Przejdź do komentarzyWARSZAWIACY
Tekst 26 z 43 ze zbioru: Opowiadania - Brama
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2016-08-11
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1430


WARSZAWIACY


O Warszawie można mówić długo, bo jak powiadają słowa starej piosenki, śpiewanej przez Adolfa Dymszę: „Wiadoma rzecz – stolica...”. W słowniku dziadka była to stolnica, z którą zawsze kojarzy się wałek. Zawarta w tym jakaś głębsza myśl,nieczytelna dla dzieciaków wydawała się zabawna z powodu gry słów. Pytanie: czy na święta przyjadą baby ze stolnicy zawsze musiało się pojawić w okolicach Bożego Narodzenia lub Wielkiejnocy.

Baby ze stolnicy były dwie – ciotka i jej córka, starsza ode mnie, więc z mojego punktu widzenia zawsze dorosła.

W zaistniałych okolicznościach żona brata mojej matki, czyli wujka nazywana była ciotką. Gdyby okoliczności były inne, nazywano by ją pewnie wujenką.

Była to warszawska ciotka. Rodowita warszawianka, córka jednego z warszawskich prawników - sędziego oddelegowanego w okresie międzywojennym do pracy na prowincji - jedynaczka. W Warszawie miała liczną rodzinę, z którą nasze kontakty były ograniczone lub żadne.

Ciotka w okresie gimnazjalnym stała się sympatią brata mojej matki. W tej sytuacji zaprzyjaźniła się również z moją matką, chociaż ta od dawna posiadała inne serdeczne przyjaciółki. Przylgnęła do naszej rodziny być może dlatego, że brakowało jej kobiecej opieki - jej własna matka cierpiała na jakąś tajemniczą chorobę psychiczną, o której nie rozmawiano, a dalsza rodzina, jak już wspomniałam, mieszkała w Warszawie.

Dziewczyna była ładna, starannie wychowana i niebiedna, toteż należało tylko cieszyć się z dobrego wyboru syna. Imponowała wszystkim swoim towarzyskim obyciem, o co zadbała warszawska rodzinka.

Ona i wujek stanowili udaną parę przyjaciół z perspektywą na narzeczeństwo, bo na to, żeby mówić o małżeństwie, było jeszcze za wcześnie. Partner również miał swoje ewidentne zalety – inteligentny, ambitny, szalenie przystojny, a na dodatek, z rozległymi planami na przyszłość. Urodzony w Wilnie, a więc kresowiak. Wprawdzie, on i jego rodzice nie mieszkali już tam, ale odwiedzali często rodzinę,która gospodarowała w niewielkim majątku ziemskim pod Wilnem.

Co ciekawe, wszystkie rozległe plany tego młodego człowieka miały realne podstawy do realizacji, łącznie z pomysłem, by po maturze wyjechać z Polski i zacząć studia za granicą. Jedyną przeszkodą była napięta sytuacja międzynarodowa.

Trzeba było liczyć się z nią mimo uspokajających opinii części polityków.

Na koniec stało się to najgorsze, co przekreśliło wszystkie plany – wybuchła wojna.

Po klęsce wrześniowej, którejś nocy ciche pukanie do drzwi ich domu zbudziło kobiety, po czym w oknie pokazała się zabandażowana głowa. Babcia z płaczem pobiegła otworzyć. Okazało się, że nie jest aż tak źle, jak myślała – syn wrócił z frontu w zasadzie cały.

Owszem, wrócił ale w domu długo nie zabawił. Gdy tylko poczuł się trochę lepiej, razem ze swoją przyjaciółką uciekł do Warszawy, by zamieszkać u którejś z jej kuzynek i włączyć się w działalność konspiracyjną. Myślę, że takie mieli instrukcje – wrócić do miejsca zamieszkania, zebrać się w kupę i szukać kontaktu z kadrą oficerską, która przeżyła.

Rodzice i siostra zostali na prowincji. Dzięki układom, w których funkcjonowali, dostawali niezbędne informacje z Warszawy – między innymi o tym, że młodzi pobrali się. Zaskoczyło ich to trochę, ale doszli do wniosku, że jest wojna i wszystko przebiega inaczej niż normalnie. Narzekanie, że zbyt młodzi i nie spytali o zgodę rodziców w tych okolicznościach nie miało żadnego sensu.

Młodzi w Warszawie przetrwali cały okres okupacji. Działali w podziemiu. Nigdy nie wpadli w ręce gestapo, ominęły ich też uliczne łapanki. Później o tej działalności mówili niewiele. Zazwyczaj wracali myślą do tego ostatniego momentu, czyli do upadku Powstania Warszawskiego. On na koniec trafił do niemieckiej niewoli i wywieziony został z Warszawy do oflagu w Niemczech; ona z dzieckiem, które urodziło się parę miesięcy przed wybuchem powstania, kanałami wyszła z płonącego miasta. Ich punktem kontaktowym był dom rodzinny na prowincji.

Po zakończonej wojnie wszyscy, łącznie z rodzicami, z różnych powodów znaleźli się w pewnym momencie w całkiem nowych miejscach. Odnalazł się też kuzyn z Wilna. Był trochę tylko starszy od mojego wujka. Pojawił się, spytał czy wszyscy zdrowi i zniknął na zawsze.

Nikt nie potrafił albo też nie chciał wyjaśnić co się z nim stało? Czasami tylko przebąkiwano, że Witek zamierzał wyjechać na zachód Europy, ale czy wtedy było to możliwe?

Warszawiacy trafili chwilowo do Gdańska. Przemieszkali tam parę lat, by w końcu

podjąć decyzję, że wracają do stolicy. Od tej chwili związali swoje plany życiowe z odbudową Warszawy.

Ciotka wyuczona zawodu kreślarza zatrudniła się w pracowni architektonicznej przy którymś z ministerstw. Wujek znalazł pracę w dużym wydawnictwie.

Jedno można stwierdzić z całą pewnością – Warszawiacy nam, prowincjuszom imponowali. Imponowali właściwie wszystkim. Inna sprawa, że starali się o to. Jeśli nawet coś się nie układało, to według nich „nie było źle” lub też „nie było tak źle” a w ostateczności: „nie było aż tak źle”. Tworzyli wokół siebie świat według zasad nowej estetyki, której wzorce w stolicy rzucały się w oczy bardziej niż na prowincji – zwłaszcza po 1956 roku, gdy pozwolono zachodnioeuropejskim trendom do pewnego stopnia wpływać na naszą kulturę. Byli dla nas dyktatorami obowiązującego aktualnie stylu niemal we wszystkich dziedzinach życia. Ich sposób egzystowania wydawał się lekki i beztroski – kłopoty raczej ukrywano. Moja matka określała to krótko – trzymają fason.

Tematem rozmów w czasie naszych rodzinnych spotkań bardzo często była Warszawa. Interesowało nas wszystko co się tam dzieje. Ale też nie ma się czemu dziwić - problem odbudowy stolicy był ważny. Zresztą, nie tylko dla nas... Również w ogólnym odbiorze. Podjęty został przez architektów warszawskich już po pierwszych zniszczeniach wojennych w 1939 roku. Zajęto się tym konspiracyjnie lub pod pozorem wykonywania innych prac. Opracowywano w ten sposób plany urbanistyczne i dokumentacyjne.

Warszawiacy w czasie swoich wizyt u nas chętnie dzielili się uwagami na temat aktualnych zdarzeń w stolicy – zwłaszcza w czasach, gdy nie funkcjonowała jeszcze telewizja. W ich relacjach był to świat mocno wyidealizowany, prawie mityczny, ale pewnie uważali, że tak trzeba... Poniekąd, zresztą mieli rację... Bo weźmy choćby warszawskie Stare Miasto... W czasie wojny jego zabudowa niemal doszczętnie została zniszczona. Jeśli coś ocalało, to najwyżej partery starych kamieniczek.

Teraz trzeba było powołać to miejsce do życia na nowo – na początek odgruzować teren i zabezpieczyć zachowane fragmenty, później stworzyć plany rekonstrukcji. Pierwszy etap tych prac zakończył się w 1953 roku ale zaplanowane były na dalsze lata. Wchodziła oprócz tego w grę odbudowa Zamku Królewskiego.

Historii o tym wszystkim słuchało się jak bajki, a ciotka wykonująca jakieś pomiary i rysująca plany przybierała w moich oczach postać tajemniczej wróżki obeznanej z tajemnicami miasta, z którego udało jej się wyjść kanałami. Trzeba przyznać, że ciotka w naturalny sposób obdarzona była wyglądem dość szczególnym i mogła kojarzyć się z istotą nieziemską – platynowa blondynka o puszystych włosach przypominających rokokową upudrowaną perukę.

Wszystkie opowiadane historie były na dodatek ilustrowane. Wujek przywoził z Warszawy książki z obrazkami, na których fragmenty architektury i terenu odtworzone przez rysownika dawały jakieś wyobrażenie na temat wykonywanych prac. Najpopularniejszy był Jan Marcin Szancer, ale nie tylko...

Czytaliśmy też legendy warszawskie ze zbioru młodopolskiego poety Artura Oppmana: o syrence, o bazyliszku, o złotej kaczce i o dzwonniku Kacprze Dławidudzie. Niby adresowano te teksty do mnie, czyli do najmłodszej osoby w tym gronie, ale słuchali wszyscy.

Ja i kuzynka zainspirowane rozmowami rodziców i dziadków próbowałyśmy rysować. Ona, już z pewnym doświadczeniem w tej dziedzinie, wyglądała mi na mistrzynię cienkiej kreski. Potrafiła zręcznie naśladować mniej skomplikowane rysunki Szancera; moje, nieporadne tchnęły raczej duchem Bohdana Butenki.

Dlaczego akurat Stare Miasto w Warszawie tak bardzo nas interesowało? Działo się tak może z powodu ciotki, która wykonywała tam swoją pracę, a może dlatego, że w naszym mieście Starówka też potrzebowała renowacji, a przy tym, ze względu na średniowieczny układ przestrzenny i postawioną na nim znacznie starszą zabudowę do pewnego stopnia przypominała warszawską. Ślady bomby, która tu spadła, długo zalegały w samym centrum miasta w postaci gruzu i resztek ścian.

Oprócz podnoszącej się z gruzów Starówki, miejscem, które przyciągało naszą uwagę był kompleks pałacowy w Wilanowie. Od 1954 roku do 1962 trwał remont pałacowych komnat, więc oglądaliśmy wszystko tylko z zewnątrz. Był to ulubiony kierunek poobiednich spacerów. Po trudnych warunkach mieszkaniowych na Pradze ciotka z wujkiem właśnie w Wilanowie znaleźli niewielkie ale wygodne i spokojne locum, do którego przenieśli się. Panował tu niemal idylliczny spokój, zakłócany jedynie przez tramwaje przyjeżdżające z miasta na pętlę i warsztat samochodowy na rogu ulicy. Kiedy pierwszy raz znalazłam się w tej dzielnicy, uznałam, że nie jestem w Warszawie – była to według mnie duża wieś lub niewielkie miasteczko.

Dorośli mieli jakieś swoje tajemnice związane z tym miejscem i z okresem Powstania Warszawskiego. Konkretnie chodziło im o zabytkową stację Kolejki Wilanowskiej w pobliżu pałacu, w której to stacji teraz mieściła się poczta. Ich uwagi były jednak dla mnie zupełnie niejasne. Gdy po latach spróbowałam sprawdzić historię tego budynku, nie wiele to zmieniło.

Kolejka powstała pod koniec XIX wieku. Uroczyste otwarcie stacji Wilanów miało miejsce w 1892 roku, a więc w roku, gdy urodziła się matka wujka – moja babcia. Na początku kolejka była konna – później wprowadzono parowozy. Murowany budynek stacji powstał w latach 1922 – 24. To krążyło koło daty urodzenia wujka. Ojciec wujka czyli dziadek pracował w prowincjonalnym mieście na kolei – w czasie wojny również. Dalszych analogii nie szukałam, chociaż można by ciągnąć je jeszcze do Branickich, będących właścicielami pałacu do wojny – po prostu uznałam, że dorośli mieli swoje tajemnice. A jeśli chodzi o kolejkę, to jej tory zwinięto w 1957 roku – pozostał tylko budynek.

Mój najdłuższy pobyt w Wilanowie miał miejsce któregoś lata, gdy ciotka rozchorowała się i poszła do szpitala. Przyjechałam tu z babcią, która postanowiła w czasie jej choroby zająć się gospodarstwem domowym syna. Moją kuzynkę w tym czasie wysłano na obóz harcerski.

Ciotka chorowała poważnie. Do szpitala, w którym leżała zbiegła się cała jej rodzina – z osób najbliższych jej mąż, jej ojciec i my. Byłam za mała na to, żeby wszystkie te osoby zapamiętać i umieścić w jakimś układzie rodzinnym. Z przyciszonych rozmów wynikało, że sprawa nie wygląda dobrze i w razie czego moja kuzynka będzie musiała na stałe przenieść się do nas, na prowincję.

Póki co, ja i babcia zaczęłyśmy powoli wrastać w Wilanów. Chodziłyśmy do sklepików po zakupy i na spacery pod pałac, gdzie najczęściej siadywałyśmy przy bramie na kamiennej ławce. Szybko zaprzyjaźniłam się z dzieciakami biegającymi po okolicy – było lato i nikt nie chciał siedzieć w domu. Niesłychanie imponowały mi dwie dziewczynki w moim wieku, czyli w wieku przedszkolnym, mieszkające pod nami, na parterze. Potrafiły śpiewać piosenki po angielsku - obie chodziły na lekcje języka angielskiego w Pałacu Kultury i Nauki.

Chłopcy z kolei przyciągali uwagę swoją dziwną zabawą. Była to zabawa w handel walutą. Gromadzili stare, bezwartościowe banknoty, trzymali je w piwnicy, w różnych zakamarkach nazywanych skrytkami, codziennie wyciągali je stamtąd i wymieniali między sobą lub kupowali za nie od siebie nawzajem różne przedmioty. Moim marzeniem było posiadanie chociaż jednego takiego banknotu, ale niestety, nie miałam nic na wymianę. Rzeczy kuzynki nie wolno mi było ruszać.

Największą osobowością w tym towarzystwie był niejaki Elek. Mieszkał po drugiej stronie szerokiej ulicy – tam, gdzie prowadziła droga do pałacu. Przychodził pod nasz dom pohandlować. Przynosił jakieś atrakcyjne rzeczy – o ile dobrze pamiętam, między innymi gwizdki takie, jakie mają sędziowie na boisku piłkarskim. Elek był najstarszy w tej grupie dzieciarni i cieszył się w niej dużym szacunkiem. Każdy przedmiot, który przeszedł przez jego ręce nabierał szczególnego znaczenia.

W niedzielę jeździłyśmy z wujkiem do szpitala i do ogrodu zoologicznego. Wujek kochał zwierzęta. W kontakcie z nimi odzyskiwał spokój ducha i radość życia. W domu był pies szalenie przywiązany do niego i do mojej kuzynki. Babcia nie chciała spacerować z nim, ponieważ nie słuchał jej. W ogóle, była dość marnym piechurem, toteż w zoo najczęściej już przy basenie z fokami musieliśmy robić dłuższy odpoczynek.

Minął sezon na truskawki, minął też sezon na czereśnie, a ciotka ciągle leżała w szpitalu. Zrobiono jej operację.

Moja kuzynka wróciła z obozu harcerskiego opalona, radosna, z zeszytem pełnym starannie zapisanych piosenek obozowych. Wujek był z niej bardzo dumny – że taka samodzielna i trzeźwo myśląca. Sam w okresie gimnazjalnym też był harcerzem.

Po paru dniach listonosz przyniósł adresowany do niej list.

- A kto to do ciebie pisze? - zainteresowała się babcia.

- Kolega z obozu – oświadczyła. - Ale nie interesujcie się tym – dodała – bo będziemy          korespondowali wyłącznie po angielsku. I tak nic nie zrozumiecie...

Babcia machnęła tylko ręką i więcej o listy nie pytała.

Zazdrościłam mojej kuzynce tego obozu harcerskiego i zeszytu z piosenkami, i korespondencji po angielsku, i wszystkich przedmiotów, które miała w szufladzie, i które można by wymienić u Elka na stare banknoty.

Chodziłam teraz z nią i z psem na łąki, żeby popatrzeć na widniejący w oddali Pałac Kultury i Nauki. Przynosiłyśmy z tych spacerów bukiety polnych kwiatów. Niekiedy towarzyszyła nam jej szkolna koleżanka, która mieszkała w pobliżu.

Wakacje skończyły się i właśnie, gdy prawie na dobre zadomowiłyśmy się z babcią w Wilanowie, ciotkę wypisano ze szpitala. Była już w całkiem dobrym stanie. Zanim wróciła do pracy spędziła jeszcze trochę czasu na odpoczynku w domu. Wybrała się wtedy z nami na spacer do Ogrodu Saskiego. Dzień, najprawdopodobniej niedziela, był niezwykle upalny - kojarzył się raczej z pełnią lata, niż z początkiem jesieni. Szliśmy wolnym krokiem aleją w cieniu drzew – ciotka, babcia, wujek, moja kuzynka i ja. Nucąc pod nosem jakąś piosenkę, wysforowałam się do przodu, bo rozmowy dorosłych nie interesowały mnie. Szczerze mówiąc, był to niezwykle nudny spacer rodzinny. Nad miejscem, w którym jesteśmy też nie zastanawiałam się.

Z resztą, nie było nad czym – nie miałam o nim żadnych informacji. Gdybym przynajmniej wiedziała, że Ogród Saski założył jako ogród przypałacowy August II Mocny, a otwarcie ogrodu odbyło się dokładnie 27 maja 1727 roku, to wówczas mogłabym snuć jakieś fantazje - chociażby na temat numerologii... Tego jednak nie wiedziałam, toteż żadna głębsza myśl w tym momencie nie zaprzątała mojego umysłu.

Z tego umysłowego letargu wyrwały mnie nagle dźwięczne dziecięce głosy. Zrobiłam jeszcze parę kroków i moim oczom ukazał się fantastyczny widok – fontanna. Woda z niej wprawdzie nie biła w górę, jednak dość obficie wyciekała do betonowej misy - ku uciesze chlapiącej się w niej dzieciarni. Półnagie dzieciaki, w mokrych, białych albo różowych majtkach jak antyczne amorki krążyły wokół kielicha fontanny, oddając się jakiejś wodnej orgii.

Jak zahipnotyzowana ruszyłam w ich stronę, gotowa dołączyć do grupy. I wtem zorientowałam się, że jestem sama. Spojrzałam za siebie. Moja rodzina stała w dość dużej odległości ode mnie, przy skrzyżowaniu z boczną aleją. Stali i patrzyli w moją stronę, nie mając zamiaru podejść bliżej. Nie mogłam tego zrozumieć. Przecież fontanna była w ten upalny dzień najbardziej atrakcyjnym obiektem w ogrodzie... Oni jednak czekali aż wrócę do nich.

- Tam nie idziemy... - powiedziała ciotka, gdy w podskokach podbiegłam.

Nie miałam odwagi protestować i dopytywać się: co ciotka ma przeciwko fontannie?


Tak, ciotka musiała wiele wiedzieć o Warszawie – i to jeszcze takiej, którą opisywał Bolesław Prus w „Lalce”, czyli z okresu zaboru rosyjskiego. Z tego powodu dobrze porozumiewali się z dziadkiem. Chyba jakimś kluczem do ich fachowych rozmów była osoba Henryka Hussa /1838 – 1915 /, nigdy zresztą nie wymienianego z nazwiska inżyniera kolejnictwa, pomysłodawcy i budowniczego warszawskiej Kolei Wilanowskiej.

Tamtego lata, pod koniec naszego pobytu w Warszawie ciotka zabrała nas jeszcze na uroczysty obiad rodzinny u swoich krewnych. Mieszkali oni, jak się później okazało – chwilowo, w eleganckim mieszkaniu w Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, a więc na MDM. Ciotka chciała żebyśmy doświadczyły tej powstającej z gruzów Warszawy w stylu socrealistycznym.

Nie obeszło się również bez wizyty w Pałacu Kultury i Nauki, którego monumentalną sylwetkę codziennie oglądaliśmy za łąkami Wilanowa. Ten luksusowy kolos budził podziw i szacunek. Wtedy wszystko w nim było jeszcze zupełnie nowe. Dużym powodzeniem cieszył się taras widokowy, który tłumnie odwiedzano. Inne jego tajemnicze miejsca, jak chociażby Sala Kongresowa, w tym momencie były dla nas niedostępne. Z resztą, po dziś dzień w Sali Kongresowej nie byłam.

Kilka dni później przyjechał dziadek i zabrał mnie i babcię do domu. Po tych dziwnych wakacjach, bo kto jeździ na wakacje do Warszawy, pozostało w mojej pamięci najbardziej zmysłowe doznanie – zapach. Początkowo myślałam, że wiąże się to z Wilanowem, a dokładniej - z jego szczególnym powietrzem, które było mieszaniną zapachu zboża na polu, roślin na łąkach i dojrzewających w sadach owoców. Ale nie... Było w tym jeszcze coś więcej – może jakaś woda kolońska z nutą lawendy, może trochę mydła toaletowego, świeżo zaparzona prawdziwa kawa i zimna woda cieknąca z mosiężnego kranu, czysty, szorstki ręcznik, wykrochmalona bielizna … Krótko mówiąc - pachniało dobrze utrzymanym hotelem. Kiedy po wielu latach ciotka przeniosła się do innego mieszkania, zapach powędrował za nią. Trudno było pojąć, w jaki sposób osiągała ten efekt. Kiedyś spróbowałam wywołać go, a tym samym znaleźć na niego przepis. Starannie wysprzątałam i wywietrzyłam nasze mieszkanie, po czym jako aromatu użyłam, tak jak ona, powideł śliwkowych – trochę owoców usmażonych w cukrze do zjedzenia na kolację. W domu zapachniało całkiem przyjemnie ale jednak inaczej.

Stwierdziłam jeszcze raz, że Warszawiacy zdecydowanie i przede wszystkim nadawali się do podziwiania.

Kiedy wróciłam po tamtych wakacjach do domu, pierwszą osobą, z którą zaczęłam rozmawiać o Warszawie był mój nieco starszy kolega, mieszkający w sąsiedztwie. Wysłuchał mnie uważnie, by na koniec, z porozumiewawczym błyskiem w oku świadczącym o inteligencji, rzucić głębokie w swojej treści hasło: „Zburzyć czy zbudować?!!!”. Jak się po chwili okazało, nie była to jego własna myśl, lecz cytat ze sztuki dla dzieci wystawianej aktualnie w naszym teatrze lalek. Tak czy owak, jego uwaga wydała mi się bardzo słuszna i jak najbardziej na miejscu.



 



  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Stare "orty", ale opowieść fascynująca :) Mogłabym podobnie opisać swoje dawne wspomnienia, tylko po co?

Bardzo serdecznie :)))
avatar
Po zdaniu:
`Wprawdzie on i jego rodzice nie mieszkali już tam, ale odwiedzali często rodzinę, która gospodarowała w niewielkim majątku ziemskim pod Wilnem..."
Dodane:" W simie - było to młode pokolenie, którego wizerunek Tadeusz Konwicki nakreślił w powieści "Kronika wypadków miłosnych".
avatar
Wyjątkowa, urzekająca proza, gdzie światów przedstawionych jest Bóg wie, ile - jak w matrioszce - jeden w drugim, a ten z kolei w trzecim czwartym i piątym...

Erudycja, talent, wielobarwność opisywanych postaci, błyskotliwe wstawki humorystyczne, finezja i moc wyrazu - oto niektóre tylko, pierwsze z brzegu wyróżniki tej zadziwiającej twórczości
© 2010-2016 by Creative Media
×