niegdyś byłeś fanem Krajewskiego, tylko jeszcze bardziej.

Wypowiadając te słowa, starzec podnosił się z posadzki dworca, szykując się do odejścia.

- Pamiętaj o tym i postaraj się nie zmarnować swojego życia na alkohol i spanie w tak obskurnych miejscach jak to, dobrze? Zanim odejdę, mam dla Ciebie prezent. Mam nadzieję że spodoba Ci się, gdy już się obudzisz i go zobaczysz. Do zobaczenia, Synku.

Bóg klasnął w dłonie, zniknął, a Robert usnął…

Za jakiś czas obudził się w tym samym miejscu i pozycji w której zasnął. Ale wiele innych rzeczy się zmieniło. Robert obudził się czysty, zdrowy, gładziutko ogolony, a jego ukochany płaszcz, towarzyszący mu tyle lat, był jakby prosto ze sklepu. W jego kieszeni coś uwierało Roberta. Odnalazł tam Ipoda ze słuchawkami. Urządzenie miało w pamięci tylko jedną piosenkę.


Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy

dzień, zwykły dzień, w którym gasną wszelkie spory…


Robert słuchając swojej ulubionej od dzieciństwa piosenki płakał jak dziecko… Cicho, tak, że nikt nie mógł go usłyszeć, szepnął:

- Dziękuję, Boże…

W tej chwili wstał i ruszył szybkim krokiem ku swojemu dawnemu domowi. Przespał cały dzień, powoli zaczynało się już ściemniać. Krążył wokół swojego osiedla, nie mogąc ostatecznie zebrać się do zapukania.

Nagle, stojąc na poboczu ruchliwej ulicy tuż koło swojego domu, zauważył małą dziewczynkę, przechodzącą przez jezdnie. Było ciemno, zauważył ją tylko dlatego, że stał dość blisko. Od razu rozpoznał swoją córkę. Patrzył na nią jak krok za krokiem szła przez ulicę. Chyba była bardzo zmęczona, bo szła bardzo powoli. Nie wystarczająco szybko.

Rozległ się donośny dźwięk klaksonu, a samochód z piskiem opon zaczął hamować. Nie mógł zdążyć. Robert widział jak na zwolnionym filmie, że jego córeczkę za chwilę potrąci rozpędzony samochód. Skoczył tak szybko i mocno jak potrafił, rzucił się by odepchnąć dziewczynkę z drogi. Udało mu się, Asia w ostatniej chwili upadła na poboczu drogi, bezpieczna.

Samochód uderzył w Roberta. Ten niemal natychmiast stracił przytomność. Kierowcę biegnącego na pomoc widział jak przez mgłę. Nadjeżdzającej karetki już nie słyszał.

***

Robert kilka dni później zmarł w szpitalu. Jego osłabione głodówką i alkoholem ciało nie było wystarczająco silne, by wytrzymać obrażenia. Jednak przed śmiercią obudził się ze śpiączki i zdążył porozmawiać ze swoją żoną i córką a także rodzicami. Pogodzili się i wybaczyli mu jego ucieczkę. Cały czas który stracił, mogąc być z córką podarował jej w prezencie wigilijnym, ratując ją od pewnej śmierci pod kołami. Robert zdążył posłuchać z Asią Krajewskiego i porozmawiać z nią o wspaniałym spotkaniu które go odmieniło. Umarł z uśmiechem na ustach a ukochaną piosenką dzieciństwa na uszach.

Bóg powitał go w niebie z otwartymi ramionami. Chwalił go za bohaterskie zachowanie i odkupienie swoich win względem najbliższych. Za jakiś czas (w niebie czas płynie dużo szybciej niż na ziemi – Robert niemal nie zdążył zatęsknić za rodziną) dołączyli do niego jego rodzice, a potem żona Agata i jeszcze trochę później jego córka Asia. W niebie także obchodzi się Wigilię. Aż po wieczność spędzali ją razem, witając kolejne swoje wnuki i prawnuki, zawsze z radością i uśmiechem na ustach. A przy każdym stole siadał z nimi Bóg i Jezus, którzy okazali się bardzo ciepłymi i dowcipnymi współbiesiadnikami…



  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Opowieść krzepiąca, tylko, że życie nie jest już takie oczywiste, jak w tej opowieści. Bóg nie przywita menela z otwartymi ramionami. Menel, który porzucił swoją rodzinę, będzie musiał za wszystko odpowiedzieć. To chyba oczywiste dla każdego wierzącego w Boga człowieka. Choć oczywiście był taki jeden przypadek w historii, w którym menel i bandyta poszedł prosto do nieba - łotr na krzyżu przy Jezusie. Może to takim przypadku autor rozprawia? Ogólnie jednak ta opowieść może się podobać w przedświątecznym czasie. Pozdrowienia dla autora.
© 2010-2014 by Creative Media
×