Go to commentsDzień po
Text 10 of 10 from volume: Pkieł
Author
Genrenonfiction
Formarticle / essay
Date added2026-01-01
Linguistic correctness
- no ratings -
Text quality
- no ratings -
Views31

DZIEŃ PO

Wieczorem piłem piwo i słuchałem huku eksplodujących fajerwerków. A przed południem wylazłem  by obejrzeć miasto po corocznej apokalipsie. Szczątki fajerwerków na śniegu. Wiem, że mróz, śnieg i zima – i tylko pojedyncze osoby przemykające ulicami. W centrum miasta chodzą chyba tylko ci, którym dzień wcześniej z różnych powodów żal było wydać pieniądze na alkohol i nie zasłużyli na kaca. Ja – nie chwaląc się – 6 piw wieczór wcześniej, głowa nie boli, tylko takie lekkie rozmamluśnienie. Powoli, powoli.

Czy w południe da się w taki dzień wypić piwo w knajpie? Knajpy, szykując swą strategię miały do wyboru dwie ścieżki. Pierwsza, rokująca wyższe zyski to sylwester i zabawa tak długo jak się da. A druga to otwarcie się w południe i obsługa takich jak ja, z niepełnym kacem po sylwestrze. No cóż, knajpy poszły w lewo, pierwszą ścieżką. Chcesz piwa? Zostają ropuszki.

Z kalendarzem wszystko się zgadza: jest styczeń, mróz i prawie wszędzie leży śnieg. Spotykam człowieka, który ciągnie swego ludzika na sankach. Na końcu płóz sanki mają kółka, więc gdy tatuś dojeżdża do odśnieżonej części chodnika, skraca sznur, by ciężar oparł się na tych kółkach i ciągnie dalej na kółkach, bez szurania płozami po chodniku  czy skłanianie ludzika do desantowania się z sanek.


Wybieram kierunek park, zaopatrzywszy się u ropuszki. Na bezlistnych gałęziach drzew siedzą ptaszki. Śnieg, zielonoczarne pnie drzew, a na gałęziach siedzą wrony i śpiewają mi, gdy idę dołem. Renowacja parku przeprowadzona kilkanaście lat temu, polegająca na zlikwidowaniu zdecydowanej większości krzewów i pozostawieniu tylko drzew może wedle jakiejś tam mody parkowej była rozsądna, ale … Efekt finalny: niemal nie ma w parku tych maluszków, zostały tylko te specyficznie śpiewające wrony. Też robią nastrój – śnieg, bezlistne drzewa, bezludny park i one. Gothic.


Wdrapuję się ku katedrze ( by potem skręcić tuż przed) i widzę dążących doń ludzi. Msza w południe? Czemu nie? W taki dzień to nieźle pionizująca koncepcja. I w pewnych środowiskach zarazem nobilitująca. Bezobsługowy szalet miejski tuż obok ma naklejkę: awaria. No cóż. Takie rustykalne, folkowe doświadczenie  się z tym wiąże: sikanie pod murem kurii biskupiej. I refleksja: nasze pokolenie jeszcze takie rzeczy potrafi. A dzisiejsza, smartfonowa młodzież jak sobie z tym radzi? Obawiam się, że słabo.


Plac Wolności: pustka, nikogo. Plac przed KCK: pustka, nikogo. Pomiędzy nimi siedziba redakcji radia i gazety „em Kielce”, na parkingu szopka, figurki i kolędy grające w tle. Głupia myśl: dosiąść się do nich, przykucnąć na żłóbku z piwem w ręku i śpiewać. Chybiony pomysł? Brak mi kogoś, kto by mnie do tego podjudził…  Więc zostaje tylko pomysł w głowie.

Gdzieś pomiędzy placem Wolności a KCK na chodniku odkrywam okrutną niespodziankę. Kojarzycie słupkozę, tą zadziwiającą modę wśród samorządów na montowanie słupków, na które potem wszyscy się nadziewamy?[i] Najłatwiej jest je zainstalować przykręcając do chodnika blachę/ podstawę na 4 śruby. Taki metalowy słupek stoi sobie potem, i stoi, coś tam zagradzając, a na wysokości kilku centymetrów nad ziemią – to akurat tyle, że pługopiaskarka przywala to śniegiem z solą; to na tej wysokości obsikują taki słupek psy, i nawet jeśli taki słupek to twardziak to i tak wobec tego co go ciągle spotyka to on pęka. Na tej właśnie wysokości, gdzie słońce z górną warstwą śniegu – solonego – sobie ostro poczyna, gdzie sikają psy, taki słupek staje się mega delikatny, wręcz nawet romantyczny. I gdy w sobotę wieczorem miasto przemierzają karaciści kopiący wszystko co staje na ich drodze, te słupki kładą się pozostawiając te zaczepy do chodników. Słupek znika, zaczep zostaje. I zostaje jako taki potykacz. Tańsza wersja miny przeciwpiechotnej. Wieczorem jest niebezpiecznie, gdy ćmok, a dodaj do tego kilka centymetrów śniegu to i w słoneczny dzień robi się z tego niezłe gore.


Dzień po sylwestrze jest dniem granicznym. Wiele się skończyło. I ludzie są pochowani w swych gawrach. Nic tak naprawdę się jeszcze nie zaczyna, choć wiele już miało swój  kres tworząc przestrzeń dla nowego. A ja wypijam piwo w czasie spaceru, obserwując moment przemiany starego w nowe, taki nieoczywisty, leniwy, jeszcze jeszcze – jutro się zacznie.


 
  Contents of volume
Comments (0)
ratings: linguistic correctness / text quality
no comments yet
© 2010-2016 by Creative Media