Przejdź do komentarzyJak w opowiadaniach Londona
Tekst 11 z 25 ze zbioru: Opowieści z gór i lasów
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2016-02-19
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1845

Dawno, dawno temu, gdy w Bieszczadach panował jeszcze pułkownik Doskoczyński, postanowiliśmy z kolegą zabawić się w traperów i zrobić sobie taką zimową wyprawę w nieznane, o jakich pisał London. Co prawda Bieszczady to nie Alaska, ale i nam było daleko do Londonowskich bohaterów. Toteż wyprawa miała być i na miarę gór i uczestników - tylko dwudniowa. Planowaliśmy dojechać autobusem do Rajskiego, a stamtąd doliną Sanu dojść do Tworylnego. Wiedzieliśmy, że tam jest porządny juhaski szałas i w nim chcieliśmy po trapersku zanocować. Na drugi dzień mieliśmy już dotrzeć do ludzi, czyli do Zatwarnicy. Był początek marca, śnieg zleżały, pogoda niezła - więc wszystko powinno było pójść jak z płatka. Do Rajskiego dotarliśmy koło południa i od razu wyruszyliśmy na trasę. Szliśmy brzegiem Sanu, bo drogi - jeśli w ogóle jakaś tam była - nie było widać. Już wkrótce okazało się, że śnieg nie wszędzie był zleżały, a nad rzeką był rozmiękły i kopny. Szliśmy więc dużo wolniej, niż planowaliśmy i halę Tworylnego zobaczyliśmy już dobrze pod wieczór. Juhaski szałas, na szczęście, był nieuszkodzony i w środku bez śniegu.

- O! Jest tu nawet ława do spania - ucieszył się kolega. - Niestety jest jednoosobowa i musimy zalosować, komu przypadnie - zarządził, samozwańczo obejmując dowództwo naszej wyprawy.

Zalosowaliśmy i ława przypadła jemu. Na środku szałasu było serowarskie palenisko, a do szczęścia potrzebne nam było jeszcze tylko drewno na ognisko. Mieliśmy to szczęście, bo trochę suchego drewna było w środku, a na zewnątrz spod śniegu wystawało kilka rozłupanych pieńków.

- Jest dobrze. Jak nie będziemy robić dużego ognia, to nam to wystarczy do rana - stwierdził kolega.

Rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kolację, wypiliśmy herbatę i nieco czegoś mocniejszego „na lepszy sen”, nadmuchaliśmy materace i zawinęliśmy się w śpiwory. Planowaliśmy wstać wcześnie i skoro świt ruszyć w drogę, by przed nocą dotrzeć do Zatwarnicy. Na zewnątrz zapadła nocna cisza, w szałasie paliło się ognisko, a my powoli zapadaliśmy w sen. Wszystko było jak w opowiadaniach Londona i bardzo nam się to podobało. Po jakimś czasie obudziło mnie zimno ciągnące od ziemi i odczucie, że leżę na gruzie. Okazało się, że z mojego materaca zeszło powietrze.  Zapaliłem latarkę i wtedy zobaczyłem, że ognisko zgasło.

- Czego się tłuczesz? - zamruczał kolega ze swojej wylosowanej ławy.

- Mój materac nie trzyma powietrza i ognisko zgasło. Za chwilę będzie tu zimno jak w psiarni - odpowiedziałem.

Kolega wygrzebał się ze śpiwora i wzięliśmy się do reanimacji ogniska. Pod popiołem było jeszcze trochę żaru, ale żeby rozniecić ogień potrzebne było suche drewno, którego już nie mieliśmy. Znalezione wieczorem pieńki były za grube i za mokre. Świecąc latarkami, przeszukaliśmy szałas i znaleźliśmy niewielką deskę. Była sucha, ale gruba i twarda.

- Ciule jesteśmy nie traperzy! - złościł się kolega. - Nie wzięliśmy siekiery!

Miał rację. Mieliśmy tylko noże, które nadawały się do krojenia chleba i otwierania puszek, ale teraz musiały zastąpić siekierę. Ja świeciłem latarką, a kolega, pobijając nóż kamieniem, zaczął łupać deskę.

- Nie wal za mocno, bo jak złamiesz nóż, to moim scyzorykiem już nic nie zrobimy - ostrzegłem go.

- Nie gadaj, tylko dobrze świeć, żebym sobie palców nie poranił - odwarknął i zaczął walić jeszcze mocniej.

Udało się. Nóż wytrzymał, deska zmieniła się w stosik suchych szczapek i ognisko zostało uratowane. Nasza zwycięska walka o ogień skończyła się około czwartej, więc postanowiliśmy już nie spać, tylko zjeść śniadanie, spakować się i o świcie wyruszyć. Tak też zrobiliśmy i około szóstej wyszliśmy na zewnątrz, by ulżyć pęcherzom i zobaczyć jak zapowiada się dzień. Wyszliśmy… w białą pustkę. Nieprzenikniona mgła zalewała wszystko, a ściana naszego szałasu zdawała się być jakby namalowana na białym tle - żadnej głębi obrazu, żadnego dźwięku, biała pustka. Nie było nic widać na krok i o wymarszu nie mogło być mowy.

- O kurwa! Ale mleko! - zaklął kolega. - Ale myślę, że za dwie, trzy godziny ta mgła zniknie. Jak słońce się podniesie, to ją rozgoni i da się iść.

Za dwie godziny mgła faktycznie się rozproszyła, ale zaraz zaczął padać śnieg. Z początku drobne jego płatki, z czasem rosły i w końcu stały się wielkimi kłapciami. Znowu biel zasnuła wszystko dookoła. Śnieg walił, czas uciekał i wiedzieliśmy, że w tego dnia już nigdzie nie pójdziemy. Czekała nas co najmniej jeszcze jedna noc w szałasie. Jedzenia mieliśmy dość, wody ze śniegu mogliśmy natopić do woli, ale brakowało nam drewna. Najbliższe drzewa były nad brzegiem Sanu odległego od szałasu chyba z pół kilometra. Były to stare wierzby i olchy, drewno z których paliło się szybko, dawało mało ciepła, ale za to dużo dymu. Należało więc nanosić go dużo, żeby starczyło do rana. Poszliśmy nad rzekę i zaczęliśmy łamać gałęzie. Gdybyśmy mieli siekierę, to zrąbalibyśmy coś grubszego, a tak musieliśmy zbierać nawet najmniejsze patyki. Cały dzień nosiliśmy drewno znad Sanu, aż wypełniliśmy nim pół szałasu. Śnieg tymczasem padał bez przerwy. O zmierzchu usiedliśmy przy ognisku, żeby coś zjeść. Siedzieliśmy w przemoczonych butach, mieliśmy brudne i podrapane dłonie, dym gryzł nas w oczy, a padający śnieg powoli odcinał nas od świata. Wszystko było jak w opowiadaniach Londona, ale nam się to już przestawało podobać.

- Co robimy? - zapytał kolega, popijając herbatę. - Jak tak popada przez noc, to jutro będzie tu metr śniegu. A jak popada jeszcze ze dwa dni?

- Za dwa dni wyzbieramy wszystkie gałęzie w okolicy i skończy nam się żarcie - odpowiedziałem. - A jak jeszcze przyjdzie mróz i wiatr, to będzie z nami źle.

Rada w radę, postanowiliśmy skoro świt i jeśli nie będzie mgły, wyruszyć… z powrotem do Rajskiego. Tamtej nocy nie spałem prawie wcale, chociaż kolega ustąpił mi miejsca na ławie, a sam z dobrym materacem przeniósł się na ziemię. Bałem się, że ognisko zgaśnie, więc wstawałem co chwilę, żeby dołożyć drewna do ognia. Gdy rano chciałem wyjść z szałasu, musiałem mocno napierać na drzwi, żeby je otworzyć. Świat dookoła był zasypany śniegiem, sięgającym mi do połowy uda, ale już nie padało i nie było wiatru.

- Wstawaj! - obudziłem kolegę. - Nie pada i nie wieje, więc musimy wypieprzać stąd, dopóki się da.

Zjedliśmy cośkolwiek, spakowaliśmy się w try miga i wyruszyliśmy w białą pustać. Szło nam się bardzo ciężko, bo śnieg był głęboki i mokry. Na drzewach tworzył nawisy, które co chwilę spadały nam na głowy, więc po niedługim czasie byliśmy już przemoczeni i od dołu i od góry. Gdzieś po godzinie znowu zaczął padać gęsty śnieg. Zapadając się po pas i zmieniając na prowadzeniu co kilkadziesiąt kroków, parliśmy przed siebie co sił. Mimo to czuliśmy, że drogi ubywa nam za wolno, a czas ucieka za szybko. Śnieg był coraz głębszy, widoczność coraz gorsza, a Rajskiego jak nie było, tak nie było. W końcu jednak usłyszeliśmy stłumione przez śnieg, szczekanie psa i niedługo potem dotarliśmy do mostu na Sanie.

- No, to pobawiliśmy się w traperów - powiedział kolega z kpiną w głosie.

- Chcieliśmy, żeby było jak w opowiadaniach Londona, no to było - odpowiedziałem. - Tylko, że traperzy z nas marni.


  Spis treści zbioru
Komentarze (9)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Chciałoby się zacytować "Cel jest niczym, ruch jest wszystkim". Cel nie został osiągnięty, a ruchu na świeżym powietrzu było sporo.
Bardzo zgrabna i ciekawa opowieść. Mam wątpliwości dotyczące sposobu zapisu "Londonowskich bohaterów". Bo jeżeli jest to odpowiedź na pytanie, czyi to bohaterowie?, to prawidłowo napisano "Londonowscy". Jeżeli zaś byłaby to odpowiedź na pytanie, jacy to bohaterowie?, to należało napisać "londonowscy". Wydaje mi się jednak, że we tym konkretnym przypadku chodziło o to drugie rozumienie.Bo przymiotniki dzierżawcze, które odpowiadają na pytanie "Czyj, czyja, czyje?" piszemy wielkimi literami (podobnie: Mickiewiczowe, Jankowe). Z tej wątpliwości wynika więc sugestia, by kontekst dookreślał intencje autora. We fragmencie zdania "postanowiliśmy skoro świt" brakuje jakiegoś słowa i wydaje mi się, że miało to być "wstać".
Brakuje przecinków przed: i uczestników (powtarza się "i"), obejmując, potrzebne było, jak zapowiada się, kurwa (O kurwa!); zbędny przecinek przed: to (No to).
avatar
Bardzo dobre opowiadanie. Zawsze wolę wspomnienia niż wymyślone.
Czułem się, jakbym tam wtedy był :)

Sugeruję małe poprawki:
*i na miarę gór i uczestników - usunąłbym pierwsze "i",
*i nieco czegoś mocniejszego - i po łyku czegoś mocniejszego,
*biała pustka - usunąłbym. Tu jest blisko powtórzenie "białą pustkę" oraz "białym", zaś wykasowanie nie zmienia sensu,
*że w tego dnia - literówka (w).
avatar
Janko i Hardy, jesteście niezawodni! Przyznaję, że zawsze czekam na Wasze komentarze i bardzo za nie dziękuję. Z tymi "L(l)ondonowskimi" bohaterami też miałem kłopot i zdecydowałem się jednak na wielką literę. Przeczytam całość jeszcze raz, poprawię co trzeba i będzie dobrze. Pozdrawiam Was serdecznie.
avatar
Dzięki za przypomnienie mi klimatu dawno już nie odwiedzanych przeze mnie bieszczadzkich połonin.
avatar
Zawsze możesz tam wrócić.
avatar
Z wielką przyjemnością przeczytałam. Kocham Bieszczady i zawsze tam wracam z lubością. Pozdrawiam :)
avatar
Atram, Bieszczady czekają. Pozdrawiam.
avatar
Góry nasze na swym stoku zabiją niejedną flądrę - w jednym skoku!
avatar
Dziękuję Emilio za odwiedziny i rymowany komentarz. Pozdrawiam.
© 2010-2016 by Creative Media
×