Przejdź do komentarzy' MROCZNE PRZEZNACZENIE ' Rozdział1
Tekst 9 z 7 ze zbioru: Powieśc dzielona na rozdziały
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2015-05-26
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1908

Zastanawialiście się kiedyś, co was czeka w niedalekiej przyszłości? Ja nigdy tego nie robiłam. Żyłam z dnia na dzień. Tak przynajmniej było, aż do momentu kiedy… Zresztą, zacznę od początku. 


Wrocławski Urząd Pracy. Stałam już trzecią godzinę w kolejce, która minimalnie posuwała się do przodu. „Co ja tu robię?” – myślałam. Bolały mnie nogi, a na miejsce siedzące nie było szans. Rozglądałam się po dusznym, niewielkim pomieszczeniu. Wokół mnie gromadzili się kolejni, zrezygnowani petenci. Jedni przeklinali, na czym świat stoi, drudzy przestępowali z nogi na nogę, tak jak ja, jeszcze inni przeglądali oferty pracy, zawieszone na trzech, korkowych tablicach. Jedynym powodem tłumaczącym mój pobyt w tym miejscu, była najwspanialsza kobieta na świecie, moja babcia, która mnie wychowała. Myśl o niej trzymała moje nerwy na wodzy. 

– Pani Lena Hill! – donośny głos kobiety z okienka numer dwanaście wyrwał mnie z zadumy. 

Złapałam mocniej teczkę z dokumentami i usiadłam na twardym krześle, przywdziewając coś na kształt uśmiechu. 

– Dzień dobry – odezwałam się w stronę urzędniczki. 

Podałam wszystko starszej, nieco krępej, obciętej na krótko brunetce z nienaturalnie długimi, czerwonymi paznokciami. 

– Dzień dobry – odparła, nie siląc się na uprzejmość – Czy ma pani już status osoby bezrobotnej? 

– Nie, jestem tu po raz pierwszy – odpowiedziałam. 

„I ostatni” – pomyślałam, patrząc jak kobieta sortuje moje świadectwa pracy. 

– Proszę chwilę zaczekać – mruknęła kobieta. 

Zabrała wszystko ze sobą, i zniknęła za oszklonymi drzwiami, pozostawiając mnie i zniecierpliwiony sznurek ludzi stojących z tyłu, na całe dziesięć minut. 

Kiedy wróciła, wręczyła mi jakieś druki. Po wypełnieniu wszystkich rubryk, z których większość polegała na zaznaczeniu odpowiedzi, TAK bądź NIE, jak w jakimś kiepskim quizie, dostałam trzy oferty pracy. Dwie od razu odrzuciłam, ale trzecia była całkiem niezła. 

– Czy znalazła Pani coś dla siebie? – zapytała urzędniczka. 

– Tak – odparłam. 

Kobieta wydrukowała mi dokument z danymi i adresem, pod który miałam się zgłosić do godziny dziesiątej następnego dnia. 

– Następny proszę – usłyszałam kierując się do wyjścia z urzędu. 


Poranek rozpoczął się uporczywym bólem głowy. Całą noc nie robiłam nic innego, jak tylko przekręcałam się z boku na bok. 

– Lenka, śniadanie gotowe! – usłyszałam głos babci. 

– Już idę, tylko zwlekę się z łóżka. 

Jak tu nie kochać tej kobiety? Wstałam i podeszłam do szafy z zawieszonym na niej dużym lustrem. „Wyglądasz koszmarnie” – pomyślałam. Dwadzieścia dwa lata, długie, ciemne włosy w nieziemskim nieładzie, niezbyt duże, szare oczy, podkrążone jak po niezłej balandze. Za duży o dwa rozmiary biały T-shirt, który pełnił funkcję koszuli nocnej, wisiał na mnie jak na wieszaku, odsłaniając jedno ramię. Po szybkim prysznicu poszłam do kuchni, kierowana zapachem kakao i jajecznicy na boczku, która jeszcze ciepła czekała na stole. 

– Chyba nie spałaś za dobrze? – babcia spojrzała na mnie badawczo. 

– Nie spałam prawię wcale. 

– Nie wmówisz mi, że to ze względu na pierwszy dzień w nowej pracy? 

– Nie. Miałam dziwny sen, to wszystko. Poczęstowałam się nawet twoją nalewką, ale jej wspaniałe właściwości są chyba grubo przesadzone. Nie pomogła mi zasnąć. 

– To musiał być jakiś koszmar – mówiła wyraźnie rozbawiona babcia niosąc swój talerz do zlewu. - Więc co ci się śniło? 

Napchałam usta przepyszną jajecznicą, przełknęłam resztę posiłku i trochę zawstydzona zaczęłam opowiadać. 

– Miejsce urokliwe i przerażające zarazem. Ogromna przepaść oddzielała szkaradną brzydotę od czystego piękna. Po jednej stronie, jak okiem sięgnąć, rozciągały się kwieciste łąki, przejrzyście czyste rzeki, strumienie spływające z wielobarwnych gór. W oddali słychać było szum wodospadu, który rozbryzgując się z impetem u stóp rzeki, tworzył swoistą szaro-niebieską poświatę, otaczając wszystko wokół orzeźwiającą bryzą. Kolorowe motyle oplatały konary drzew niczym bluszcz, a ziemia pod stopami zdawała się być ciepła i miękka.  

Babcia słuchała, ale z każdym moim następnym słowem zmarszczka nad jej brwiami robiła się coraz większa. Ta najbliższa mi osoba posmutniała przeze mnie, tylko, co ja takiego powiedziałam? 

– Babciu? 

– Przepraszam, zamyśliłam się. 

– Właśnie widzę, czy coś nie tak? 

– Nic ptaszyno, mów dalej. 

– To nic ważnego – odparłam. – Sprzątnę ze stołu. 

Miałam już wstać, kiedy złapała mnie za rękę i skinieniem głowy dała jasno do zrozumienia, że mam zostać na miejscu. 

– Mów dalej – powiedziała stanowczym tonem. 

Nie próbowałam więc nawet protestować. Zwinęłam włosy do tyłu, przełknęłam ślinę i trochę zdziwiona jej zachowaniem, zaczęłam kontynuować. 

– Wyszłam chyba z jakiegoś lasu i skierowałam się w stronę ogromnej polany. Przede mną rozciągał się ponury widok. Skaliste, strome wzgórza wystawały jak zaostrzone pale, przebijając swym ostrym szpicem tumany dymu. Nie było tam odrobiny zieleni, żadnych zwierząt, nawet ptaki zawracały zmieniając kierunek lotu. Mimo obaw podchodziłam coraz bliżej, zaciekawiona tym niecodziennym widokiem. Nagle, gdy byłam prawie przy granicy obu światów, grunt zniknął spod moich stóp, a ja spadłam w bezdenną otchłań. Te dwa miejsca mogłabym opisać tylko w jeden, trafny sposób… 

– Dobro i zło – wtrąciła babcia, jak gdyby czytała mi w myślach. 

– Dokładnie to miałam powiedzieć – odparłam zaskoczona. 

– Powinnaś już wychodzić – zmieniła nagle temat. – Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Ja pójdę się położyć. 

– Źle się czujesz? 

– Rozbolała mnie głowa. To na pewno przez te skoki ciśnienia. Jesienny okres źle na mnie wpływa. 

„O czym ona mówi?” – pomyślałam. „Jest jedną z nielicznych, znanych mi osób, które są okazem zdrowia.” Postanowiłam odłożyć tą rozmowę na później, teraz i tak niczego się nie dowiem. 


Dzień dobiegał końca. Stary zegar z kukułką, wiszący nad wejściem, wybił godzinę osiemnastą. Moja nowa szefowa okazała się być super babką. Nie dość, że pierwszego dnia przeszłyśmy na ty, to jeszcze na tyle mi zaufała, żeby zostawić mnie samą i powierzyć zamknięcie antykwariatu. Nie była dużo starsza ode mnie. Mogła mieć góra trzydziestkę, a i tak wygląda lepiej niż ja. Burza długich do pasa, kasztanowych włosów, przenikliwe spojrzenie intensywnie zielonych oczu, idealna cera, oliwkowa karnacja i długie nogi, oszałamiały męską klientelę, która stanowiła większość kupujących. Szefowa potrafiła sprzedać dosłownie każdy towar, za najwyższą z możliwych cen. Teraz pozostało mi tylko sprawdzić czy wszystko jest na swoim miejscu. Przeszłam powtórnie przez trochę duszne pomieszczenie. Światło ulicznej latarni wpadało do środka przez witrynowe okno, tworząc, w połączeniu z drobinkami kurzu, unoszące się szare wstęgi. Miałam już iść na zaplecze, kiedy na podłogę spadła jedna z dostarczonych dziś książek. 

– Cholera! Mam nadzieje, że się nie uszkodziła, w przeciwnym razie stracę prace i zyskam dług na kolejnych kilka miesięcy – powiedziałam sama do siebie. 

Podeszłam do jednego z pięciu, dębowych regałów i delikatnie podniosłam leżącą książkę. Co za ulga, ani jedna kartka, pożółkłego papieru, nie była zgnieciona. Zaciekawił mnie wzór, który widniał na okładce. Rozdziawiona paszcza węża i dwa długie, złowrogo wyglądające zęby, z których sączył się jad. Przeszedł mnie dreszcz. 

Na dźwięk dzwoneczka sygnalizującego nadejście klienta, aż podskoczyłam. Do diaska, zapomniałam zamknąć drzwi. W sumie to nie powinnam o tej porze nikogo obsługiwać, ale może uda mi się coś sprzedać i zyskam w oczach Alicji. 

– Już idę – krzyknęłam, poprawiając szarą, ołówkową spódnicę. 

Ku mojemu zdziwieniu w środku nie było nikogo. 

– Halo! Czy ktoś tu jest? 

Przecież wyraźnie słyszałam, że ktoś wchodzi. Otworzyłam drzwi wejściowe i wyjrzałam na zewnątrz. Na ulicy nie było żywej duszy. Gdy powtórnie spojrzałam w stronę kasy, ze strachu odjęło mi mowę. O hebanowe biurko stał oparty jedną ręką młody, elegancko ubrany, mężczyzna. Jego ciemne, gładko uczesane włosy połyskiwały w świetle jarzeniówek. Blado-błękitne oczy z ciemniejszą obwódką dookoła tęczówki mierzyły mnie z góry na dół, jak hipnotyzujące wahadełko. 

– Przepraszam. Nie miałem zamiaru pani wystraszyć. 

– Ale wystraszył pan – odparłam, czując, że kolana drżą mi jak galareta. – Sklep jest zamknięty. 

– Nie mówiłem, że chcę coś kupić – powiedział mężczyzna uśmiechając się. 

Co mu tak wesoło? Swoją drogą ma fantastyczny uśmiech, i te zęby. Takie białe i równe, wyróżniające się na tle ciemnej karnacji. 

– Więc, czego pan chce? 

– Właścicielką tego antykwariatu jest moja dobra znajoma. Jestem przejazdem we Wrocławiu i postanowiłem złożyć jej wizytę, lecz widzę, że chyba źle trafiłem. 

– Pani Alicja będzie jutro, czy coś przekazać? – odpowiedziałam, starając się zachować spokój. 

Zapadł już mrok, byłam sama w nowym miejscu pracy i po prostu się bałam. 

– Proszę się nie kłopotać – mówił nieznajomy, patrząc na mnie swoim hipnotyzującym wzrokiem. – Muszę przyznać, że moja przyjaciółka zawsze miała świetny gust, jeżeli chodzi o dobieranie sobie współpracowników. 

– Skierował mnie tu Urząd Pracy – powiedziałam trochę bez sensu. 

Cholera, nieziemsko przystojny facet mówi mi komplement, a ja plotę trzy po trzy. Dwa ogromne rumieńce, nieproszone, wdarły się na moje policzki. 

– Do twarzy pani w czerwieni. 

„Dupek” – pomyślałam. 

– Pójdę już, do zobaczenia Leno – mężczyzna skierował się do wyjścia. 

– Do widzenia – odparłam jak automat. 

Musiało minąć kilkanaście sekund, zanim uspokoiłam rozdygotane dłonie. 


Otworzyłam oczy wiedząc, że to tylko sen. Ponownie byłam na znanej już polanie, która wydała mi się jeszcze piękniejsza. Błękitne niebo rozchylało swe piękno nade mną, a jaskrawo świecące słońce ogrzewało odsłonięta ramiona. Długa do kostek, biała suknia powiewała delikatnie, poruszana powiewem wiatru. Odgarnęłam z twarzy kosmyki włosów. Soczysta, zielona trawa łaskotała mnie w bose stopy, a te same motyle, które wczoraj latały nad moją głową, witały mnie, jak starego przyjaciela. Przenikające przez ich skrzydełka promyki słońca, tworzyły w powietrzu wielobarwną tęcze. Tym razem zapragnęłam zobaczyć więcej. Ignorując ponury krajobraz za moimi plecami, ruszyłam przed siebie. Zdawać by się mogło, że pojęcie czasu nie miało tu prawa bytu. Godziny, minuty, sekundy, zwyczajnie nie istniały. Im dalej szłam, tym szerzej otwierałam oczy ze zdumienia. Wszystko było aż nazbyt idealne, wręcz nierzeczywiste, a jednak czułam zapachy, ziemię pod stopami. Dlaczego, jeżeli to tylko sen? Słyszałam kiedyś, że sny potrafią być bardzo realistyczne, ale żeby do tego stopnia? Złapałam za kosmyk włosów i mocno je pociągnęłam. 

– Ał! – krzyknęłam. 

To naprawdę bolało. To niemożliwe! Najmocniej jak potrafiłam, zacisnęłam zęby na dolnej wardze. Uczucie ostrego pieczenia rozeszło się po całym moim ciele, a metaliczny posmak krwi przyprawił o mdłości. 

– Niech to szlag! – przetarłam dłonią skaleczoną wargę. 

– Nieładnie tak mówić – dobiegł cieniutki głos zza moich pleców. – Wiedziałam, że ziemskie życie w jakimś stopniu odbiję się na ogładzie Waszej Wysokości, ale żeby do tego stopnia? 

– Nie wiem o czym pani mówi? – odparłam, i powoli odwróciłam się w stronę swojej rozmówczyni. 

Do tej pory, miałam pewne wątpliwości czy przypadkiem nie postradałam zmysłów, ale teraz byłam już tego pewna. 

Na niebieskich skrzydłach, unosiła się postać malutkiej dziewczyny z długimi, jasnymi włosami. O matko rozmawiam…No właśnie, z kim? Nieważne czymkolwiek to jest, niech sobie pójdzie, albo nie, ja sobie pójdę. Tak, to lepszy pomysł. Muszę się obudzić, to robi się niebezpieczne. Zaczęłam energicznie oklepywać policzki. 

– Mogę wiedzieć, co robisz? – zapytała dziwna istotka. 

– Próbuję się obudzić! Nie widać? 

– Proszę, przestań, zrobisz sobie krzywdę. 

– Nie, to ty przestań do mnie mówić! 

Lena to tylko sen, za chwilę się obudzisz, powtarzałam w myślach nadal uderzając w zaczerwienione policzki. 

– To nie jest sen! To znaczy nie do końca. 

– O nie, nie dam sobie wmówić, że jesteś prawdziwa. To na pewno ta pizza, a babcia tyle razy mówiła, żeby nie objadać się na noc. 

– Czy ty w ogóle mnie słuchasz? – powiedziała istotka ze zniecierpliwieniem. 

– Szczerze? Nie, przynajmniej próbuje tego nie robić. 

– Dobra, skoro tak, to muszę spróbować inaczej. 

W ułamku sekundy mały, gadający, ludzki motyl siedział mi na ramieniu i machał wesoło nogami. 

– Zejdź ze mnie natychmiast! – krzyknęłam, starając się strącić ręką, to gadające coś. 

– Czy możemy już porozmawiać? Chyba, że chcesz jeszcze poskakać? 

– No nie, nabijasz się ze mnie! 

– Jestem prawdziwa, sprawdź. 

Niepewnie przesunęłam palcem po linii, cienkich jak bibuła skrzydeł, które zaczęły lekko trzepotać. 

– Mam na imię Eldora i jestem twoją wróżką. 

– O, czym ty mówisz? 

– Biedactwo, ty naprawdę nic nie pamiętasz. Postaram się temu zaradzić. 

Istotka zaczęła kołować nade mną, a z jej malutkich dłoni, które na przemian zaciskała i prostowała, zaczął się sypać drobny pyłek. Próbowałam nadążyć za nią wzrokiem, ale kiedy tylko uniosłam głowę w górę, niebiesko-żółte drobinki wpadły mi do oka. Nie piekło, ale odruchowo przetarłam je dłonią, niezdarnie się cofając. Koniec mojej sukni owinął się wokół jednej z kostek, pozbawiając mnie równowagi.

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetna, trzymająca w napięciu proza i bardzo dobrze skonstruowana. Gratuluję bogatej wyobraźni i fachowej narracji. Widać też znaczny postęp w poprawności językowej, ale do ideału jeszcze daleka droga. Ale jeżeli postęp pójdzie w w takim tempie jak teraz, to jestem optymistą.
Najbardziej szwankuje interpunkcja, ale zacznę od innych błędów. "Szaroniebieska", podobnie jak "bladobłękitna" piszemy łącznie. Łącznika należałoby użyć tylko wtedy, gdyby te kolory dzieliła wyraźna granica (biało-czerwona). Również słowo "pani" niepotrzebnie jest napisane wielką literą. Piszemy "tę rozmowę", a nie "tą rozmowę". Zbędne są cudzysłowy w dialogu wewnętrznym (5 razy), a lepiej je zastąpić myślnikiem poprzedzającym tekst, co zresztą wielokrotnie czyniłaś z powodzeniem.
Teraz o interpunkcji. Brakuje przecinków przed: kiedy, jak kobieta, kierując, niosąc, rozbryzgując, ptaszyno, zmieniając, czy wszystko, aż podskoczyłam, uśmiechając się, wiedząc, rozmawiałam, uderzając, to tylko, to gadające; zbędne są przecinki przed: zrezygnowani, korkowych, była, i zniknęła, na całe, TAK, szare, co ja, zaczęłam, trafny, znanych, oszałamiały, za najwyższą, dębowych, mężczyzna, jak hipnotyzujące, czego, jak starego, tworzyły, zwyczajnie, i powoli, unosiła, że (w konstrukcji "chyba że" i podobnych przecinek stawiamy przed słowem poprzedzającym), czym (w konstrukcji "o czym").
Ponadto "ja próbuję", a nie "ja próbuje".
Sporo tych błędów, ale świadomie wskazałem je w celach edukacyjnych
avatar
Bardzo dziękuję.
© 2010-2016 by Creative Media
×