Go to commentsTrzysetka, cz.1/3
Text 140 of 141 from volume: Pozostało w pamięci
Author
Genrebiography & memoirs
Formprose
Date added2026-01-29
Linguistic correctness
- no ratings -
Text quality
- no ratings -
Views28

(fragment wspomnień z nowo pisanej książki)

(...)

W każdej dużej grupie większość stanowią zwykli cykliści; a dwie mniejszości to: bardziej leniwi oraz „harpagany”. Ci ostatni nastawiają się czasem na trudne oraz dłuższe trasy. Takich mieliśmy również w naszym gronie i to obojga płci. Czterech kolegów z grupki harpaganów umówiło się w lipcu 2017 na przejechanie 300 km w ciągu doby. Mimo że tego roku już bardzo dużo nakręciłem kilometrów na rowerze, nie zaryzykowałem dołączenia do nich na aż tak długą trasę.

Zaskoczyła więc mnie propozycja koleżanki, na wcześniejszym wyjeździe:

– Zdzisiek, może pojedziemy razem z nimi na sobotnią trzysetkę, ale…

– Co ty, Aneta, nie jadę – wszedłem jej w słowo. – Nogi albo tyłek mi nie wytrzyma. To nie dla mnie. Do dwustu to jeszcze.

– Nie dałeś skończyć. Nie na całość, tylko ich odprowadzimy kawałek, do Bydgoszczy. Danka tam też jedzie i zostaje. A my w dwójkę wrócimy do domu na kołach albo koleją.

– Aa… to jeszcze. Mogłaś od razu tak powiedzieć.

– A dałeś mi dokończyć? – Roześmiała się. – To co?

– Fakt, przepraszam. Okej i tak bym gdzieś się wybrał w sobotę.

Wyjechaliśmy z Grudziądza wcześnie, około czwartej rano. Pogoda była bardziej podobna do wczesnego poranka wrześniowego, niż początku lipca – bardzo gęsta mgła i wilgotne powietrze skraplające się na twarzach i ubraniach towarzyszyły nam przez większą część drogi do Bydgoszczy. Później, jak na zamówienie – zrobiło się słonecznie, ale nie upalnie. Mając przed sobą tak długą trasę utrzymywaliśmy spokojne tempo; harpagany nie naciskali zbyt mocno na pedały. Jechaliśmy lokalnymi drogami, ale wyłącznie szosami; dzięki temu jazda stała się przyjemnością – człowiek nie wypruwał żył, nie musiał uważać na ciągle mijające go pojazdy mechaniczne, tylko mógł rozkoszować się przyrodą i podziwiać piękno krajobrazu. Ten rodzaj czynnego relaksu jest dostępny w czasie wycieczek rowerowych; szybka jazda samochodem głównymi trasami nie umożliwia i nie daje czasu na kontemplację, która byłaby zgodna z piosenką zespołu „Mazowsze”: „Piękna nasza Polska cała”.

Jechaliśmy, rozmawialiśmy, słonko świeciło wychylając swe oblicze zza małych chmurek; upalnie nie było. Zadowoleni dojechaliśmy do Bydgoszczy jeszcze przed planowanym czasem. Pożegnaliśmy się z Danką.

– To co, Aneta, wracamy koleją? – Na postoju zagadnąłem koleżankę. – Nigdzie nam się nie śpieszy, to może jednak na kołach?

– Wiesz – zastanowiła się – fajnie się jedzie. Może jeszcze kawałek ich odprowadzimy?

– Ale przecież chciałaś tylko do Bydgoszczy.

– Chciałam, chciałam… fajnie się jedzie.

– No dobra, ale wtedy musimy aż do Inowrocławia. Wcześniej nie ma pociągu z powrotem. To co?

– Inowrocław? Jedziemy. Fajnie się dziś jedzie.

Zgodziłem się bez trudu, sam odczuwałem przyjemność z jazdy i pogwarek z kolegami. Do tego pogoda była idealna na rowerową ekskursję. Takie wyprawy to lubię!

Krótko po południu dojechaliśmy do Inowrocławia. Zorientowałem się na dworcu kolejowym, że pasujący pociąg powrotny, z przesiadką, mamy dopiero za dwie godziny. Mogliśmy więc z Anetą potowarzyszyć jeszcze naszym harpaganom. Oni też zrobili dłuższy postój, połączony z obiadem w turystycznej knajpce.

Po półtorej godziny nadszedł czas się rozstać – nasza dwójka na pociąg, koledzy w dalszą trasę trzysetki. Aneta, zamiast podać im rękę na pożegnanie, zaczęła pociągać nosem i popatrywać ukradkiem na mnie.

– Czego? – Jej dziwne zachowanie zbytnio rzucało się w oczy. – Dawaj im buzi i jedziemy. Pociąg nie będzie czekał.

– No wiesz, a może…

– Co może? Jest szerokie i głębokie. – „Czyżby chciała…” od razu przeszła mnie myśl. – Co jest? Mieliśmy wracać już z Bydgoszczy. Chyba nie chcesz dalej… – nie dokończyłem.

– Noo, fajnie się jedzie. Może jeszcze kawałek pojedziemy?

A jednak! Niech ją… kurde. Naprawdę chce jeszcze?

– Nie masz dosyć? Ja tam jeszcze mogę, ale chciałaś tylko do Bydgoszczy. – Lekko się zaśmiałem. – Aneta, to jest ostatnia stacja kolejowa. Następna dopiero wieczorem w Toruniu, już w drodze powrotnej. Wiesz, ile to nam wyjdzie kilosów? Grubo ponad dwieście!

– No i co? Tyle przecież jeździliśmy.

– Kurde, z tobą się umawiać. – Pokręciłem głową. – No dobra, jak chcesz. Tylko żebyś nie narzekała.

– A narzekałam kiedyś?!

Fakt, jeździła z nami dużo i często; była zaprawiona w długich wycieczkach. Tylko dlaczego wcześniej nie powiedziała, że myśli o dłuższej przejażdżce?! Dopiero teraz, w trakcie jazdy? Chociaż faktycznie, dzisiaj jest bardzo fajna wyprawa. Ot, kobieta, ta zmienna istota…

– A czy ja powiedziałem, że kiedyś narzekałaś? – odparłem z uśmiechem jej zarzut. – Chłopaki, odprowadzimy was jeszcze kawałek. – To już skierowałem do kolegów, którzy się uśmiechali słuchając naszych przekomarzań, a teraz wybuchnęli głośnym śmiechem.

– Aneta, z tobą to tylko się umawiać – skomentował Bartek, nasz organizator „trzysetki”.

– Przecież powiedziałam, że jedziemy was odprowadzić i odprowadzamy.

– Tak, tak, powiedziałaś. Tylko że mówiłaś do Bydgoszczy. – Ponownie się zaśmiał i machnął ręką wskazując kierunek. – Dobra, nie będziemy stali. Jedźmy do tej Nieszawy.

cdn.


  Contents of volume
Comments (0)
ratings: linguistic correctness / text quality
no comments yet
© 2010-2016 by Creative Media