Go to commentsCruise
Text 10 of 44 from volume: Kadry z życia
Author
Genrenonfiction
Formprose
Date added2016-08-05
Linguistic correctness
Text quality
Views1850

Minął pierwszy okres fascynacji wolnością  i światem trzeciego wieku,  nastąpił czas nudy, jednostajności, zniechęcenia do polityki, wewnętrznego niepokoju i nostalgii za czymś bliżej nieokreślonym.

Do późnej nocy, te bliżej niesprecyzowane myśli, jakieś nie okiełzane pragnienia i marzenia, spędzały mi sen z oczu. W przytłaczającym marazmie uniosłam głowę z nad poduszki, może z chęcią wyrwania się i uniesienia, gdzieś daleko poza szarą rzeczywistość, do zimowego pejzażu, zapamiętanego z obrazu Utrillo. Licząc spadające płatki śniegu, niczym obłoki na niebie, przeniosłam się w końcu w świat błogiego zapomnienia i długo oczekiwanego snu. Niestety, krotko trwało moje ukojenie, gdyż bladym świtem niczym na żer wyruszyły do pracy pługi do odśnieżania z małymi córkami na platformie do usuwania białego puchu na wolnych miejscach parkingowych i niedostępnych zakamarkach dla pługa matki. Wkrótce śnieżnobiały widok został zabrudzony czarnym asfaltem i szarością chodników, posypanych grudkami soli skrzącymi się przez krotką chwilę.

Chyba ta ingerencja w świat baśniowej, zimowej natury sprawiła, że zerwałam się z łóżka, mówiąc do śpiącego jeszcze męża - mam pomysł. Zdziwiony, zaspany odchylił przymknięte powieki, patrząc, okrągłymi gałkami wypłowiałych oczu  na mnie, jak ludzie z ulicy na nagiego Archimedesa krzyczącego – Eureka.

Pobiegłam do komputera, aby urzeczywistnić mój pomysł wyrwania się z życiowego marazmu i apatii. Miałam dosyć brudnej wokół zimy, bieżącej polityki i jednostajności  dnia codziennego. Chciałam zmiany atmosfery, otoczenia, ucieczki od przygotowań świątecznych i prezentów gwiazdkowych, jednym słowem pragnęłam, jak nigdy przedtem przewrócić swe życie do góry nogami.

Zaczęłam uporczywie szukać ofert wakacyjnych, w zupełnie odmiennej scenerii życiowej, na bezkresnym oceanie. Mąż początkowo wnosił jakieś anse, a to, że pogoda może nie dopisywać, a to, że nie wiadomo, jak będziemy znosić ciągłe kołysanie na falach. Odburknęłam, zapewniając go, że lepiej zniesie huśtawkę na falach, niż huśtawkę mojego humoru na lądzie. Okazało się, że znalezienie odpowiedniej oferty, wcale nie było takie proste, biorąc pod uwagę, miejsce odpływu, trasę, termin, a przede wszystkim cenę całej eskapady przystępną dla emerytów.  Trudności te spędziły  mi  sen z oczu również następnej nocy. Podekscytowana planami na krótką odmienność monotonii życia, wczesnym rankiem wyruszyłam znowu do uśpionego chwilowo komputera, aby się udać na połów miejsca, dla dwojga życiowych rozbitków, na bezkresnej przestrzeni oceanu.

Zdziwiony, zaspany mąż, zapytał -czy ty w ogóle nie kładłaś się spać tej nocy? Odpowiedziałam złośliwie, ponieważ wcale nie spostrzegł mojej obecności w łóżku, że z biegiem lat zmieniają się priorytety życiowe i w tej właśnie chwili znalazłam jedną jeszcze wolną kabinę pasażerską na dużym norweskim cruise, wypływającym z Nowego Jorku z postojem na Majami, Bahama i Dominikanie. Termin rejsu jakby ktoś dopasował do moich planów, cena również mieściła się w naszych możliwościach. Tak wiec, po krótkiej informacji drugiej swojej połówki, szybko przystąpiłam do zakupu przepustki na odmienność krótkiej chwili życia.

Znowu wrócił ferwor dnia codziennego, ale odmienny niż zwykle, zamiast lepić pierogi i uszka do barszczu wigilijnego, piec serniki i pierniki, pakowałam potrzebne rzeczy na moje zimowe, ale upalne wczasy. W miejsce ryby na wigilijny stół kupiłam przylepce na chorobę morską i ze szczegółowym planem dotarcia do doku portowego, udaliśmy się w nieco odmienną podroż, ale w znane nam już miejsca z wcześniejszych lądowych wakacji na Florydzie, Bahama i Punta Cana na Dominikanie.

Wyrzuty sumienia towarzyszyły mi cały czas  ze względu zerwania z tradycją świąteczną, natomiast zwątpienie nastąpiło po wejściu do hali odpraw, na widok pięciu tysięcy ludzi z sześćdziesięciu pięciu krajów świata. Popatrzyłam na męża i w jego oczach spostrzegłam jeszcze większe przerażenie, które skwitował - no to wpadliśmy, jak śliwki w kompot.

Patrzyłam na przesuwające się tłumy z małymi dziećmi na rękach i w wózeczkach, na nastolatków kroczących u boku rodziców, na cale klany rodzinne, na starców drobiących małymi kroczkami, na kaleki w wózkach inwalidzkich, na nieprzeciętnie otyłych wczasowiczów i innych o figurach modeli, o różnorakim kolorze skóry i typie urody z gromadzonych w potężnej hali odpraw. Większość z nich miała, jakieś szarfy na szyjach z zapięciem do przywieszenia czegoś bliżej jeszcze przeze mnie nieokreślonego. Wszyscy zachowywali się spokojnie, swobodnie, nie zwracając uwagi na swoją czy cudzą odmienność. Mimo niewyobrażalnego tłumu zgromadzonego w jednym, otwartym pomieszczeniu, panowała tam względna cisza, ład i porządek. Po instrukcji, według przydzielonych wcześniej numerów, spokojnie całe zebrane towarzystwo udało się na pokład statku.

Z kartą elektroniczną, a jednocześnie identyfikacyjną służąca za klucz do pokoju oraz za kartę kredytową, gdyż na statku obowiązywał bezgotówkowy system opłat, udaliśmy się na szesnastopiętrowy kolos.

Przydzielone lokum mieszkalne nie grzeszyło wielkością, ale mieściło w sobie wszystko niezbędne do funkcjonowania przez krótki okres pobytu, włącznie z ekranem plazmowym informującym o położeniu statku i jego trasie.  Odświeżeni po podroży, udaliśmy się na zwiedzanie Tytanika w dwudziestowiecznym wydaniu. Całe towarzystwo rozpierzchło się po tym pływającym, z największymi atrakcjami dla ciała i duszy, małym miasteczku. Jedni obeznani z obiektem z wcześniejszych podroży, szli prosto do wyznaczonego sobie celu, inni z planami w ręku, bądź instruowani przez elektroniczne, ścienne mapki, poszukiwali punktów docelowych, bądź zwiedzali nowy obiekt ich pobytu. Po krótkiej dyskusji z mężem, zaczęliśmy zwiedzanie od najwyższego pietra, które okazało się całkowicie przeznaczone do odpoczynku w upalne dni, z leżakami, koszami i łóżkami do opalania, barami z napojami chłodzącymi i wyskokowymi, z jacuzzi oraz biczami wodnymi, a także z olbrzymim ekranem filmowym, i nastrojową muzyką płynącą z baru z unikalnym już miejscem dla palaczy oraz z oznakowaną ścieżką dla piechurów, dla których spacery są nieodłącznym atrybutem życia.  Z otwartymi buziami z podziwu, zeszliśmy piętro niżej.  Dek piętnasty przeznaczono nie tylko do rekreacji, ale również do koniecznych potrzeb życiowych, gdzie zatrzymaliśmy się na pierwszy nasz posiłek.  Przy wejściu powitała nas atrakcyjna dziewczyna o wyglądzie Azjatki, słowami - ( wash hands) umyj ręce - pryskając nasze dłonie jakimś dezynfekującym płynem, który mąż niezwłocznie zmył mydłem i wodą w umieszczonych nieopodal w zwykłych kranach.  Mimo tłumu, samoobsługa przebiegała sprawnie, a duża oferta menu, pozwoliła najbardziej wytrawnym smakoszom wybrać dla siebie smaczny posiłek. Syci i zadowoleni wybraliśmy się ponownie na poznawanie nowych miejsc naszej rekreacji, i wypoczynku po emerytalnym nieróbstwie. Duży i głęboki na dwa  metry basen wywołał uśmiech na twarzy męża, zaś mnie bardziej przyciągała gorąca, energia termiczna, wywołana przez bulgocącą wodę w małych basenach jacuzzi.  Zaś dzieci o niespożytej sile witalnej, korzystały już z dużego basenu wodnego z wieloma atrakcjami świetlnymi i zabawowymi.

Następnie zatrzymaliśmy się w umieszczonym, na obszarze omal całego piętra - kasynie gier, w którym już zasiadali amatorzy szczęścia i żądni zdobycia łatwej na pozór gotówki. Nie wiem, do której grupy mogłabym zaliczyć siebie, ale i ja chciałam również przeżyć dreszczyk emocji, związany z pewnym ryzykiem, oraz szansą szybkiego wzbogacenia się, i próbą sprawdzenia szczęścia. Wbrew jawnym protestom męża, zasiadłam do znanej mi ruletki z kasyna Trumpa w Atlantic City, a obecnego kandydata na prezydenta USA, wierząc, że maleńki łut szczęścia przyniosą mi spokojne fale oceanu. Postawiłam na szale dwadzieścia dolarów i o dziwo, w niedługim czasie powiększyłam je pięciokrotnie.  Zdziwiony mąż namawiał mnie do niezwłocznego opuszczenia miejsca hazardu i nie prowokowania dalej losu, ale nie posłuchałam rad ostrożnego asekuratora.  Postanowiłam zwiększyć przypływ adrenaliny i grać dalej. Kiedy moja pula wygranej zmniejszyła się do początkowego wkładu, zakończyłam grę, nie chcąc słuchać narzekań osoby mi towarzyszącej, że nie wiedziałam, kiedy skończyć przygodę hazardowej zabawy.  Podczas dalszego zwiedzania kolosa  zaskoczyło nas duże profesjonalne  pomieszczenie teatralne, w którym odbywał się show powitalny dla pasażerów statku. Z postanowieniem powrotu do tego miejsca, udaliśmy się w stronę płynącej melodii i głosu piosenek świątecznych. Okazało się, że w ten sposób witali gości Arwin i Emilia, zatrudnieni piosenkarze na Norwegian Breakaway.  Dalsze zwiedzanie pozostawiliśmy na inne dni, wracając na piętro naszego zamieszkania, aby przed pójściem na nocny odpoczynek zrobić kilka okrążeń statku po zewnętrznej platformie, przeznaczonej na spacery i zażyć jeszcze relaksujących kąpieli wodnych.

Okazało się, że jacuzzi jest dobrym miejscem do zawierania znajomości i konwersacji. Niesamowicie byłam zaskoczona spotkaniem w grupie sześcioosobowej prawie wszystkich Europejczyków, którzy specjalnie przylecieli do Nowego Jorku, aby wziąć udział w tych nietypowych wakacjach.

Trzeba przyznać, że w proponowanych ofertach każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Kawiarnie i restauracje zapraszały swoją wykwintnością, boiska, korty oraz siłownie, i kluby fitness pozwoliły zadbać o sprawność, i tężyznę fizyczną, natomiast bary z różnorodnymi ofertami drinków, stawały się ucieczką w zapomnienie, a konkursy taneczne, i piosenkarskie dawały możliwość sprawdzenia się na estradzie, i wygrania cennych nagród. Wybór atrakcji był tak duży, że każdy mógł spędzić przyjemnie czas, według osobistych zainteresowań i zapotrzebowań w danej chwili.

Z wypiskami z dziennych planów przygotowanych przez załogę uczestniczyliśmy w najbardziej interesujących nas ofertach. Znowu staliśmy się aktywną cząstką tej wielonarodowej społeczności, obudzeni do życia, otwarci na oferowane rozrywki i na ludzi, jakby młodsi, i bliżsi sobie, mile spędzaliśmy czas, nie stroniąc od słabości podeszłego wieku, czyli obfitego stołu szwedzkiego, w którego zestawie można było znaleźć również dania polskiej kuchni oraz specjalny wigilijny obiad. Opaleni, zasileni świeżą energią, wróciliśmy, aby powitać Nowy Rok z wiarą i nadzieją, że będzie on lepszy i szczęśliwszy od minionego, oraz wniesie w nasze życie wiele nowego i dobrego światła.





  Contents of volume
Comments (8)
ratings: linguistic correctness / text quality
avatar
Przeczytałam reportaż z podróży i zauważyłam jakie relacje panują pomiędzy opisywanym małżeństwem.Autorka_puszek-istnieje naprawdę w przeciwieństwie do męża,który albo jest zdziwiony,i to głównie jej nagannym zachowaniem albo ukrywa się po kątach.No cóż,rosyjska ruletka nie jest aż tak zła,pod warunkiem,że podwaja się zainwestowane pieniądze.Otyli ludzie mogą sprawiać kłopoty,jako,że zajmują więcej miejsca,a figuranci mogą sobie pofolgować,ale to zerwanie z tradycja pieczenia serników świątecznych jest praktycznie dla mnie nie do przyjęcia,chyba bym się rozwiodła,albo musiała wpaść w kompot jak śliwka.A i sporo zawirowań w czasie podróży,głównie z powodu fal lub z powodu teatru,który mi nijak pasuje na morzu,może być przyczyną wielu chorób.
Bardzo ładnie opowiedziane,stylistycznie spójne,realistyczne,tylko brakuje mi zaciętości i pazura pisarskiego.Po zdaniu,w którym autorka zawarła znajomość,przydałby się opis jakiejś persony.Ale jak to mawiają na statku-dobra jest -kapitanie.
avatar
Hi, recenzentko potrafisz głaskać i brać pod włos:
"Bardzo ładnie opowiedziane itp. tylko brakuje mi zaciętości i pazura pisarskiego". Całkowicie zgadzam się z tą opinią.Dziękuję za opinię.
Serdecznie pozdrawiam.
avatar
Widzę,że jesteś pokorna,a to prawdziwa droga do prawdy.Też dziękuję za ocenienie opinii.
avatar
Pokora nie jest drogą do prawdy tylko krytycyzmu wobec siebie.
avatar
Niestety,ale krytycyzm wobec siebie powoduje drogę do upadłości swojej prawdy,do braku wiary i ostatecznie do niczego co jest prawdziwe.
avatar
Krytycyzm wobec siebie jest objawem pokory a jednocześnie dowodem, że nie ma ludzi nieomylnych.
Pozdrawiam
avatar
Nieuzasadniony krytycyzm jest wyrazem pokory,nigdy nie wiadomo,czy nabytej,czy wrodzonej-obstawiam,ze nabytej,natomiast krytycyzm wobec swojego ja,stanowi o pokorze,a co za tym idzie,krytycyzm wobec własnych błędów stanowi o wiedzy o błędach.Ale logika to za mało,aby myśleć o sobie krytycznie,bo do tego potrzebna jest pokora wrodzona.
avatar
Jeśli masz do wyboru lepienie tych ruskich pierogów i nic więcej, to jasne, że wybierasz Cruise ship (patrz nagłówek wspomnień).

Szkoda, że szan. Państwo nie widzicie, jaki to 8. cud świata
© 2010-2016 by Creative Media