| Author | |
| Genre | prose poetry |
| Form | prose |
| Date added | 2013-05-24 |
| Linguistic correctness | |
| Text quality | |
| Views | 2795 |

– Za każdym razem, gdy pomyślę o tym, by komuś nowo poznanemu kupić prezent, zawodzę się.
Poznałem ją w parku. Siedziała sama i gapiła się na aportującego psa.
Ach, ta cisza. Tylko pies czasem szczeknie.
– Na prezent trzeba sobie zasłużyć. I nie mówię tu o byle czym, nawet drogim byle czym, kupionym w pięć sekund w sklepie. Na przykład taka biżuteria…przecież to nudne! – Próbuję jakoś pomóc.
Trze nos w zamyśleniu.
– Może za bardzo się staram?
– Ma pani rację. Proszę przestać i po kłopocie.
Łapie mnie wtedy energicznie za kołnierz. Jak w tej drobnej kobiecie zdołało ukryć się tyle siły? Umysł podpowiada mi, że pewnie pod sercem.
– To będzie koniec! – krzyczy rozpaczliwie. – Proszę przestać! A co, jeśli wszyscy przestaniemy?
– Zniknie wiele okazji do stresu. Zapewne zdążyła pani wyrobić w sobie instynktowny lęk, który pojawia się, gdy nadchodzi moment kupna prezentu. Nie każdy zasłużył na pani wielkie serce. I proszę im go nie wpychać na siłę. – Jestem z siebie niesamowicie zadowolony, gdy rugam tę biedną kobietę. – Zresztą…nikt pani nie każe kupować prezentów, prawda?
– Zawsze trafiam na urodziny, imieniny, święta czy jakiś wyjątkowy dzień. Każdy chce mieć swój kawałek biżuterii od kogoś; tak żeby lśnił na półce, po prostu.
Zerkam w podręczny kalendarz. Ma rację. Ciągle jakieś imieniny, konstytucja, dzień wchodzenia do szafy i inne bzdety.
– Jest zbyt dużo okazji.
Nagle przychodzi olśnienie.
– Spalmy go! – krzyczę.
W milczeniu wyjęła zapałki z torebki i odpaliła jedną. Położyliśmy kalendarz przed sobą. Ogień trawił go ze spokojem. Wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani, jak płonęły nasze plany, ponumerowane dni, stronice pełne oznaczeń. Był to mistyczny rytuał, podczas którego straciłem całą listę zakupów w hipermarkecie oraz szablon mojego najbliższego czasu.
Usiedliśmy w otchłani, a potem zatańczyliśmy na zgliszczach kalendarza. Każde z nas chciało odlecieć gdzieś wysoko i rozrosnąć się do niebotycznych rozmiarów. Nie musieliśmy.






ratings: perfect / excellent
/chciał nie chciał/
uwikłani w pętlę narzuconego nam przez rodziców /ich/ języka, hierarchii wartości, wierzeń, obchodów, zwyczajów, kurtuazyjnego przymusu, w folklor naszych dziadów i pradziadów
TYLKO
co byś robił, gdyby tego nie było
??
Kim był Victor z Ayveron (1788 - 1828) we Francji?
Albo Kiplingowski Mowgli
/znaleziony w II połowie XIX w. w dzikich ostępach indyjskiej dżungli/
czy np. Caspar Hauser (1812 - 1833)
/z Norymbergi w Niemczech
??
Można! Wychowany w polskiej rodzinie w /rozbiorowej carskiej/ Polsce, światowego formatu prozaik Józef Konrad Korzeniowski (1857 - 1924)
PISAŁ WYŁĄCZNIE PO ANGIELSKU
(patrz całość wraz z nagłówkami)
Spal żółte kalendarze!
Żółte kalendarze spal!
/Piotr Szczepanik 1966 r./
(patrz uważnie)
Obchody, procesje, obrzędy, jarmarki, pochody, ceremoniały, festiwale, konkursy skoków, weekendy na San Escobar, święta, olimpiady, karnawały, wczasy pod gruszą, rekordy Guinnessa i in. balangi
/czyli wszelkie odloty do Krainy Oz/
ZASŁANIAJĄ nam odwiecznie skrzeczący real,
którego ciśnienie /bez tej zasłony!/ rozwaliłoby nam /kolokwialnie rzecz nazywając/ łeb
w drzazgi i w rozbryzgi
CHWAŁA WIELOKULTUROWOŚCI
BO BEZ NIEJ JAK TE PSY
GRYŹLIBYŚMY SIĘ O CUDZE KOŚCI