Go to commentsGiełda
Text 9 of 9 from volume: Pkieł
Author
Genrenonfiction
Formarticle / essay
Date added2025-11-29
Linguistic correctness
- no ratings -
Text quality
- no ratings -
Views34

GIEŁDA

Giełda to giełda. Zjawisko samo w sobie, wyrosłe tuż obok Kielc. U zarania swych dziejów giełda była giełdą samochodową. Dziś kupić tam samochód jest prawie niewykonalne, za to to co kiedyś było marginesem zdominowało resztę. Nie ma samochodów, ale są za to kurtki, ciuchy robocze, buty, skarpetki, pompy, ogrodzenia, opony, chemia, kosmetyki, słodycze, żarcie typu hotdog i zapiekanka, ponoć niesamowite żołądki i takie tam, et cetera, i tak dalej. Pojechałem tam po kurtkę zimową.


Od wczoraj pada śnieg. Wsiadam w „9” na drugim przystanku. Tylko kilkoro pasażerów – potem okazuje się, że pogoda sprawiła, że zadziwiająco mało klientów i sprzedających. Automat do biletów w autobusie chyba zamarzł, bo nie reaguje na przyciski. I tak poznaję nowego znajomego, gdy obaj próbujemy kupić bilet i nam się to nie udaje. A podchodzimy do automatu kilkakrotnie. A potem nasze ścieżki przecinają się co i rusz.


Dwa oddzielne tereny, na których rozmieszczone są stoiska – przyznam, że nie wiem o co chodzi. Ale tak to funkcjonuje. Znajomy z pracy Ukrainiec, gdy rozmawiamy o okolicznych atrakcjach, zna temat giełdy, był tam.  Ceny są lekko niższe niż na kieleckich bazarach, w kieleckich sklepach. Albo nieporównywalne, bo oferowany towar nie ma odpowiedników, bo  pochodzi od producentów, którzy sprzedają go tylko małym sklepom i nie ma go w sieciówkach. Bo to towary dla specyficznej części rynku. W autobusie tylko kilka osób, a klienci przechadzający się pomiędzy straganami to głównie mieszkańcy tego peeselowskiego interioru w pobliżu Kielc.


Jest tuż poniżej zera, leży śnieg, więc chłodno, wilgotno, suchy mróz odszedł. Na jednym z placów ogrodzona barierkami misa z palącym się drewnem – coś jak analog widzianego w dawnych filmach koksownika ulicznego. Przystaję przy nim dwa razy.

Kto zrobił zakupy – jak ja i ten kolega – wraca na przystanek, by wrócić do Kielc. Autobus kursuje co półtorej godziny, busy podobnie, a gdy są pełne albo grymaśne to nie zatrzymują się na przystanku. Co jakiś czas przychodzę na przystanek, by stwierdzić, że jeszcze, jeszcze. Wtedy spotykam tego kolegę. Wypalamy po papierosie i wracamy na giełdę, by po kilkudziesięciu minutach wrócić do tej sytuacji. Ja kupiłem kurtkę, on jakieś narzędzie i całą siatę jakichś technicznych dynksów. W pewnej chwili podjeżdża volkswagen kombi, wysiada z niego taki wschodni gość, otwiera bagażnik, wyciąga z niego komplet kluczy w pudle i próbuje go sprzedać koleżce z tymi technicznymi dynksami. Namolnie, 150, nie, nie chcę, dobra, 100, nie chcę, nie. Głupi, stwierdza handlarz i gniewnym gestem wrzuca pudło z kluczami do bagażnika, po czym odjeżdża. Myślę, czy tirówkom też tak sprzedaje te klucze? Mnie to bawi, jego nie. Obaj wiemy, że to naciągacze. Te klucze w tym komplecie ładne, ale do momentu użycia. One zrobione są z takiej stali, że nie działają, bo nakrętki które mają odkręcać twardsze są i te klucze się rozciągają, po czym 24 to już nie jest 24 tylko coś między 25 a 26.


Jadąc tam wpakowałem w plecak dwa takie maluszki 0,33, oczywiście zimne, by nie doznać szoku termicznego. Wypijam je na tych spacerach. Ale do autobusu jest jeszcze 40 minut. W akcie desperacji postanawiam zjeść hot doga i wypić piwo. W zasięgu wzroku jest taka buda. Jest dwunasta i słyszę o hot dogach: skończyły się.

Idę do innej budy z takim asortymentem. W cenie piwa jest cena za kufel 0,20 groszy. Hot dogów też nie ma. W ich rozumieniu ten kufel to ta plastikowa szklanka 0,4. A niech tam, zamawiam piwo. „Harnaś” – otwierać?, nie tu wypiję, to niech pan zwróci butelkę, tak, nie zamierzam jej zabierać ze sobą. I wypijam to zimne piwo na tej zimności, bez ryzyka doznania szoku termicznego. Ja piję, a panie w tym czasie zbierają te koszyczki z przyprawami i innymi takimi ze stolików spod wiaty. Pijąc, paląc papierosa patrzę jak sprzedawcy zwijają swe kramy. 12 i koniec handlu? Taka pogoda, taki czas. Ta buda z piwem i żarciem, gdzie jestem jest widoczna z przystanku, więc widzę, że ten kolega tam zagląda na piwo oczekując na autobus. Gdy już spotykamy się na przystanku, ostatecznie, definitywnie, ze dwadzieścia minut przed autobusem, ostatni papieros przed odjazdem, dłuższa rozmowa, mówię o tej sytuacji z handlarzami badziewnych kluczy. Mnie to bawi, on jest zniesmaczony. Gadamy o swojej pracy. Płacowa zmowa pracodawców z regionu – nie ma gdzie uciec.

Plac już prawie pusty. Patrzę z przystanku – wszyscy się zwijają – w południe! Mam na nogach buty, które kupiłem tu rok temu – prawie dożywotka, tak obiecywał sprzedawca – a już się prują, i marzną mi w nich paluchy. Kupiłem tu kurtkę. 300 zyli. Żadnych paragonów. Gwarancja?

Ale wreszcie przyjeżdża autobus i kierunek dom.


  Contents of volume
Comments (0)
ratings: linguistic correctness / text quality
no comments yet
© 2010-2016 by Creative Media