Go to commentsŁadowarka
Text 5 of 5 from volume: Różne różniste
Author
Genrebiography & memoirs
Formprose
Date added2026-02-05
Linguistic correctness
- no ratings -
Text quality
- no ratings -
Views27

Był ciepły letni wieczór. Otworzyłem okno by przewietrzyć pokój i włączyłem laptopa. W mailach była wiadomość, że ukazała się nowa wersja mapy do mojego GPS-a. Pobrałem ją i włączyłem moje urządzenie, żeby tę wersję zainstalować. Niestety zaraz pokazał się komunikat, że bateria w urządzeniu jest rozładowana i z instalacji nic nie będzie.

Mam w szafie szufladę, gdzie trzymam różne ładowarki, kabelki, karty SIM i tym podobne elektroniczne drobiazgi. Wszystko tam jest porządnie poukładane. Otworzyłem ją i ze zdziwieniem zauważyłem, że właśnie ładowarka do GPS-a była wrzucona byle jak, a jej kabelek wił się pomiędzy innymi rzeczami. „ Kto tu zrobił taki burdel?” – pomyślałem i moje podejrzenie padło na żonę. Padło, ale zaraz odpadło, bo moja żona ma swoją ładowarkę do komórki, a pozostałej domowej elektroniki nie dotyka.

Został syn, który stale nosi dwa smartfony i przeważnie jeden z nich „właśnie padł”, a ładowarka została w aucie. Ładuje je wtedy u nas, ale zawsze prosi mnie o ładowarkę i po szufladach raczej nie grzebie. Raczej, to jednak nie nigdy i pewnie musiał się poratować podczas mojej nieobecności, a potem wrzucił ładowarkę do szuflady byle jak.

Wyjąłem ją, poprostowałem kabelek i wróciłem do laptopa. Gniazdka elektryczne mam pod biurkiem i do jednego z nich wetknąłem ładowarkę. Gniazdko jęknęło i w całym mieszkaniu zgasło światło. Pomyślałem: „No tak! Synuś spieprzył ładowarkę, wrzucił ją do szuflady i pojechał nie przyznawszy się. Już ja mu … „. Nie zdążyłem pomyśleć co „ja mu”, bo poczułem, jakby coś łaziło mi po stopie. Odruchowo cofnąłem nogę i wtedy usłyszałem jak coś małego pacnęło o podłogę. Pomyślałem, że to pewnie kabelek od ładowarki znowu się poskręcał i dotknął mojej nogi. Po omacku wyciągnąłem ją z gniazdka. Była tak gorąca, że aż parzyła. Chciałem ją szybko gdzieś odłożyć, ale  jej kabelek zaplątał mi się między palce. Po krótkiej szarpaninie wyswobodziłem oparzoną dłoń i ze złości wyrzuciłem ładowarkę przez okno. Mieszkam nisko, więc wyraźnie słyszałem jak stuknęła o chodnik.

Zwarcie wywaliło główne bezpieczniki w piwnicy i musiałem tam zejść, żeby je wcisnąć. Wróciłem do oświetlonego już mieszkania i pomyślałem, że z moimi nerwami jest coś nie tak. Rzeczywiście, mam ostatnio trochę stresów, ale żeby zaraz wywalać coś przez okno. Czysty idiotyzm. Dobrze, że nikt tamtędy akurat nie szedł, bo by dostał w głowę” – pomyślałem i poszedłem do kuchni zrobić sobie ziółka uspokajające.

Nazajutrz rano wyszedłem na balkon, by popatrzeć na świat. Chodnikiem przechodzili nieliczni ludzie, dwaj mężczyźni spacerowali po trawniku z psami, a moja ładowarka wciąż leżała na chodniku. Właściwie to powinienem zejść i wyrzucić ją do pojemnika na elektrośmieci, ale odłożyłem to sobie na później.

Jakiś przechodzień kopnął ładowarkę nogą i poszedł dalej. Chwilę po nim nadszedł młody człowiek, który ją podniósł. Potem rozejrzał się czy nikt nie widzi i szybko schował ją do kieszeni. Jak szybko włożył tam rękę, tak szybko wyjął i zaczął nią wymachiwać. Na dłoni „siedziała” mu ładowarka i za nic nie chciała odpaść. W końcu udało mu się wyswobodzić i odrzucił ładowarkę na trawnik.

Upadła tuż przed nosem biegającego tam pieska. Pies nie byłby sobą, gdyby do niej nie podbiegł i nie spróbował powąchać. Zrobił to, a ona zaraz uczepiła się jego szyi. Biedne zwierzę zaczęło się tarzać i piszczeć wniebogłosy. Zaskoczony właściciel nie wiedział co robić. Próbował podnieść psa, ale ten chyba go ugryzł i jak oszalały pobiegł między bloki. Właściciel pobiegł za nim i na tym ten dziwny seans się zakończył.

Wtedy przed oczami stanął mi wczorajszy wieczór i kabelek zaplatany między moje palce. Czyżby? Czyżby ta cholerna ładowarka wczoraj mnie też napadła, jak tego faceta na chodniku i psa?

Czytywałem w powieściach science fiction o robotach, które ulegały jakiemuś tam zawirusowaniu i buntowały się. Ale ładowarka jednak jest urządzeniem tak prostym jak cep i żaden wirus nie ma tam się gdzie zagnieździć. Równie dobrze mógłby zaatakować żarówkę w łazience. Nie. Takie rzeczy nie mogą się zdarzać.

A jednak. Jednak widziałem na własne oczy tamtego faceta na chodniku i pieska, no i ten kabelek jakoś nienormalnie zaplątany między moje palce.

Zrobiło mi się nieswojo. Co miałem zrobić? Komu to zgłosić? Przecież nie policji, do odesłałaby mnie do czubków.

Zostawało mi tylko odpuścić sprawę. Odpuścić? A jeśli w mieszkaniu mam jeszcze inne „zbuntowane” sprzęty? Jeśli lodówka któregoś dnia przytrzaśnie mi rękę w drzwiach i nie puści? Jeśli pralka zechce mnie wciągnąć do bębna? To co ja zrobię? Jak się obronię? Takie myśli zaczęły mi się legnąć w głowie. Zapachniało paranoją i musiałem coś z tym zrobić. Wybrałem najprostsze męskie rozwiązanie - zapić pałę i przespać wszystko. Jak pomyślałem, tak zrobiłem i pomogło. Na drugi dzień miałem kilometrowego kaca, ale na pralkę już nie patrzyłem ze strachem. W ogóle ten temat jakoś wyparował mi z głowy.

Po kilku dniach zobaczyłem na blokowej tablicy ogłoszeń kartę z informacją, że znaleziono ładowarkę typ taki a taki i że w sprawie odbioru należ dzwonić pod numer … . Na kartce było też zdjęcie ładowarki - jota w jotę jak moja.

Zaciekawiło mnie to i postanowiłem zadzwonić. Nie chciałem oczywiście odzyskać ładowarki-wampira, ale sprawdzić o co chodzi. Nauczony na kryminalnych filmach, ukryłem numer mojego telefonu i zadzwoniłem. Facet po drugiej stronie wykazał wyraźne zainteresowanie jak najszybszym spotkaniem i zaproponował dzisiejszy wieczór w parku miejskim. Zaśmierdziało mi to. Wieczorem, w parku - podejrzana sprawa. Zaproponowałem jutro o jedenastej, na ławeczce koło sklepu Żabka na naszym osiedlu. To było ruchliwe miejsce i mój rozmówca nie miałby szans rozpoznać mnie, zanimbym nie podszedł. Zawahał się, ale ostatecznie się zgodził.

Nazajutrz wziąłem wózek na zakupy i ruszyłem w kierunku żabki. Na umówionej ławeczce siedział zwykły facet i bawił się telefonem. Przez moment nawet chciałem do niego podejść. Przecież niczym nie ryzykowałem. Obejrzałbym ładowarkę, powiedziałbym, że nie moja i good bye. Jednak coś tu było nie tak. Tuż koło ławeczki stało jakieś auto. Nie był to radiowóz, ani pojazd jakichś służ porządkowych czy remontowych. Była to wypasiona osobówka, a tam był zakaz ruchu. „Cha! Kochanieńki! Nie z nami te numery Brunner” – pomyślałem i spokojnie poszedłem dalej.

Zrobiłem zakupy i gdzieś tak po godzinie wracałem. Faceta ani auta już nie było.

Od tamtego czasu upłynął prawie rok i nic szczególnego już mi się nie przydarzyło. Było, minęło i nawet nie wiem, czy warto było o tym pisać?


  Contents of volume
Comments (0)
ratings: linguistic correctness / text quality
no comments yet
© 2010-2016 by Creative Media