Go to comments13. Dwadzieścia minut.
Text 13 of 13 from volume: Odwrócona perspektywa
Author
Genremystery & crime
Formprose
Date added2026-03-07
Linguistic correctness
- no ratings -
Text quality
- no ratings -
Views19

Ręce zaczęły drżeć, pot ściekał po skroniach cienką strużką, ale to nie wysiłek fizyczny odbierał mu oddech. Na sali gimnastycznej, choć przestronnej, panował zaduch, a pisk halówek o parkiet wwiercał się w czaszkę.  

Trener właśnie gwizdnął na przerwę. 

Robert podszedł do ławki, udając, że mroczy mu się przed oczami. Oparł się o drabinki, ciężko dysząc.  

— Źle się czujesz? — zapytał chłopak z jego drużyny.  

— Głowa mi pęka. Chyba jakaś grypa mnie bierze — wychrypiał Robert, masując skronie. — Skoczę do szatni, ochlapię się zimną wodą. Jak mi nie przejdzie, zawijam się do domu. 

Szatnia była pusta. Robert minął wejście do toalety i szybkim, mechanicznym ruchem otworzył szafkę, wyciągając swój czarny, wysłużony plecak. Zarzucił go na ramię, nie sprawdzając zawartości –  doskonale znał jego ciężar. 

Wyszedł tylnym wyjściem, unikając wzroku woźnego. Na parkingu, w cieniu starych kasztanowców, stał zaparkowany stary, rdzewiejący Golf. Robert rozejrzał się wnikliwie, wsiadł do środka i przekręcił kluczyk, który już tkwił w stacyjce. Silnik zakrztusił się, ale po chwili miarowo zabuczał. 

Miał dokładnie dwadzieścia minut. Siedem na dojazd, sześć na to, co musiał zrobić, oraz kolejne siedem na powrót pod szkołę, zanim trening dobiegnie końca. 

Zgasił silnik samochodu dwie przecznice wcześniej, by nie zdradził go pisk starych pasków klinowych. Ostatnie metry pokonał biegiem, trzymając plecak oburącz przy klatce piersiowej, jakby chronił w nim coś żywego i groźnego. 

Zatrzymał się przy żywopłocie. Dom, w którym spędził osiemnaście lat, wyglądał w jesiennej szarówce nienaturalnie spokojnie. W oknie gabinetu na parterze tliło się ciepłe, żółte światło. Ojciec pewnie znów siedział nad dokumentami. Robert poczuł nagły skurcz w żołądku, tak silny, że musiał się zgiąć wpół. Przez moment walczył z odruchem wymiotnym. W głowie wciąż przewijały się obrazy sprzed kilku tygodni. Wiedza, którą posiadł sprawiła, że zapach domowego obiadu, który poczuł teraz przez uchylone okno, wydał mu się najbardziej obrzydliwą rzeczą na świecie. 

„Możesz jeszcze zawrócić” – przemknęło mu przez myśl. „Możesz wsiąść w ten rdzewiejący złom i uciec stąd na zawsze”. 

Spojrzał na okno pokoju Klary na piętrze. Było ciemno. Wiedział, że ona tam jest, bezpieczna w swoim małym świecie, nieświadoma, że ściany wokół niej przesiąkły zgnilizną, której nie da się już wyszorować.  

Wątpliwości zniknęły.  

Ruszył przed siebie, pogodzony z tym, co nieuchronne. 



Zostawił Golfa w tym samym cieniu kasztanowców, w którym go zastał. Silnik zacharczał i zgasł, zostawiając w kabinie ciężką, dusznotę i zapach, którego nie potrafił nazwać, a który wgryzał się w jego nozdrza. 

Wyskoczył z auta. Nogi miał jak z waty, ale serce biło rytmem maszyny. Podał kluczyki chłopakowi, który już na niego czekał.  

— Dzięki — rzucił krótko Robert, wciskając mu metal w dłoń. Głos mu nie zadrżał. Był oczyszczony z emocji.  

Wślizgnął się tylnym wejściem. Wrzucił plecak z powrotem do szafki i zamknął ją na kłódkę.  

Kiedy wrócił na halę, akurat rozbrzmiał końcowy gwizdek trenera. Najwyraźniej nikt się nie zorientował. 

Śmiechy, przekleństwa, uderzenia piłek o parkiet – drużyny powoli zmierzały do szatni. 

— O, żyjesz? — zapytał rudowłosy chłopak, który widział go wcześniej przy drabinkach. — Lepiej ci? 

Robert przystanął, przecierając twarz dłonią. Zrobił to powoli, z namysłem, by nie zostawić na skórze śladów pośpiechu. 

— Jako tako. Przeszło mi, choć głowa wciąż pulsuje — wykrztusił. Jego głos był niski i bezpiecznie nieobecny. 


Pięć minut później stał już przed szkołą w grupie kolegów. Śmiali się, przepychali, narzekali na zmęczenie. Robert stał pośrodku nich, czując, jak pot na jego plecach lodowacieje. 

— No gdzie ten rzęch? — mruknął ktoś, wypatrując autobusu. — Znowu linia 112 ma nas w dupie.  

— Standard — rzucił Robert, siląc się na lekki ton. W kieszeni kurtki zacisnął dłoń w pięść tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę. 

W oddali, za zakrętem, pojawiły się żółte światła Ikarusa. Wielki, rozklekotany pojazd podjechał do przystanku z głośnym sykiem pneumatycznych hamulców. Robert przepuścił kolegów przodem. Kiedy postawił stopę na pierwszym schodku, świat wokół niego nagle stracił barwy, stając się wypranym z emocji obrazem za grubą szybą. 

Usiadł na samym końcu, opierając rozpalone czoło o drgające, lodowate okno. Patrzył na swoje odbicie w szybie – twarz nastolatka, który jeszcze godzinę temu przejmował się wynikiem meczu, a teraz wydawał się obcy, niemal przezroczysty. 

Zacisnął dłonie na kolanach, próbując powstrzymać dreszcze, które powoli zaczęły wstrząsać jego ciałem. Wiedział, że za piętnaście minut ten spokój zniknie. Wiedział, że dom, do którego zmierza, nie będzie już taki sam. Zamknął oczy, pozwalając, by hurgot silnika zagłuszył wszystko inne, i zaczął powtarzać w myślach imię siostry. To był jedyny punkt, którego musiał się teraz trzymać. 

Miał tylko nadzieję, że zdąży. Że zdąży ją stamtąd zabrać, zanim ten koszmar stanie się dla niej rzeczywistością. 



W pokoju panował ten specyficzny rodzaj dusznej ciszy, która zdarza się tylko w budynkach komendy – wypełniony jednostajnym szumem klimatyzacji i rytmicznym klikaniem klawiatury gdzieś za ścianą. Robert siedział sztywno na niewygodnym, plastikowym krześle obok Igora. Przed nimi, po drugiej stronie porysowanego, laminowanego blatu, młody aspirant przesuwał palcem po ekranie tabletu. 

Dla Roberta to miejsce nie było niczym nowym – to był powrót do niedawnego koszmaru. Czuł na karku ten sam sterylny chłód, który towarzyszył mu trzy lata temu. Ledwo co wyszedł na wolność, a klaustrofobiczne ściany pokoju przesłuchań już zaczęły się wokół niego zacieśniać, wyrywając z uśpienia traumę, o której tak bardzo chciał zapomnieć. Każde skrzypnięcie ciężkich drzwi na korytarzu i specyficzny zapach tanich detergentów mieszał się w jego nozdrzach z zapachem więziennej celi. Każde spojrzenie policjanta przypominało mu, że tutaj granice wyznacza kto inny. 

— Przypominam, że mamy świadka i monitoring w pobliżu miejsca, które wskazał — zaczął aspirant, ale Robert go nie słyszał. 

Głos funkcjonariusza był tylko tłem. Robert czuł w kieszeni spodni twardą krawędź karty MMC. Ten mały kawałek plastiku zdawał się ważyć więcej niż całe jego dotychczasowe życie. 

— Igor nie będzie odpowiadał na żadne pytania, dopóki nie zjawi się prawnik — głos Roberta był ochrypły, ale stanowczy. Pod stołem, na kolanie, jego dłoń zaczęła drżeć.  

Spojrzał na Igora. Chłopak siedział zgarbiony, z kapturem naciągniętym na czoło, wpatrzony w blat z tą samą maską obojętności, którą Robert dopracował do perfekcji. Widział w nim siebie. Tego samego nastolatka, który oszukał cały świat, by uratować kogoś bliskiego.

  Contents of volume
Comments (0)
ratings: linguistic correctness / text quality
no comments yet
© 2010-2016 by Creative Media