Przejdź do komentarzyStrzał
Tekst 37 z 37 ze zbioru: Opowieści o ludziach i miejscach
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-09-02
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń243

Były godziny szczytu. Szeroką, zatłoczoną ulicą powoli jechały samochody. Po jej lewej stronie rozsiadły się budynki sypialni miasta, a po prawej hale centrum handlowego. Przed nim było wejście do najruchliwszej stacji metra. Jeden potok ludzi spływał przez nie pod ziemię, a drugi wylewał się na chodnik i rozpływał w stronę marketów lub domów mieszkalnych.

W jednym z okolicznych budynków ukryty był strzelec wyborowy. Jego karabin leżał na stojaku, a on obserwował przez uchylone okno ruch na ulicy. Człowiek i broń czekali na ich czas.

– Jest! Na jedenastej, koło reklamy coca-coli. Idzie w twoją stronę z jakąś babą – usłyszał snajper w słuchawce głos obserwatora.

Skierował karabin we wskazanym kierunku i w celowniku zobaczył mężczyznę w obszernej kurtce i w białej mycce na głowie prowadzącego pod rękę kobietę w czadorze. Strzelec nie znał nazwiska tamtego człowieka ani nigdy nie widział jego fotografii. Wiedział tylko, że to jakiś terrorysta i nic więcej. Zresztą nie było takiej potrzeby, bo to przełożeni zawsze wybierali dla niego cele. Oni też określali czas i miejsce akcji. Nigdy nie wątpił w słuszność decyzji dowództwa, a koncentrował się tylko na wykonaniu rozkazu. Wyszkolono go tak, żeby traktował ludzi jak ruchome tarcze i strzelał, nie myśląc do kogo i dlaczego.

Tym razem, patrząc przez lunetę na idących chodnikiem dwoje ludzi, miał wątpliwości. Niby wyglądali jak wszystkie muzułmańskie pary, ale w ich zachowaniu było coś nienaturalnego. Jeszcze nie potrafił określić tego „coś”, ale pierwszy raz w życiu miał wrażenie, że wskazano mu niewłaściwy cel. Im dłużej patrzył, tym bardziej był tego pewny i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce.

– Odległość czterysta metrów, wiatr zero. Strzelaj – podpowiadał obserwator.


Czterysta metrów pocisk karabinowy pokonuje w około pół sekundy. W tym czasie człowiek może zrobić krok, schylić się lub upaść. Pocisk opadnie w stosunku do linii celowania prawie o metr, a lekki wiatr może odchylić jego tor nawet o ćwierć metra. To wszystko może się wydarzyć w pół sekundy, bo to jest bardzo długi czas.


Snajper nadal patrzył przez celownik i wahał się.

– Trzysta pięćdziesiąt metrów, wiatr zero. Wal, bo zaraz wejdą do metra – ponaglał obserwator.

Strzelec skorygował celownik, nacisnął spust i czekał na efekt strzału. Wydawało mu się, że czas stanął, aż w końcu zobaczył, jak... kobieta osuwa się na kolana, a potem pada na twarz, tworząc na chodniku małą kupkę okrytą czarną tkaniną.

– Pudło! Popraw! – krzyknął obserwator.

Na drugi strzał było już za późno, bo mężczyzna w mycce rzucił się do ucieczki. Biegł, roztrącając przechodniów i po chwili zniknął w wejściu do metra. Tymczasem koło zabitej zaczęli gromadzić się gapie. Stanęło też kilka aut powodując od razu wielki korek. Powstało zamieszanie, a potem dały się słyszeć syreny aut policyjnych próbujących dojechać na miejsce zdarzenia. Snajper w tym czasie spakował broń i opuścił budynek. Nie zamknął okna przez które strzelał, żeby ktoś przypadkowo tego nie zauważył. Był zawodowcem i takich błędów nie popełniał.

– Spudłowałeś i popatrz, co się narobiło! – rugał strzelca nazajutrz dowódca, rzucając na biurko plik gazet. – Czytaj!

Snajper wziął jedną z nich i zobaczył na pierwszej stronie zdjęcie kobiety leżącej na chodniku i wielki nagłówek informujący, że zabita miała pod ubraniem bombę i prawdopodobnie chciała ją zdetonować w metrze. Dalej żurnaliści zastanawiali się, kto ją zastrzelił. Podejrzewali różne służby, ale nie wykluczali też porachunków klanowych.

– Jak to się stało, że nie trafiłeś z niecałych czterystu metrów? Pijany byłeś, czy co? – krzyczał oficer.

– Ja... – wtrącił się żołnierz.

– Milczeć! – przerwał dowódca. – Nie interesuje mnie żadne „ja”. Miałeś rozkaz zabić faceta, a trafiłeś babę. Spieprzyłeś ważną robotę. Powinienem za to skuć ci pysk, ale durne, pseudohumanitarne przepisy mi tego zabraniają. Muszę się jednak zastanowić, co z tobą zrobić, bo po takiej wpadce długo na żadną akcję nie pójdziesz. Na razie przenoszę cię do kwatermistrzostwa. Zameldujesz się tam jutro rano. Odmaszerować!

Wyszedłszy z budynku dowództwa, żołnierz usiadł na murku, żeby ochłonąć. Jeszcze przed chwilą był dumny z tego, co zrobił wczoraj. Chciał powiedzieć dowódcy, że celowo strzelał do kobiety i wytłumaczyć dlaczego. Uważał, że postąpił słusznie i w cichości ducha liczył nawet na pochwałę. Tymczasem okazało się, że zawalił operację. Choć słowa: „nie trafiłeś z niecałych czterystu metrów” bardzo go ubodły, przełknął je potulnie i błogosławił moment, gdy oficer zabronił mu mówić. Mógłby się niepotrzebnie wygadać i wtedy nie skończyłoby się na wykopaniu do kwatermistrzostwa.

Z rozmyślań wyrwał go komunikat nadany przez głośniki – szef wzywał go ponownie do siebie. Zastał dowódcę uśmiechniętego i to go uspokoiło.

– Wiem już wszystko o wczorajszych wydarzeniach – rozpoczął oficer. – Wiem, że strzelałeś do kobiety. Powiedz mi tylko, skąd wiedziałeś, że to ona niosła bombę.

– Bo oni szli pod rękę – odpowiedział żołnierz.

– No i co z tego?

– A widział pan kiedyś Araba idącego po ulicy z kobietą pod rękę? Oni tak nie chodzą. U nich chłop zawsze idzie przodem. To wyglądało tak, jakby on ją trzymał, żeby mu nie uciekła. Zrozumiałem, że to kobieta niosła bombę i dlatego do niej strzeliłem – zakończył zadowolony z siebie strzelec.

Usłyszawszy to, oficer odwrócił się w stronę okna. Milczał długo, aż żołnierz zaczął się denerwować i owładnęły nim złe przeczucia. W końcu dowódca odezwał się tak nienaturalnie spokojnym głosem, że snajperowi aż ciarki przeszły po plecach:

– Sprytnie. Bardzo sprytnie. Tylko niesprytnie, że dałeś się tak łatwo podpuścić. Od początku czułem, że wczoraj nie spudłowałeś, bo czterysta metrów to dla ciebie pestka. Nie wiedziałem tylko, jak ci to udowodnić. Teraz sam się wygadałeś i tym samym przyznałeś do świadomego niewykonania rozkazu.

Mówiąc to, dowódca odwrócił się od okna i usiadł w fotelu. Potem wbił wzrok w oczy snajpera i kontynuował:

– Właściwie to nie jest twoja sprawa, ale powiem ci co spaprałeś. Otóż facet, który przez twoje wczorajsze myślenie zwiał, nazywa się Abu Sayed. To prawdopodobnie najlepszy łeb na świecie od produkcji bomb. Robi małe cacka o wielkiej sile rażenia, których nie wykrywają żadne urządzenia ani psy. Większość terrorystów używa jego zabawek. Z reguły w czasie wybuchów jest za siedmioma górami, ale czasem lubi zobaczyć z bliska efekt swojej pracy. Pół świata namierzało go od wielu miesięcy i w końcu dowiedzieliśmy się, że właśnie na wczoraj zaplanował sobie taki pokaz. Wiedzieliśmy gdzie i kiedy na niego czekać, oraz że będzie wśród przechodniów na ludnej ulicy. Chcieliśmy uniknąć przypadkowych ofiar i dlatego do strzału wytypowałem ciebie, bo jesteś najlepszy. Co z tego, że tamta kobieta niosła bombę? Jakbyś zdjął Abu Sayeda, to zamachu by też nie było, bo to on miał detonator. Teraz facet zadekuje się i możliwe, że go już nie znajdziemy, a bomby będzie nadal robił. Praca wielu ludzi poszła na marne, bo tobie zachciało się myśleć. Myślenie synku jest potrzebne na uniwersytecie, ale ty nie jesteś profesorem ani nawet studentem. Ty jesteś zwykłym cynglem. Nie masz myśleć, tylko celnie strzelać. Zrozumiano?

– Tak jest! – odpowiedział automatycznie snajper.

– Ale ja jestem dobry człowiek i dam ci okazję do myślenia, ale w pierdlu, gdzie zaraz trafisz za niewykonanie rozkazu.

Mówiąc to, oficer nacisnął guzik na telefonie i po chwili weszło dwóch uzbrojonych żandarmów.

– To był twój ostatni strzał w tej służbie – powiedział i skinieniem ręki kazał wyprowadzić aresztanta.



  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dla snajpera strzał z odległości 400 m do kobiety-terrorystki - to pestka. Tylko że... "kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie".

Fakt, że w tym rzemiośle nasz bohater-snajper nie zostaje zabity, a tylko posadzony za kratki, zakrawa na cud.

Męska, bez owijki i bez sentymentów narracja o świecie, który także w Unii (i w Polsce??) mamy już na wyciągnięcie ręki.

Pytanie do Autora: gdzie w realu - i kiedy -
miały miejsce opisywane wydarzenia?
avatar
Dziękuję Emilio za odwiedziny i komentarz.
Zdarzenie to miało miejsce tylko w mojej głowie.
Pozdrawiam.
avatar
Marianie, moje uznanie. Napisałeś dobre opowiadanie i to, wg mnie, bezbłędnie w zapisie.
Co realności epilogu - szefostwo służb specjalnych różnie postępuje w takim przypadku. Tak, jak napisałeś - również, chociaż tylko domniemywam.
avatar
Dzięki Hardy za odwiedziny i miły komentarz.
Tak sobie pomyślałem:"A co mi tam. Spróbuje napisać coś z gatunku action".
Męczyłem się z tym długo i dlatego cieszą mnie wszystkie pochwały.
© 2010-2016 by Creative Media
×