| Author | |
| Genre | biography & memoirs |
| Form | prose |
| Date added | 2026-01-02 |
| Linguistic correctness | - no ratings - |
| Text quality | - no ratings - |
| Views | 37 |

(wspomnienie. Kiedyś to były zimy! Czas: luty 1982 r.)
(...)
Zima roku 1982 była bardzo mroźna. Do produkcji brakowało już prawie wszystkiego, zapasy materiałów wyczerpywały się, telefony w pracy czasem działały, czasem nie, do tego dochodziła fatalna jakość rozmów połączona z wysłuchiwaniem frazy „rozmowa kontrolowana, rozmowa kontrolowana”. Dlatego ciągle byliśmy wysyłani w podróże służbowe, gdyż co się udało załatwić na miejscu u producenta, to przywoziliśmy. Ciężko trzeba było zapracować na kawałek chleba.
Na początku lutego wezwał mnie mój kierownik działu, Kochański, dusza człowiek.
– Znowu nie można się dodzwonić. Pojedziesz do Nowej Huty. Rób, co chcesz, nie wychodź od nich, ale masz załatwić blachę. Masz tu napisane, do kogo się zgłosić i ile nam potrzeba.
Lekko mnie zaskoczył. Załatwiałem półfabrykaty, ale z metali kolorowych, nie stalowych.
– Szefie, przecież to nie moja działka, a pani Krysi. Do tego ledwie tydzień temu wróciłem z Radomia.
– Wiem – przerwał mi, skrzywiając w grymasie usta – ale co, mam wysłać w taką zimę kobietę przed emeryturą?
„Co miałem odpowiedzieć na takie dictum? Siedziałem z „panią Krysią” w jednym pokoju od ponad sześciu lat, była bardzo miłą i uczynną osobą”. Westchnąłem tylko:
– Znowu w podróż, własne dziecko zapomni, jak tata wygląda.
– Taka teraz nasza praca. Idź po delegację i przepustkę na wyjazd do sekretariatu, i coś jeszcze nasz szef chciał od ciebie.
– Kurde, a co się stało?
– Nie, nic złego. Sam ci wytłumaczy.
„Nasz szef” był zastępcą dyrektora do spraw ekonomicznych. Czekał już na mnie. Podał rękę na przywitanie i od razu przeszedł do meritum.
– Panie Zdzisławie, wyjeżdża pan do Nowej Huty. Dałem panu trochę dłuższą delegację. Po drodze zajedzie pan jeszcze do huty pod Częstochową. Jest tam organizowana narada przez nasze zjednoczenie w sprawie rozdziału dostaw surowców i półfabrykatów. Dla nas najważniejsze jest żeliwo do wanien i zlewozmywaków.
Siedziałem i słuchałem. Co miałem komentować? „Będę po prostu dzień dłużej w delegacji” – skwitowałem w duchu. Dyrektor na chwilę przerwał. Widać było po nim przemęczenie, przeciągnął dłonią po siwiejących włosach i kontynuował:
– Przysłali zaproszenie dla mnie, ale mam dość roboty na miejscu. Prawie do domu nie wychodzę. Sam widzisz, co się dzieje. – Przestał mi panować i przeszedł na ty. – Jedziesz w tym kierunku, więc załatwisz dwie sprawy za jednym zamachem. Wystawię ci oficjalne zastępstwo za mnie. Tu masz wykaz naszych najpilniejszych potrzeb. Przedstawisz je. Powiesz, że bez tego odlewnia nam stanie.
– Panie dyrektorze, ale to przecież narada w zjednoczeniu. A ja…
– …jestem tylko zwykłym pracownikiem, chciałeś powiedzieć? A na narady zjeżdżają się szychy? – przerwał mi i lekko się uśmiechnął. – W normalnych czasach oczywiście nie pojechałbyś, ale teraz nie mamy normalnych. Nie mogę zostawić na dwa dni zakładu. Nie martw się zawczasu, pewnie nie będziesz jedyny w zastępstwie. Życzę spokojnej drogi.
Rad, nierad, spakowałem się na dwa dni. Koszula i skarpety na zmianę, przybory toaletowe i ręcznik. Więcej nie było potrzeby zabierać. Pierwszą noc miałem spędzić w pociągu do Częstochowy, aby zdążyć na poranną naradę, potem w Krakowie miałem zapewniony hotel na jedną noc, załatwienie blach w Nowej Hucie i powrót do domu.
Wyjechałem wieczorem. Mroźna noc, a wagony prawie nieogrzewane. Przeszedłem przez nie, aby w pierwszym z nich, przy lokomotywie, wreszcie usiąść w miarę ciepłym przedziale. W całym składzie jechało może kilkanaście osób. To też był efekt wprowadzenia stanu wojennego – aby poruszać się między miastami należało postarać się o przepustkę. Pociągi, które wcześniej jeździły zapchane pasażerami, a całą, wielogodzinną podróż często trzeba było przestać w ścisku na korytarzu, teraz kursowały prawie puste. To była jedyna wygoda w stanie wojennym dla takich jak ja zaopatrzeniowców, którzy pół życia spędzali w rozjazdach.
Drzemałem jak zając pod miedzą i co chwila się budziłem, aby nie przespać przystanku kolejowego pod Częstochową. Wreszcie dotarłem. Okolica nie wyglądała na zachęcającą – przy peronie stał zaciemniony budynek kolejowy i jedynie kilka domów w pobliżu. Dalej bezludzie, żadnych zabudowań czy chociażby szopy. W oddali widziałem tylko zaśnieżone pola i las na horyzoncie. Ledwie kilka minut po trzeciej nad ranem w zimie to nie jest zbyt przyjemna pora na spacery w takiej scenerii, zwłaszcza kiedy lodowaty wiatr hula po polu i wciska oddech z powrotem do płuc. Człowiek nie tylko czuje mróz na twarzy, ale i w środku swego jestestwa.
Zapiąłem szczelnie kurtkę pod szyją i na głowę zaciągnąłem jeszcze kaptur, gdyż sama czapka nie chroniła dostatecznie przed zimnem. „Przecież to całkowite zadupie. Gdzie jest ta cholerna huta?!” – pomyślałem ze zdenerwowaniem.
Dobremu człowiekowi czasem sprzyja szczęście. Mogłem się do nich zaliczyć, gdyż z innego wagonu wysiadł jeszcze jeden pasażer, w kolejarskiej czapce. Podszedłem do niego i zagadnąłem:
– Dobry wieczór, a właściwie niedługo już dzień dobry. Przyjechałem do huty, ale nic nie widzę. Jestem z daleka, taką stację mi podano.
– Niech już będzie dzień dobry. – Uśmiechnął się lekko. – Dobrze pan wysiadł, ale nie pan pierwszy się dziwi, jeżeli pierwszy raz przyjeżdża. Huta jest stąd dobre pięć kilometrów szosą. Do zakładu doprowadzili tory, ale tylko jako bocznicę zakładową. Bez przystanku dla pasażerów, bo nie po drodze.
– Niech to… – wstrzymałem się w ostatnim momencie z przekleństwem, gdyż kolejarz miał już swoje lata i nie wypadało kląć przy starszej osobie. „Ale trafiłem… Gdzie mnie wysłano?! Taki kawał drogi do huty, nocą, w zimie po pustkowiu. Jak ja się tam dostanę po ciemku” – zastanawiałem się. – W którą stronę muszę iść?
– Może pan pójść szosą. Ale jak pójdzie pan w tamtą stronę, tą starą drogą – wskazał ręką kierunek – to dużo bliżej. Będzie tylko z trzy kilometry.
– Nie zbłądzę?
– Nie ma jak. Doprowadzi pana do samej huty. Tylko niech pan z niej nie zbacza.
– Dziękuję.
Odetchnąłem. Nie spodziewałem się, że przyjdzie mi maszerować po nocy taki kawał drogi, ale dopiero bym miał się z pyszna, gdyby ten kolejarz nie wysiadł z pociągu. „Co bym teraz zrobił? Dobijałbym się do mieszkań w tych budynkach, w środku nocy ich budził, żeby wzięli mnie za pijaka czy awanturnika? Groźnego psa spuścili?” – Lubiłem te zwierzęta, one to wyczuwały i do tej pory nie miałem z nimi problemów. Ale wolałem nie sprawdzać, czy tak samo obłaskawiłbym wilczura poszczutego na mnie. Ryzyko lepiej miarkować, ryzykanctwo czasem kończy się źle.
Tak rozmyślając o szczęściu, które mnie uchroniło od dywagacji, co bym zrobił sam w nocy, dziarsko już maszerowałem wskazaną drogą. Na wolniejszy spacer nikt by w takich warunkach sobie nie pozwolił, chyba że masochista, marzący o zmrożeniu własnego ciała aż do szpiku kości. Mnie się nie uśmiechała taka przyjemność. „Ależ przenikliwy mróz…” – Podziękowałem sobie w duchu, że jednak wciągnąłem pod spodnie „męskie niewymowne”, zajmujące do tej pory niepotrzebnie miejsce w szafie, gdyż nie używałem ich od lat, nogi mi nie marzły w zimie. To był ten wyjazd, kiedy się przemogłem i przewidująco zrobiłem z nich właściwy użytek.
Po kilkunastu minutach szybki marsz zrobił swoje, rozgrzałem się. Księżyc świecił w pełni na bezchmurnym niebie, gładka powierzchnia śniegu skrzyła się w jego blasku. Trochę mnie zaniepokoiło, gdyż na bielutkiej drodze nie było widać żadnych śladów po przejściu ludzi czy przejeździe samochodów. Widocznie ten cholerny wiatr zbytnio porządził zamiecią. To był tylko drobny niepokój. Przecież kolejarz powiedział, że droga wyprowadzi mnie na hutę, a idę wśród szpaleru drzew, z boku jest też rów odwadniający, więc nie zbłądzę. Do tego trasa prowadziła prosto jak strzała, chyba wytyczona przy linijce przez mierniczego. „Trzy kilometry to normalnie pół godziny drogi, w zimie i po śniegu czterdzieści minut, maksimum pięćdziesiąt. Jeżeli będzie trochę więcej, to najpóźniej w godzinę będę w zakładzie. Narada i tak ma się zacząć dopiero o dziewiątej; będę czekał na nią jeszcze z cztery i pół godziny. Lepiej jednak czekać w cieple, niż na dworze. Dadzą mi chyba jakąś gorącą herbatę na portierni?” – dywagowałem.
Rząd drzew skończył się, w szczerym polu droga tworzyła, z gruntami po bokach, jednolitą, białą płaszczyznę. Zaśnieżony rów chwilami wskazywał trasę, w innych miejscach był całkowicie niewidoczny. „Dobrze, że droga prosto prowa… adzi`!!!
Moje myśli w moment się urwały. Usta miałem pełne zmrożonego puchu. Wygramoliłem się z rowu, do którego nagle zanurkowałem na metr głęboko w nasypany śnieg. Cholera, że też tak jego nawiało! Otrzepałem kurtkę i spojrzałem do tyłu. Moje ślady, doskonale widoczne w świetle księżyca, tworzyły prostą linię. Sacrebleu, droga widocznie tu skręcała, akurat w miejscu, gdzie rowu nie było widać pod nawianym śniegiem. Jak pech, to pech.
„A może dalej nie ryzykować zabłądzenia, może wrócić i pójść szosą? Powinna być odśnieżona. Mam przecież jeszcze mnóstwo czasu…” – Spojrzałem na zegarek. Minęło dwadzieścia minut marszu, co oznaczało, że prawie pół drogi już za mną. Półtora, może jeszcze dwa kilometry przy uważnym, nawet powolnym brodzeniu w śniegu to nie to, co ponad sześć kilometrów. Kalkulacja narzuciła się sama.
Pomaszerowałem dalej. Pomaszerowałem? Lekko powiedziane, za to mocno naciągane. Prędkość „marszu” spadła gwałtownie. Nie wziąłem pod uwagę aż takiego spowolnienia i ciągłych niespodzianek. Dopóki udawało mi się nie zgubić drogi, śnieg aż tak nie przeszkadzał, sięgał do połowy łydki, czasem kolan. Kiedy nagle wpadałem po pas lub ciało traciło równowagę i ćwiczyło turlanie bokiem, wówczas gramoliłem się z niewidocznego rowu, przeklinając głośno. I tak mnie nikt nie słyszał na tym śnieżnym pustkowiu. Próbowałem wtedy wyprostować marszrutę lub tak długo buty brodziły w śniegu, aż ich właściciel odnalazł kierunek, w którym skręcała droga. Czas zaś nieubłaganie odmierzał swoją miarę. Na szczęście miałem go jeszcze w nadmiarze. Tylko ta cholerna, niewidoczna droga!
Zaparłem się i brnąłem dalej. Mimo że mróz srogo traktował moją twarz, a sople lodu zwisały z wąsów i brody, pod kurtką byłem zgrzany i cały mokry od potu. „Która to już godzina?” – Zerknąłem na zegarek. „Jasny gwint, po piątej! Ładny mi skrót… Gdybym zdecydował się pójść szosą, to już dawno siedziałbym w cieple”. – Na własnym przykładzie odczułem prawdziwość powiedzenia, iż czasem skrót jest wyborem najdłuższej drogi…
Obtłukłem zwisające sople i znowu zmusiłem zmęczone nogi do wysiłku. Moje zdeterminowanie zostało dość szybko wynagrodzone – po minięciu niewielkiego lasku zobaczyłem wreszcie w oddali rzęsiście oświetlone budynki, rozrzucone na wielkiej przestrzeni. To musiała być huta!
Pojawił się ponownie szpaler drzew, ale prowadził w kierunku zabudowań wielkim łukiem. Zdecydowałem pójść prosto w stronę upragnionego celu wędrówki. „Czy drogą, czy przez pola, na jedno wychodzi, i tak brodzę w śniegu. Żadne strugi i strumyki nie przeszkodzą, wszystkie muszą być zamarznięte przy takim zimnie, trzymającym wszystko w okowach od dwóch miesięcy”. Ruszyłem dalej. Przebrnąłem przez rów i poszedłem na przełaj. Jeszcze kilka razy wpadałem do niewidocznych pod nasypanym śniegiem rowów, ale już nic by mnie nie zatrzymało, byłem jak koń, który po długiej drodze poczuje stajnię.
Dotarłem wreszcie do ogrodzenia huty. Płot ciągnął się w lewo i prawo, daleko, prawie w nieskończoność. Wybrałem jeden kierunek i dalej brnąłem w śniegu, ale już bez pośpiechu i stresu. Po półgodzinie ukazała się rzęsiście oświetlona brama i budka strażnicza. Wychodzili z niej rządkiem ludzie. Zerknąłem ponownie na zegarek: „Pięć po szóstej”. – Trzy kilometry drogi, którą w normalnych warunkach przeszedłbym w około trzydzieści minut, kosztowały mnie prawie trzy godziny! „Ale ze mnie piechur…” – Teraz w pełni zrozumiałem, dlaczego w górach ludzie nie mierzą odległości w kilometrach, tylko w czasie potrzebnym na jej przebycie.
Przepchnąłem się między wychodzącymi pracownikami i podszedłem do jednego z wartowników. Spojrzał na podane dokumenty, przeczytał uważnie i, oddając je, zapytał, wielce zdziwiony:
– Pan na naradę do dyrekcji? Tak wcześnie jest?
– Nie, o dziewiątej. Ale tak wyszło, że przyszedłem wcześniej. Gdzie jest budynek dyrekcji?
– Zaraz panu wskażę. Ale skąd pan przyszedł? Naokoło szczere pole. Przyjechał pan naszym zakładowym autobusem?
– To wozicie ludzi? Nie wiedziałem. Idę ze stacji kolejowej. Pociągiem przyjechałem, nie miałem późniejszego.
– Pieszo?! W nocy, w ten ziąb?! Autobusy zakładowe jeżdżą z Częstochowy, ale tylko kiedy są zmiany. Dyrekcja jeszcze zamknięta, to zapraszam do nas. Zaraz nocna zmiana wyjdzie i będzie trochę czasu. Napije się pan gorącej herbaty?
„Jeszcze się pyta! To tak, jakby się zastanawiać, czy warto podawać tonącemu rękę, bo może tego nie chce”.
Podziękowałem serdecznie za zaproszenie. Gorący napój dobrze mi zrobił, odetchnąłem i odtajałem. Chwila odpoczynku po trzygodzinnym brodzeniu w śniegu to jest coś, czego nikt nie odmówi...
---
cd. może nastąpi





