Przejdź do komentarzyMÓW MI KOTKU
Tekst 11 z 40 ze zbioru: Inne opowiadania
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2015-02-09
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1363


MÓW MI KOTKU


Świat oglądany oczami cztero- czy pięcioletniego dziecka wydaje się niezwykle frapujący ale dorośli rzadko potrafią go zrozumieć – chyba, że zacznie w tę sprawę wnikać dobry psycholog...

Musi jednak zaistnieć poważna okoliczność, by dobry psycholog chciał łamać sobie głowę myśleniem jakiegoś malucha. Moim szczęściem czy też nieszczęściem było to, że otoczono mnie dyskretną opieką w wieku, gdy dopiero zaczynałam cokolwiek pojmować. Powiem więcej – poddana zostałam fachowej psychoanalizie, z której wyciągnięto wnioski i zastosowano je do..... Właśnie..... Do czego je zastosowano?...


Jak każde dziecko, uwielbiałam bajki. Sama nie umiałam jeszcze czytać. Telewizja wtedy nie istniała... Chociaż, nie... Telewizja w naszym kraju stawiała wówczas pierwsze kroki – była moją rówieśniczką. W prywatnych domach pojawiła się, gdy miałam już dziesięć lat – a może trochę wcześniej... W każdym razie, w tamtych czasach do opowiadania bajek potrzebna była dorosła osoba – taka, która chętnie coś przeczyta lub sama wymyśli. Gdyby nie obecność radia w domu, można by pomyśleć, że rzecz dzieje się w XIX wieku.

Bajki stanowiły dla mnie miksturę stosowaną na porost własnych fantazji i do budowania wyobrażeń o otaczającym mnie świecie. Najładniejsze historie rozgrywały się w wytwornych pałacowych wnętrzach, w przepychu stylowych mebli, barwnych strojów, hucznych zabaw przy suto zastawionych stołach i kończyły się szczęśliwym mariażem zakochanej młodej pary. Aby bajka nie była tuzinkowa i nie składała się z samych opisów różnych dekoracji, koniecznie zaistnieć musiała w niej budząca grozę intryga, która groziła zburzeniem doskonałej harmonii.

Gdybym chodziła do przedszkola lub była dzieckiem nauczycieli, pewnie te arystokratyczne fantazje zostałyby wzięte w cugle, jako niezdrowa fascynacja upadłą klasą arystokracji czy burżuazji. W domu nikt mnie nie zmuszał do myślenia w


kategoriach klas społecznych, toteż mogłam snuć swoje fantazje do woli. Nagromadzona przez ojca duża ilość reprodukcji malarstwa z różnych epok podsycała je.

Kontrast między rzeczywistością a światem ulubionych bajek był ogromny. Nasze mieszkanie w niczym nie przypominało pałacowych wnętrz, nawet gdyby miał być to

zrujnowany pałac. Szczerze mówiąc, było, jak to się mówi, nieustawne – nawet

doświadczonemu dekoratorowi mogło sprawić poważny kłopot, gdyby zechciał je urządzić w jakimkolwiek stylu. Ten fakt odkryłam jednak znacznie później.

Było w nim też sporo kompromitujących przedmiotów, które powinny albo znaleźć się na śmietniku, albo przynajmniej zostać poddane jakiejś renowacji. Obiekt szczególnie złośliwych kpin wszystkich krewnych stanowiła dziadkowa otomana – mebel z szarym, wytartym obiciem i ciężki. Dziadek nie chciał z nią rozstać się. Przy okazji zjazdów rodzinnych, gdy wieczór dobiegał końca, ku ogólnej radości dobitnie wygłaszał zdanie, które zawsze brzmiało tak samo: „Nu.., trzeba posłać atamanu”. Obeznanym z literaturą krewnym kojarzyło się to pewnie z powieścią Sienkiewicza „Ogniem i mieczem”.

W wieku przedszkolnym wolałam dopatrywać się podobieństw między światem moich wyobrażeń a rzeczywistym. Wbrew pozorom nie było to głupie. Zdarzyło mi się po latach odkryć, że budynek, który w dzieciństwie wzięłam za proste, solidne wiejskie budownictwo, po remoncie okazał się całkiem zgrabnym dworem. Już wtedy zastanawiał mnie ogromny trawnik przed nim. Był zapuszczony, porośnięty chwastami ale po bokach miał szerokie, ubite drogi dojazdowe i podjazd przed gankiem. Bez trudu mogłam wyobrazić sobie zajeżdżającą przed budynek karetę lub powóz. Nie wiedziałam tylko po co miałby ktoś zajeżdżać karetą czy powozem właśnie tutaj? A jednak miałam rację.., ale mniejsza z tym.

Wracając do podobieństw - były w naszym mało wytwornym mieszkaniu przedmioty, na które można natknąć się również w pałacu – większe lub mniejsze ale zawsze działające na wyobraźnię. Mógł być to stary, ozdobny guzik lub dziwnie oprawiona książka, marmurowe kałamarze z podstawką i suszką, serwetka z jedwabnym ręcznym haftem czy stare, w kształcie fotela sanki w piwnicy, poczerniałe złote ramki do obrazów, notes, jakich już nie robią - w lakierowanej okładce z kilkoma

wykaligrafowanymi adresami, męska koszula nocna z granatowym haftem, ręcznik z

długim, ostrym włosem i monogramem, czerwone laski laku do pieczętowania,

spłacony weksel i inne dokumenty, w których nie wolno mi było grzebać, srebrny

grzebień do włosów, parę szklanek z bardzo cienkiego szkła z pięknie wyciętym motywem roślinnym, wąskie, długie noże przypominające starą chińską broń – stępione już i niegroźne, oraz szereg innych drobiazgów.

Najchętniej bawiłam się kolorowymi cekinami, które miały być naszyte na sylwestrową suknię mojej matki. Krawcowa użyła ich z umiarem, toteż został spory zapas i mogłam układać z nich orientalne wzory przyklejając na zapoconej szybie okna. Wyobrażałam sobie przy tym wspaniałe karnawałowe toalety.

Skoro były już te drobiazgi, należało przypuszczać, że w końcu znajdzie się jakiś pałac, w którym można będzie je umieścić. Trudno powiedzieć skąd miałby się wziąć, lecz świat jest pełen tajemnic, więc i tę sprawę należało potraktować jako enigmę, która kiedyś znajdzie swoje rozwiązanie.

Tajemnica była nieodłącznym elementem życia. To się czuło. Dorośli zdecydowanie mieli swoje tajemnice. Przy tym udawali, że takowych nie posiadają. Zauważyć można było jednak ich sztuczną swobodę w kontaktach z osobami postronnymi, co świadczyło, że ukrywają coś. Uważałam, że jestem za mała i za głupia, żeby w to wnikać – po prostu ciamcia-ramcia.

Sugerując się bajkami byłam głęboko przekonana, iż odsłonięcie tajemnicy zmierza do błogosławionego rozwiązania problemu. Nawet do głowy mi nie przyszło, że są rzeczy, o których lepiej nie wiedzieć.

Zdarzyło się tak, że przeczytano mi bajkę, która wywarła na mnie szczególne wrażenie. Być może sprawiły to również okoliczności tej lektury. Bawiliśmy wówczas z wizytą u rodziny mojego ojca. Dom wydawał mi się obcy i ekscentryczny a nieznane miasto nie do ogarnięcia. Była ciepła jesień i można było siedzieć na balkonie, z którego roztaczał się widok na ogród w dole oraz na ścianę lasu za nim.


Liściasty las przybrał o tej porze roku rdzawe kolory z domieszką zgniło-żóltej zieleni. Taki właśnie kolor miała okładka książki, którą nabyto w jakiejś księgarni w

mieście. W środku znajdowało się parę ładnych rysunków ale na zewnątrz okładka nie wyglądała zbyt atrakcyjnie – po prostu przybrudzona tektura. Widać było, że książka musiała zalegać gdzieś na półkach w magazynie. Nic więc dziwnego, że gdy wyjeżdżaliśmy, nie wpadła nikomu w oko i została w tamtym domu. Bardzo nad tym desperowałam. Dlatego starałam się jak najdokładniej odtwarzać sobie w pamięci raz przeczytaną historię. Toteż zdziwiłam się, gdy jako dorosła osoba próbowałam do niej wrócić. Okazało się bowiem, że ma ona różne wersje, które odbiegają od tej zapamiętanej przeze mnie. Baśń została po raz pierwszy wydana w 1816 roku w Berlinie. Jej polskie tłumaczenie ukazało się w roku 1906. Wydawca popełnił jednak błąd i przypisał autorstwo baśni Aleksandrowi Dumasowi, ponieważ książka tłumaczona była z języka francuskiego. Tłumaczka tekstu Wanda Młodnicka nadała bohaterom dziwne nazwiska, pozmieniała imiona i umieściła akcję w nieznanym mieście. Drzeworytów francuskiego ilustratora i karykaturzysty Bertalla, które ją zdobiły, nigdy nie widziałam.

Dla mnie tekstem kanonicznym stało się tłumaczenie Józefa Kramsztyka z 1927 roku. Na nim oparte jest najbardziej znane wydanie, drukowane przez wydawnictwo Nasza Księgarnia, opracowane przez Krystynę Kuliczkowską i ilustrowane w 1950 roku przez Jana Marcina Szancera. Chodzi o bajkę E.T. A. Hoffmanna „Dziadek do orzechów”.

Historia spełniała wszystkie moje oczekiwania chociaż miejscem zdarzeń nie był

pałac. Okazało się wówczas, że mieszczańska kamienica może być w równym stopniu piękna i niezwykła. Szczególnego uroku dodawały bajce Święta Bożego Narodzenia, w czasie których rozgrywała się jej akcja. Było w niej wiele przekonujących elementów – ustrojona choinka, rodzina, goście, uroczysty nastrój, prezenty, oszklona szafa a nawet myszy... Działo się też w tej historii szereg bulwersujących rzeczy - niektóre tak infernalne, że doprowadzały główną bohaterkę Klarę do omdleń. Mnie jednak najbardziej zafascynowała postać ojca chrzestnego –


sędziego Droselmajera, zegarmistrza i wynalazcy. Potrafił konstruować kunsztowne mechaniczne zabawki – takie, o jakich zawsze marzyłam. Dzieci, Fred i Klara dostały

od niego tego roku pod choinkę zamek, w którym poruszały się marionetki widoczne w okiennych witrynach.

Długo zastanawiałam się nad duchowym wizerunkiem ojca chrzestnego. Według mnie był postacią mroczną. Miał swoje pozytywne strony – jako przyjaciel radcy

Stahlbauma, ojca Klary i Freda często bywał u nich w domu. Manifestował swoją troskę o dzieci i obdarowywał je prezentami. Z drugiej jednak strony – lekceważył Dziadka do Orzechów, straszył Klarę siedząc w nocy na zegarze i zasłaniając połami płaszcza jego tarczę, gdy myszy szykowały się do batalii, a na dodatek kłamał, wypierał się wszystkiego, podczas kiedy Klara próbowała wyjaśnić swoje problemy rodzicom. Położenie dziewczynki stawało się coraz trudniejsze, ponieważ Król Myszy zaczął ją szantażować. Pojawiał się w nocy, groził i domagał się od niej okupu. Klara spodziewała się utraty wszystkiego, co było dla niej cenne. Jej rodzice również zauważyli, że po domu grasują myszy ale nie potrafili uporać się z tym – zastawione pułapki nic nie dawały. Wybawił dziewczynkę z opresji Dziadek do Orzechów - rozprawił się z arcyłotrem i oddał Klarze jego siedem koron, do których natychmiast przyznał się ojciec chrzestny, twierdząc, że to dawny prezent od niego.

Wyprawę do krainy słodyczy potraktowałam jako odrębną historię. Natychmiast po powrocie z wizyty u krewnych mojego ojca postanowiłam sprawdzić czy można przez szafę ubraniową przemieścić się w jakieś ciekawe nieznane miejsce? Wątpliwości budził tylko rękaw płaszcza. Pomyślałam jednak, że może po wejściu do szafy otworzą się przede mną jakieś nowe perspektywy i rękaw okaże się na tyle szeroki, by przez niego przejść. Najlepiej nadawała się do tego szafa moich rodziców – nowa, masywna, stabilna i jeszcze nie wypchana nadmiarem ubrań. Gdy zastanawiałam się nad tym konceptem, przyszedł akurat Tadek – mój kolega z sąsiedztwa. Był to piegowaty blondynek w tym samym wieku co ja. Tadek często nosił białą trykotową koszulkę w poprzeczne niebieskie paski. Miał ciotkę czy jakąś kuzynkę, która wyjeżdżała służbowo do Czechosłowacji i stamtąd przywiozła mu to


cudo. U nas takich trykotów nie można było kupić. Z powodu koszulki mój ojciec mówił na Tadka Marynarz. Najwyraźniej bawiło go pochodzenie tej części garderoby.

Tadek podobnie jak ja, był wielkim amatorem bajek. To nas łączyło. Z uwagą wysłuchał opowiedzianej przeze mnie historii o wyprawie do krainy słodyczy i zgodził się uczestniczyć w takiej wyprawie. Babcia zajęta w kuchni nie zwracała na nas uwagi.

Był jednak problem w postaci drugiej babci – matki mojego ojca – która przyjechała razem z nami i drzemała teraz w pokoju, gdzie stała szafa rodziców.

Sędziwa staruszka nie miała powodów, by spieszyć się ze wstawaniem. W pokoju, na tacy czekało na nią przygotowane śniadanie.

Dyskretnie zajrzeliśmy z Tadkiem do niej przez uchylone drzwi. Spała.

Moją uwagę przykuły leżące na tacy dwa jajka na twardo. Wykalkulowałam, że warto by je zabrać ze sobą do szafy, bo nigdzie nie jest powiedziane, że uda nam się dostać do krainy słodyczy a na pociechę zawsze można coś innego przekąsić.

Obydwoje na czworaka wpełzliśmy do pokoju. Capnęłam ze stołu jajka. Dałam jedno Tadkowi, po czym przesunęliśmy się w stronę szafy. Była nowa, więc nawet nie zaskrzypiała, gdy otworzyliśmy jej drzwi. Na wieszakach wisiała garderoba – znalazł się nawet jakiś płaszcz – ale dno było puste. Ulokowaliśmy się tam po obu bokach podciągając kolana pod brodę. Wychyliłam się i zatrzasnęłam drzwi po stronie Tadka. Swoje przyciągnęłam za krawat wiszący na umocowanej na nich listwie. Zapadła ciemność. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Nic się nie działo. Rękawy płaszcza wisiały bezwładnie i nie zmieniały swoich rozmiarów.

I co? - spytał Tadek.

Nie wiem... - powiedziałam. - Nie ma jeszcze świąt Bożego Narodzenia... Może zjedzmy jajka...

Tadkowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać – zawsze miał dobry apetyt. Zaczęliśmy tłuc ich skorupki o dno szafy i beztrosko rozrzucać je gdzie popadło. Później chichocząc zabraliśmy się do konsumpcji.

Hałasy dobiegające z szafy obudziły babcię. Pierwsze co zauważyła, to brak jajek na


tacy ze śniadaniem. Było jednak już za późno, by oddać je – właśnie przełykaliśmy ostatnie kęsy. Zrobiło się straszne zamieszanie. Z kuchni nadbiegła pierwsza babcia i

zaczęła nas lokalizować. Musieliśmy ujawnić się. Tadek za karę natychmiast odprawiony został do swojego mieszkania. Odszedł nonszalancko, z rękami w kieszeniach, kiwając na boki głową. Mi obiecano, że będę tłumaczyć się przed ojcem, jak tylko wróci z pracy.

Perspektywa zapowiedzianego przesłuchania zepsuła mój humor na całe

przedpołudnie. Nie lubiłam poważnych rozmów z ojcem. Nie dawał się zbyć byle czym. Metoda uporczywego milczenia była nieskuteczna – cierpliwie czekał.

Domagał się logicznych i poprawnie sformułowanych wyjaśnień. Nie można było coś bąkać, odpowiadać jednym słowem, używać żargonu i kolokwializmów. Już sam taki wywiad był wystarczającą karą. Całe przedpołudnie przygotowywałam się do tej wymiany zdań. Może dlatego przebiegła ona w atmosferze wzajemnego zrozumienia. Ojciec sprawiał wrażenie osoby bardziej zainteresowanej niż rozgniewanej. Wspomniał nawet coś o zimie i o zbliżającej się Gwiazdce. Gwiazdką nazywał święta Bożego Narodzenia. Na koniec dostałam surowy zakaz wchodzenia do szafy.

Drugą osobą z bajki, na której skupiła się moja uwaga był Dziadek do Orzechów. Długo zastanawiałam się czy złe czary mogą zmienić człowieka w lalkę?... Wydawało się, że jest to mało prawdopodobne. Trudno mi było pojąć kim właściwie był Dziadek do Orzechów?... Jego dziwne metamorfozy wywoływały dezorientację a nawet grozę. To wrażenie łagodziło szczęśliwe zakończenie bajki, ponieważ Klara w efekcie została narzeczoną młodzieńca, z którego zdjęto zły czar.

Nie wiem dlaczego ale miałam przeczucie, że najbliższe święta Bożego Narodzenia przyniosą coś niezwykłego i wszystko będzie jak w bajce.

Na razie była jednak jesień a czas płynął bardzo wolno. Matka ojca odjechała do swojego domu, my tymczasem zaczęliśmy przygotowywać się do zimy. Wiązało się z tym szereg prac domowych, przy których asystowałam. Było więc gotowanie konfitur, suszenie grzybów, kiszenie kapusty, zakupienie zapasu ziemniaków, jabłek i miodu, sprowadzenie węgla, piłowanie drewna na podwórzu i wietrzenie zimowej


garderoby wydzielającej nieprzyjemny zapach naftaliny. Trzeba było też wyprać jak najwięcej pościeli, dopóki dało się wysuszyć ją na dworze. Strych podzielony był

metalową siatką na niewygodne komórki - nie wiele można było tu powiesić.

Lubiłam chodzić na poddasze, ponieważ miało wygląd tajemniczego lamusa. Można było rzucić okiem na stare sprzęty. Niektórych z nich nie powstydziłoby się nawet

muzeum. W naszej komórce stał ogromny, wiklinowy kosz na brudną bieliznę.

Widziałam taki później w filmowej wersji komedii Szekspira „Wesołe kumoszki z

Windsoru” - służył do wyniesienia Sir Johna Falstaffa. Wtedy jednak nie kojarzyłam tego przedmiotu z szekspirowską komedią. Skłamałabym mówiąc, iż widząc go myślałam o wynoszeniu z tego domu jakiejś osoby w wiklinowym koszu - chociaż znawcy teatru twierdzą, że skoro w sztuce wisi na ścianie strzelba, to w którymś akcie musi ona wystrzelić.

Wreszcie spadł pierwszy śnieg, co stało się dla mnie sygnałem, że niebawem będą święta. Zima tego roku była mroźna. Nie przypominam sobie jakichś roztopów. Często chodziłam z dziadkiem i z rodzicami na sanki. W mieście czy poza miastem nie brakowało różnych pagórków i górek. Niektóre nasze wyprawy były dość dalekie. Nie odczuwałam ich uciążliwości, ponieważ przeważnie byłam wożona. Nikt nie czyścił chodników ani jezdni i śnieg zalegał na nich grubą warstwą. Na ulicach poza centrum miasta widywało się wiejskie sanie ciągnięte przez konie. Gdy nadjeżdżały, już z daleka słychać było dźwięk dzwoneczków umocowanych do uprzęży. Po powrocie do domu najchętniej zasiadałam do rysowania. Pomimo tych atrakcji, moje myśli ciągle zaprzątał Dziadek do Orzechów.

I nagle rzeczywistość zaczęła przybierać wymarzone kształty. W domu dokładnie umyto i wypastowano podłogi, na oknach powieszono wykrochmalone koronkowe firanki a po zakończeniu tych porządków ustawiono dwie choinki. Jak już wspomniałam, nasze mieszkanie wymagało szczególnych zabiegów, by stworzyć w nim wrażenie zadbania, przytulności czy świątecznej atmosfery. Mała choinka stanęła w pokoju dziadków. Pozwolono mi uczestniczyć w jej dekorowaniu. Wcześniej kleiłyśmy z babcią papierowy łańcuch. Babcia miała prawdziwy talent do robienia


ozdób z papieru i z materiału. Uformowane przez nią kwiaty do złudzenia przypominały prawdziwe – zwłaszcza róże i goździki. Praca przy robieniu łańcucha nie była trudna, więc mogłam pomagać.

Dużą choinkę w części mieszkania zajmowanej przez rodziców ubierał ojciec. W tym

celu kupił kilka pudełek nowych bombek. Gdy wszystko było już gotowe, zaczęły się prace kuchenne – pieczenie mięsa, wypiekanie pierników, babek drożdżowych, bułek

z mięsem i pączków.

W przeddzień wigilii przyjechała rodzina z Warszawy – brat mojej matki czyli wujek,

z córką oraz z żoną. W domu zrobiło się tłoczno i gwarno. Mężczyźni rozsiedli się w pokojach a kobiety poszły do kuchni pomagać babci, która wzięła w swoje ręce

przygotowanie świątecznych potraw.

Moja kuzynka miała już czternaście lat. Wydawała mi się bardzo dorosła i samodzielna. Mimo tego można było bawić się z nią i to całkiem ciekawie. Potrafiła bardzo ładnie rysować, szyć ubranka dla lalek, robić szmaciane zabawki, ładnie czytać na głos i grać w Chińczyka. Była posiadaczką różnych ciekawych przedmiotów, które pozwalała mi taksować wzrokiem. Najbardziej interesujący wydawał się jej pamiętnik z rysunkami – wpisali się tam wszyscy krewni.

Natychmiast, gdy tylko przysiadła na taborecie w kuchni, zaczęłam opowiadać jej o największej atrakcji naszego miasta. Był nią kominiarz. Najprawdopodobniej brało to początek od Dziadka do Orzechów ale ja nie kojarzyłam sobie wtedy wprost tych dwóch rzeczy.

Kominiarz był sporą drewnianą lalką ustawioną na wystawie sklepu ze słodyczami firmy Wedel naprzeciwko teatru, w centrum miasta. Stał wśród czekolad, słojów z cukierkami w błyszczących papierkach i pudełkami bombonierek. Był lalką mechaniczną. Miał ruchome czarne oczy, którymi spoglądał raz w prawo, raz w lewo. Po paru takich spojrzeniach pochylał głowę w dół – jakby w ukłonie. Zaproponowałam kuzynce, by pójść pod sklep nazajutrz rano i odwiedzić kominiarza. Mama zgodziła się na to, pod warunkiem, że wcześnie wstaniemy, bo przecież to wigilia.


Kominiarz budził we mnie leciutkie uczucie zażenowania. Ożywiał w pamięci wspomnienie sprowokowanej przeze mnie niezręcznej sytuacji. Zdarzyło się to

chyba jesienią. Byłam wtedy w domu tylko z babcią, która coś szyła na maszynie. Mama wyszła na chwilę po zakupy. Gdy rozległo się pukanie do drzwi, sądziłam, że wraca. Pobiegłam otworzyć. Zamiast jednak, jak było to w zwyczaju, spytać przed otwarciem drzwi: kto tam?.., postanowiłam użyć mniej konwencjonalnego zwrotu, by sprawić jej przyjemność.

Czy to ty, kotku?! - zwołałam.

Za drzwiami panowało głuche milczenie. Nie przejmując się tym, otworzyłam.

Przede mną stał, ni mniej, ni więcej – tylko kominiarz. Był cały czarny, w cylindrze na głowie a w ręku trzymał jakiś bloczek z kwitami czy zeszyt... W milczeniu i bez uśmiechu przypatrywał mi się.

Babciu! Kominiarz! - wrzasnęłam i uciekłam.

Babcia wstała od maszyny i wyszła na przedpokój a ja zawstydzona swoim zbzikowanym odezwaniem się ukryłam się w najdalszym kącie mieszkania. Nie mogłam pojąć – jakie licho skłoniło mnie do nagłej zmiany ogólnie przyjętych zasad przy otwieraniu drzwi? Na dodatek, to zachowanie było później komentowane w rodzinie jako wyraz mojej miłości do kominiarza.

Wracając jednak do wigilii - rzeczywiście, następnego dnia rano wybraliśmy się na krótki spacer do miasta. Razem z nami poszedł ojciec. Kupiliśmy słodycze w sklepie Wedla i przypatrzyliśmy się drewnianej lalce.

W święta pójdziemy oglądać szopki w kościołach – powiedział ojciec. - Dziś już mogę zdradzić wam tajemnicę: jedna z nich będzie ruchoma.

Informacja o kolejnych mechanicznych zabawkach zrobiła na mnie wrażenie.

A więc z tym Dziadkiem do Orzechów to prawda... – pomyślałam.

To spostrzeżenie wprawiło mnie w doskonały nastrój. Było to uczucie entuzjastycznego oczekiwania. O myszach nie myślałam. Widywałam je czasami ale tylko pojedyncze egzemplarze. Zastanawiałam się raczej nad tym czy ktoś nie poprosi mnie o rękę?.. Tak przecież kończyła się historia Dziadka do Orzechów.


Najbardziej na narzeczonego pasował mi Tadek. Lecz Tadek święta spędzał u siebie w domu i należało spodziewać się, że pojawi się dopiero, gdy wszystko się skończy –

a więc za późno. Poza tym, nie sprawiał wrażenia chłopca zmienionego przez złe

czary – był normalny.

Wigilia przebiegła w kordialnej rodzinnej atmosferze. Z niecierpliwością czekałam na prezenty. Przy okazji tych świąt odkryłam, że św. Mikołaj nie istnieje chociaż dorośli utrzymywali, że rozminęłam się z nim, gdy wyszłam do pokoju dziadków. Prezenty pod choinką były natomiast wspaniałe.

Najmniej ucieszyła mnie książka – co prawda, ładnie wydana i z kolorowymi

ilustracjami ale z wyeksponowanym ponurym tekstem wierszowanej bajki Józefa Ignacego Kraszewskiego „Dziad i baba”. Być może niektórym ten utwór wydawał się zabawny ale mi – nie.

Znacznie ciekawsza okazała się tekturowa szopka rozkładana jak książka. Ustawiały się w niej wycięte figurki co przypominało scenę w teatrze. Tło do szopki stanowiły malownicze kamieniczki o dachach pokrytych śniegiem i o kolorowych okienkach z przezroczystej folii. Na odwrocie szopki znajdowały się nuty z tekstem. Nie umiałam jeszcze czytać ale pismo wydawało się obce i jakieś dostojne. Ciocia wyjaśniła, że jest to kolęda zapisana ozdobną czcionką po niemiecku i ma tytuł „Stille Nacht”.

Trzeci prezent był zabawny. Dostałam drewnianą skarbonkę. Miała kształt okrągłego bębenka przyśrubowanego do podstawki. Przedstawiała fizjonomię cyrkowego błazna. Pieniądze wrzucało się do niej przez czarny kapelusz w kształcie toczka, umieszczony na czubku głowy.

Najpiękniejsza była nowa lalka. Nigdy wcześniej takiej nie widziałam. Dosyć duża, z czarnymi lokami i czarnymi oczami, które zamykała, gdy kładło się ją. Mówiła przy tym słowo „mama”. Miała na sobie zimowe ubranko – beżowy płaszczyk i taki sam baskijski beret z białym, futrzanym pomponem a na nogach brązowe buciki. Jej twarz o ładnych rysach była jasna. Wydawała mi się tak piękna, że nie miałam odwagi bawić się nią. Zastanawiałam się – kto z dorosłych obdarował mnie takim upominkiem?.. Lalka musiał sporo kosztować... Tylko ojca stać było na taki gest... A


może kupił ją ktoś inny?...

Moje medytacje przerwał wujek pytaniem: jakie imię jej dam ?

Bez chwili wahania powiedziałam: Beata. Wszyscy ucieszyli się i zaczęli komplementować urodę Beatki. Te zachwyty przerwał ojciec.

Dzisiaj musisz dobrze wyspać się – zwrócił się do mnie – bo jutro wieczorem przyjedzie twój brat przyrodni i wszyscy pójdziemy z wizytą do ojca chrzestnego.

Wzmianka o ojcu chrzestnym zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Gdyby ojciec powiedział, że pójdziemy z wizytą, nie przejęłabym się tym. Powiedział jednak: z

wizytą do ojca chrzestnego... Od razu stanęła mi przed oczami ilustracja Szancera do

bajki „Dziadek do Orzechów”. Był to ojciec chrzestny Droselmajer siedzący na

ściennym zegarze z rozwianymi połami płaszcza. Wyglądał jak jeździec na rozpędzonym koniu. Koń ten zamiast głowy miał tarczę zegara. Na dodatek w pokoju zgaszono światło i zapalono kilka świeczek na choince. W tym półmroku śmiertelnicy byli ledwie widoczni. Zaczęły się kolędy - na początek „Wśród nocnej ciszy...” a później inne. Śpiewali wszyscy.

Moje fantazje, tymczasem posuwały się dalej. Nasz dom mieścił się poza centrum miasta i chociaż nie było to odludzie, to jednak okna na jego tyłach wychodziły na rzadko zabudowaną przestrzeń i ruiny, za którymi majaczyła na horyzoncie ciemna ściana lasu. Słyszałam kiedyś jak ojciec wskazując ruchem głowy okno dyskretnie poinformował wujka: czasami słychać wycie. Nic więc dziwnego, że widok ten w nocy budził we mnie tylko jedno skojarzenie – wilki. Moja wyobraźnia zaczęła teraz układać to w jakąś okropną historię, w której wygłodniałe wilki były groźniejsze niż myszy. Gdyby nie zakończyła wieczoru zabawa zimnymi ogniami, pewnie nie mogłabym usnąć.

Ojciec chrzestny mieszkał w centrum miasta, w miejscu dość szczególnym. Powiem tylko tyle, że budynek był zabytkiem w stylu barokowym i ze względu na jego wartość architektoniczną właśnie poddano go pieczołowitej renowacji. W efekcie tych zabiegów mieszkanie sprawiało wrażenie bardzo nowoczesnej rezydencji –


jasna, duża przestrzeń urządzona w sposób prosty i harmonijny. Gdy dotarliśmy na miejsce, zastaliśmy wszystkich zebranych w dużym salonie. Syn gospodarza domu,

w wieku mojej kuzynki a może trochę starszy od niej, grał w szachy z jakimś młodzieńcem. Mój przyrodni brat był jego rówieśnikiem. Natychmiast dosiadł się do graczy, dając mnie i kuzynce do zrozumienia, że nie będzie zajmował się nami. Pomyślałam o „Dziadku do Orzechów” i o Fredzie - też bywał złośliwy i niegrzeczny wobec Klary. W tych okolicznościach postanowiłam nie zawracać głowy szachistom i ignorować ich. Zresztą, śmiałość nie była moją mocną stroną – towarzystwo dużej ilości dorosłych osób krępowało mnie.

Na szczęście była jeszcze córka gospodarza domu – niewiele starsza ode mnie. Zabrała mnie i kuzynkę do swojego pokoju, żebyśmy się tam rozlokowały. Nietypowa przestrzeń tego mieszkania sprawiała, że nie byłyśmy odizolowane od reszty zebranych.

Mały pokoik mieścił się na pięterku. Po kilku stopniach schodziło się w dół na obszerny kwadratowy hol, gdzie w bocznej ścianie znajdowała się śliczna nisza. Z kolei, z holu prowadziły stopnie jeszcze niżej, do salonu i do położonego naprzeciwko niego przedpokoju. Wszystko pootwierane były na oścież, jakby nie istniały w tym domu drzwi.

Na pięterko przyniesiono nam różne smakołyki. Od razu też zaczęło się oglądanie skarbów właścicielki pokoju. Moją kuzynkę interesowały różne rzeczy, do których ja jeszcze nie dorosłam. Znalazł się w tym wszystkim przedmiot i dla mnie. Była to żabka. Na dodatek inna, niż tania zabawka, którą znałam - czyli gumowa, nadmuchiwana z tyłu gruszką i skacząca na poduszce wypełnianej powietrzem. Ta żabka była mała i metalowa. Wyglądała jak damski klips. Podobnie jak klips, zatrzaskiwało się ją i stawiało na blacie stołu. Po upływie niezbyt długiego czasu klips nagle otwierał się pod naciskiem sprężynki a żabka skakała w górę. Doskonale nadawała się do straszenia tych, którzy nie znali takiego gadżetu. Można ją było komuś ukradkiem podłożyć. Inna sprawa, że uderzenie żabką było chyba bolesne. Nie udało nam się zrobić takiego dowcipu, ponieważ moje piski na widok skaczącej


żabki zwabiły na pięterko męskie towarzystwo, które przyszło obejrzeć ten oryginalny przedmiot.

Od tego momentu zabawa rozkręciła się na dobre. Ktoś zaproponował, żeby pobawić

się w chowanego. Przyłączył się do nas syn gospodarza domu i młodzieniec, który

grał z nim w szachy. Mój brat był ponad takie infantylne rozrywki. Siedział z dorosłymi.

Nie wiem czy próbowano chować się w salonie... Ja ograniczyłam swoją aktywność do małego pokoju i holu. Szczególną przyjemność sprawiało mi wciskanie się do niszy. Podejrzewałam, że tylko przez uprzejmość inni nie mogą mnie znaleźć. Mimo to, byłam bardzo podekscytowana. Dziadek do Orzechów na chwilę odszedł w niepamięć.

Największą atrakcję wieczoru stanowiła zabawa w ciuciubabkę zwana przez niektórych zabawą w ślepą babkę. Teraz było już chyba siedem osób. Przyszła moja matka i pan domu. Najwygodniejszym miejscem okazał się hol. Nie było tu żadnych sprzętów a krąg osób ze względu na ograniczoną przestrzeń musiał się ścieśnić.

Ta stara zabawa sprowadzała się do chwytania przez osobę z zawiązanymi oczami pozostałych, którzy starali się umknąć. Złapanie wiązało się z zamianą ról.

Nie chciałam zostać ciuciubabką, ponieważ nie miałam tyle sprytu i odwagi co inni – byłam najmłodsza. Traciłam rezon na myśl, że muszę chwycić w objęcia jakąś obcą osobę. Niestety, po wielu próbach zostałam również upolowana. Zawiązano mi oczy i po omacku zaczęłam szukać kogoś w zasięgu ręki. Słyszałam śmiechy, szepty, nawoływania, szuranie stóp ale nie mogłam nikogo dotknąć. Pokładałam nadzieję w mojej kuzynce - może zlituje się nade mną, potraktuje ulgowo i dać się złapać... Bardzo chciałam, żeby to była ona. Niestety, unikała mnie bezwzględnie. Wreszcie udało się. Trzymałam kogoś mocno ale nie była to kobieta. Gdy odsłonięto mi oczy, ze zdziwieniem przekonałam się, że trzymam młodzieńca, który grał w szachy z synem gospodarza domu. Uśmiechał się do mnie i coś mówił. Wtedy właśnie, patrząc na niego z dołu zauważyłam, że jest podobny do Dziadka do Orzechów z rysunku na okładce zapomnianej książki – chudy, wysoki, o ostrych rysach twarzy. Dzisiaj


powiedziałabym, że miał wygląd egzystencjalisty. Znowu poczułam się zażenowana – tak jak wówczas, gdy zawołałam do kominiarza „kotku”. Młodzieniec puścił mnie,

ponieważ też mnie trzymał. Zabawa skończyła się na tym. Zeszliśmy wszyscy na dół, do salonu, by ochłonąć, coś zjeść i posiedzieć przy wspólnym stole. Przestałam zastanawiać się nad młodzieńcem, ponieważ mój brat zaczął złośliwie, w przemądrzały sposób, w obecności wszystkich przekomarzać się z moją kuzynką. Była elokwentna i potrafiła odpowiednio potraktować jego zaczepki. Dorosłych bawiła ta sytuacja. Na szczęście mnie zostawił w spokoju.

Wieczór dobiegł końca. Zaczęliśmy zbierać się do wyjścia. Gdy rodzice pomagali mi ubierać się, stwierdziłam nagle, że buty są na mnie za duże. Mój brat miał jakiś przebiegły wyraz twarzy – uśmiechał się krzywo i w milczeniu przypatrywał się rozwojowi sytuacji. Ojciec dość szybko odkrył, że wzięłam buty córki gospodarza

domu, które były identyczne, tylko o numer czy dwa większe – białe śniegowce. Znowu zrobiło się zamieszanie i towarzyszące mu śmichy-chichy. Domyśliłam się, że mój złośliwy brat musiał coś poprzestawiać.

Tamte święta po brzegi wypełnione były mnóstwem pasjonujących zdarzeń – aż brakowało czasu na zastanawianie się nad nimi. Było odwiedzanie szopek w kościołach, były wyprawy na sanki z całą rodziną, wieczory poświęcone rysowaniu, rodzinna gra w loteryjkę na pieniądze, dzięki czemu moja skarbonka zaczęła wypełniać się - a po nowym roku maskarada dla dzieci.

Mimo to, nie umknął mojej uwadze fakt, że syn sąsiadów z górnego piętra jest bardzo podobny do młodzieńca, którego złapałam w czasie gry w ciuciubabkę. Był od niego młodszy, w wieku mojej kuzynki. Nie przyjaźnił się z nią, chociaż znali się, toteż do naszego mieszkania nigdy nie zachodził. Czasami zaczepiał mnie na klatce schodowej i wdawał się ze mną w jakieś infantylne pogaduszki dostosowane do mojego wieku. Była to zwykła uprzejmość z jego strony - bardziej skierowana do mojego ojca niż do mnie. I wtedy przyszło mi do głowy, że któryś z tych młodych ludzi może być Dziadkiem do Orzechów. Zaczęłam kombinować, w jaki sposób dałoby się syna sąsiadów i młodzieńca od ciuciubabki wymieniać?...


A zatem... Tu muszę wtrącić, że zwrot „a zatem...” znałam z „Klechd sezamowych” w tłumaczeniu Leśmiana. A zatem.., gdyby młodzieniec przyszedł do nas jako

kominiarz, wziął klucze od strychu, na górze przebrałby się w normalne ubranie

schowane w wiklinowym koszu, to na ulicę mógłby już wyjść w charakterze syna sąsiadów – ucznia liceum ze szkolną teczką.

Nie bardzo wiedziałam czemu służyłaby ta wymiana? Z mojego punktu widzenia miała być to sztuka dla sztuki. W końcu mój kolega Tadek był podobny do starszego od nas Mirka, który z nami nie bawił się. Różniła ich tylko koszulka. I nagle przeraziłam mnie myśl, że syn sąsiadów może poprosić mnie o rękę. Tego zdecydowanie sobie nie życzyłam.

Swoimi pomysłami z nikim nie dzieliłam się. Mimo to, ktoś zdecydował, że trzeba skierować moje fantazje na inne tory. Zaraz po balu maskowym przedstawiono mi dziewczynkę z pobliskiej ulicy, młodszą ode mnie o rok. Miała zostać moją przyjaciółką na wiele lat. Wszyscy najwyraźniej uznali, że w moim wieku nie wypada już bawić się wyłącznie z chłopcami.

Myślę, że z tej historii wynikło wiele późniejszych zdarzeń. We mnie, natomiast utrwaliła ona głębokie przekonanie, że człowiek nigdy nie może być sobą i zawsze musi udawać kogoś innego, ponieważ tego od niego oczekują.



  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Moje dzieciństwo jedynie odmienniej opowiedziane, potraktowane, ale lektury te same :-)))
I te same marzenia,

Poziom literacki - znakomity mimo kilku zauważonych przeze mnie błędów:

a) konfitury oraz pączki się smaży: nie gotuje (konfitury) i nie piecze pączków,

b) do przedpokoju się wchodzi, nie "na przedpokój",

c) zamiast kilkakrotnie powtarzanego "mi", brzmiałoby dźwięczniej "mnie".

d) w każdym razie opowieść nader ekscytująca, czyli "spannend" ;-)))
avatar
Wielkie dzięki.
avatar
Bardzo ciekawy, przyjemny tekst z pamiętnika. Przeniósł mnie w inny świat i dzięki za to.
Trochę potknięć przecinkowych i z niepotrzebnymi odstępami między wyrazami.
© 2010-2016 by Creative Media
×