Przejdź do komentarzyWagarowicze mimo woli (2 cz.)
Tekst 2 z 3 ze zbioru: Opowiadanie dla młodzieży
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2018-10-10
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń719

Wagarowicze mimo woli (2 cz.)



To zapewnienie pana Chełmińskiego pani Podgórnej wystarczyło, aby sobie przypomnieć, że przed trwogą, która nią na moment zawładnęła, targało nią inne uczucie. Uczucie bezgranicznej wściekłości. Spojrzała jeszcze raz na zniszczony dziennik klasowy i uczucie wściekłości powróciło natychmiast. Odłożyła go z powrotem na stoliku i z furią rzuciła się na podłogę. Chwyciła za rękaw fartucha... i jak nie wrzaśnie:

— Maleńczuk, ty ofermo jedna, coś ty zrobił z dziennikiem?!

Pani Podgórna, cała roztrzęsiona, szarpnęła rękawem i zerwała fartuch z leżącego pod nim Maleńczuka… i nagle struchlała. Zobaczyła zalanego łzami nieszczęśnika, skulonego w pozycji embrionalnej i drżącego na całym ciele z przerażenia. Wściekłość minęła jej momentalnie.

— Ja… ja … ja nie chciałem — usłyszała po chwili łkający głos.

— Boże mój drogi, Jasiu, co ci się stało? — wyszeptała, pochylając się z litością w oczach nad swoim uczniem.

Pani Podgórna czuła się coraz bardziej oszołomiona. Ten kalejdoskop stanów psychicznych, jakich doznała w ostatnich paru minutach, wykończył ją. Trwoga. Wściekłość. Potem znów trwoga. Wreszcie litość. A teraz przyszła kolei na wstyd. Wstyd za swoje zachowanie. I prawie jednocześnie złość. Złość na samą siebie, że ją aż tak poniosło, iż sama złamała zakaz nazywania Maleńczuka ofermą, i to przed całą klasą. Pani Podgórna uklękła obok leżącego Jasia, i ocierając dłonią jego twarz z łez, przeklinała siebie w duchu za swoje niepedagogiczne zachowanie.

— To nie jego wina, proszę pani. — Pani Podgórna usłyszała nagle czyjś głos nad swą skołataną głową.

Był to głos Danki Mazurek, która jako pierwsza z całej klasy odzyskała rezon i opuściła zbitych w kupie kolegów i koleżanki.

— On nie chciał… On się tylko potknął i upadł, a woda sama wlała się do kwasu siarkowego. To kwas siarkowy jest winny… — nieskładnie tłumaczyła Danka.

— O czym ty Danusiu mówisz? — Pani Podgórna nic nie rozumiała. Czuła się już totalnie skołowana.

— Tak, Mazurek ma rację — poparł Dankę pan Chełmiński. — To był wypadek.

— I co teraz? — bezmyślnie spytała pani Podgórna.

— Trzeba nam ratować, co się da — równie bezmyślnie odpowiedział pan Chełmiński

— A co się da? — Pani Podgórna czuła się ciągle skołowana. Zamilkła więc. Po chwili milczenia i policzenia w myślach do dziesięciu, doszła jednak do siebie i powiedziała: — No tak, trzeba nam ratować dziennik klasowy… Jasiu wstawaj z podłogi. Wybacz mi, że tak na ciebie naskoczyłam. Poniosło mnie. I teraz tego bardzo żałuję. A nawet się wstydzę. Ogromnie się wstydzę.

Pan Chełmiński podał dłoń pani Podgórnej i pomógł jej wstać z klęczek. Maleńczuka zaś chwycił pod pachy i postawił do pionu.

W tym samym czasie reszta klasy zaczęła powoli i w milczeniu opuszczać swój bezpieczny azyl w kącie i na powrót zajmować swoje miejsca w ławkach.

Danka Mazurek objęła ramieniem Jasia i poprowadziła go do jego ławki. Po drodze dała mu swoją chusteczkę do nosa i powiedziała, aby się nie przejmował, bo wszystko się dobrze skończyło.

Pan Chełmiński wraz z panią Podgórną podszedł do stolika, na którym leżał zniszczony dziennik klasowy. W milczeniu, z wielką troską w oczach, oboje mu się przyglądali. Wreszcie pani Podgórna ujęła go delikatnie rękami, niczym najświętszą relikwię, i skierowała się z nim do wyjścia. Będąc już przy drzwiach, odwróciła się i poprosiła pana Chełmińskiego, aby uprzątnął wszystkie chemikalia z biurka i niezwłocznie przyszedł do niej do pokoju nauczycielskiego. Klasie zaś nakazała zupełny spokój i zachowanie ciszy, i wyszła. Po chwili znów wróciła. Od drzwi spojrzała na Jasia Maleńczuka i ze smutkiem w głosie spytała:

— Naprawdę nic ci nie jest?

— Nie, proszę pani. Zupełnie nic! — zawołał Jasio, stając na baczność w ławce. — Tylko strasznie mi wstyd — dodał jeszcze, ale już cichutko, pod nosem.

— To dobrze — powiedziała pani Podgórna i zamknęła za sobą drzwi.

Pan Chełmiński w milczeniu zbierał z biurka wszystkie rzeczy z pracowni chemicznej i sam nosił je na miejsce. Zastanawiał się, co ma klasie powiedzieć, by jakoś załagodzić całą tę nieprzyjemną sytuację. Czuł się winny i nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. Martwił się, że to w końcu na jego lekcji doszło do takiego incydentu. A już najbardziej martwił go zniszczony dziennik klasowy. Wreszcie, kiedy już wszystko posprzątał i zamknął na klucz pracownię chemiczną, podszedł do tablicy i z tego miejsca odezwał się smętnym głosem:

— Trudno, moi drodzy, wypadki chodzą po ludziach. Już ja najlepiej na ten temat wiem. Stało się i już się nie odstanie. Teraz trzeba nam tylko ratować dziennik. Przecież to najważniejszy dokument klasowy. Ale mam nadzieję, że się uda i wszystko wróci do normy… Bo inaczej być nie może. Proszę was teraz, abyście siedzieli spokojnie do końca lekcji, gdyż ja muszę wyjść naprawiać szkody wynikłe na mojej lekcji. Pojutrze mamy następną lekcję, to wszystko sobie wyjaśnimy do końca.

Pan Chełmiński wyszedł z klasy, a w klasie w dalszym ciągu panowała cisza. Wreszcie największy dryblas klasowy, Jacek Paździerz, przerwał ciszę. Wyleciał na środek klasy, zaczął skakać z radości i wykrzykiwać:

— Maleńczuk jesteś wielki! Maleńczuk jesteś wielki! Maleńczuk jesteś niezastąpiony! To co dzisiaj zmajstrowałeś, to istny majstersztyk… O niech ja zakwitnę! Jaśko Zielone Ucho wypalił z kretesem wszystkie moje pały.

— Tak, tak, tak! Jesteś wielki! Kochany Jasiulek Zielone Uszko! — Do Paździerza dołączył drugi „pałowicz”, Władek Gwóźdź. — Teraz belfrzy się nie połapią, z jakich przedmiotów jesteśmy zagrożeni… Cha, cha, cha… ! A to ci numer! Huuurrra!

— Zamknijcie swoje jadaczki! — wrzasnęła groźnie Danka Mazurek. — Jak wam nie wstyd. Wasze zachowanie woła o pomstę do nieba.

— Właśnie, zamknijcie się, i to już! — zawołała Jolka Bednarska, siedząca z razem z Danką w ławce. — Już my nauczycielom przypomnimy z czego wam grożą pały, jak nie przestaniecie się tak zachowywać. Okropność! Chamstwo!

— O to chodzi. Paździerz i Gwóźdź, siadajcie do ławek, bo zaraz z wami zrobimy porządek! — huknął Marcin Kosa. — Słyszeliście, co Podgórunia i Chemion mówili? W klasie ma być spokój. Dość problemów teraz mają z naszą klasą. I choć to nie nasza wina… żadnego z nas… (i tu, wymownie popatrzył na Jasia), bo był to po prostu wypadek, to jednak trzeba przyznać, że sytuacja jest bardzo nieprzyjemna. Nasze całoroczne oceny obróciły się w perzynę. Wiecie, ile będzie z tym problemów, aby je odtworzyć? A i wszystkie inne zapisy z dziennika? Jeszcze nam się Kuratorium na głowę zwali. A może nawet będziemy musieli klasę powtarzać… To by było nieszczęście!

— O rany! To by było! — pisnęła Kasia Warzecha.

— Dlatego, chociaż teraz, zachowujmy się jak trzeba, by belfrom nie stwarzać dodatkowych problemów — dodał Damian Kaczor, patrząc tym razem nie w okno, a na Paździerza i Gwoździa, i to z wielce zdegustowaną miną.

— Tak, tak, tak…! — rozległo się w klasie. — Dyzio ma rację! — przekrzykiwali się wszyscy nawzajem.

Paździerz i Gwóźdź zrobili głupie miny. Postali jeszcze chwilę na środku klasy, w końcu spuścili głowy i poczłapali jak niepyszni do swoich ławek. Nie wypowiedzieli już ani jednego słowa.

W klasie znów zapanowała chwilowa cisza. Każdy na swój sposób kontemplował ostatnie wydarzenia i zastanawiał się, co też z tych wydarzeń może wyniknąć. Wreszcie, to tu, to tam, dały się słyszeć przyciszone szepty. Uczniowie musieli w końcu dać upust nagromadzonym emocjom i wymienić się swoimi myślami i spostrzeżeniami.

Główny bohater tego całego zamieszania w klasie I a, Jasio Maleńczuk, siedział skulony w ławce ze spuszczoną głową i ani drgnął. Nie wiedział jak się ma zachować. Co powiedzieć. I czy w ogóle coś powinien mówić. Czuł się źle. Okropnie źle. Znów miał pecha. I to jakiego? Jak do tej pory — najcięższego kalibru.

Danka Mazurek cały czas obserwowała Jasia. Szkoda jej go było. Widziała jak cierpi. Dłużej nie mogła znieść tego widoku i podeszła do jego ławki. Jasio siedział sam, gdyż siedzący z nim Heniek Hryniewicz nie przyszedł sobie tego dnia do szkoły. Danka usiadła na miejscu Heńka i odezwała się łagodnym głosem:

— Posłuchaj Jasiu, wcale nie masz powodów, żeby się aż tak zamartwiać.

— Aha, akurat.

— No pewnie, że nie. Słyszałeś, co Chemion mówił? Wypadki chodzą po ludziach. A on już wie, co mówi, bo sam miał wypadek. Okropny wypadek, bo miał połamane ręce i nogi. A u nas na szczęście nikomu się nic nie stało.

— Aha, akurat. A widziałaś marynarkę Chemiona? Rękawy miał całe w dziurach.

— Eee tam, wielkie rzeczy. Marynarka rzecz nabyta. Ważne, że nie poparzył sobie ciała. Że nikt nie został poparzony. A cała reszta to pikuś.

— Aha, akurat…

— Co ty z tym: „aha, akurat” — zachichotała Danka.

— No bo jakoś nic nie wspominasz o dzienniku klasowym. Pusty dziennik to może rzecz nabyta, ale nie zapisany.

— Tu może masz rację… Ale możesz być pewien, że nasze ciało pedagogiczne jakoś sobie z tym problemem poradzi.

— Aha, akurat… Ciekawe jak?

— Chyba mają jakieś swoje własne zapiski, z których będą mogli odtworzyć tematy lekcji, no i może nawet nasze oceny. Przynajmniej niektóre. Zresztą, oni już dobrze wiedzą, kto na jakie oceny zasługuje.

— No tak, ale co innego wiedzieć, a co innego zapisać. W dzienniku musi być wszystko zapisane zgodnie z faktem.

— Ach, Jasiu, wyolbrzymiasz wszystko. Zobaczysz, nasza Podgórunia na pewno ma jakieś kopie dziennika.

— Aha, akurat... To by się tak nie wściekła. Pierwszy raz widziałem ją tak rozwścieczoną. Myślałem, że aż apopleksji dostanie.

— Znów przesadzasz.

— Nie, nie przesadzam. Słyszałaś, nazwała mnie ofermą. Po raz pierwszy…

— Ale cię przeprosiła.

— No i co z tego? I tak nie zmieni to faktu, że to ja doprowadziłem ją do takiej furii.

— Nie ty, tylko twój pech.

— O to chodzi. A ja, to nikt inny, jak tylko chodzący pech. A tym razem mój pech, to nie jest taki sobie zwykły pech, to tragedia.

— Jasiu, proszę cię. Już my zrobimy wszystko, aby nikt do ciebie nie miał pretensji. Niechby ktoś śmiał, to mu zaraz do oczu skoczymy. Wara wszystkim od naszego Jasia!

— Ofermy… Albo największego łamagi… Zapomniałaś dodać.

— Jasiu, bo cię zaraz ugryzę w ucho — zachichotała Danka.

— W zielone ucho. Zapomniałaś dodać — zachichotał tym razem też i Jasio.

— No, wreszcie! Wreszcie widzę uśmiech na twojej twarzy. I tak trzymaj!

— Dzięki, Danuśka. Dzięki, że ze mną pogadałaś. To było mi potrzebne. Od razu poczułem się lepiej.

Na korytarzu szkolnym przebrzmiał dzwonek na przerwę, a klasa ciągle siedziała w ławkach. Nikt z klasy na przerwę nie wychodził. Wreszcie przebrzmiał też i dzwonek na lekcję. Na drugą lekcję. Lekcję polskiego z wychowawczynią klasy, panią Podgórną. Pani Podgórna w klasie się jednak nie pojawiała. Dopiero po dziesięciu minutach, drzwi klasy się otworzyły i pani Podgórna weszła do klasy. Ciągle miała smutną minę, ale tak jakby nieco mniej. Podeszła do biurka, popatrzyła na uczniów, i powiedziała:

— No trudno, stało się. A co się stało, to się nie odstanie. Teraz musimy się skupić na naprawianiu szkody. Dlatego miałabym prośbę. Danusia i Marcin, proszę podejdźcie do mnie. Chciałabym, abyście w trakcje mojej lekcji poszli do mnie do domu i przynieśli mi moją czarną aktówkę z dokumentami klasy. W domu jest moja matka. Próbowałam się do niej dodzwonić, aby ją uprzedzić, że przyjdziecie, ale niestety nie udało mi się. Moja matka niedosłyszy i zapewne zapomniała założyć swój aparat słuchowy. Dlatego, kiedy dotrzecie do mojego domu, dzwońcie do drzwi wejściowych tak długo, aż wam otworzy. A otworzy na pewno, bo choćby i nawet dzwonka nie słyszała, to w końcu zobaczy migającą lampkę podłączoną do dzwonka. Tak że nie poddawajcie się, tylko dzwońcie aż do skutku. Powiecie jej, że was przysłałam po moją aktówkę, i że ona leży na regale w moim pokoju. No, to idźcie już. W ciągu mojej lekcji powinniście obrócić tam i z powrotem. Przecież wiecie, gdzie mieszkam, i ile czasu idzie się do mojego domu. Ale gdyby wam jednak zeszło to nieco dłużej, to was usprawiedliwię… Zaraz, co macie następne? Aha, geografię, a więc uprzedzę pana Kilińskiego, że możecie się trochę spóźnić na jego lekcję… Zrozumieliście wszystko?

— Tak, proszę pani — odpowiedzieli jednocześnie Danka i Marcin.

— To dobrze. Idźcie więc i wracajcie jak najszybciej. Ale idźcie główną drogą. Nigdzie nie zbaczajcie i nie zatrzymujcie się. Dobrze?

— Tak, proszę pani — znów jednocześnie odpowiedzieli Danka i Marcin.

Danka i Marcin ruszyli do drzwi, i już mieli wychodzić, kiedy pani Podgórna ich zawróciła.

— Poczekajcie. Weźcie z sobą Jasia Maleńczuka… Słyszysz, Jasiu? Pójdziesz z Danusią i Marcinem. Myślę, że dobrze ci zrobi łyk świeżego powietrza po tylu emocjach. No co, masz ochotę przejść się trochę?

— Z wielką przyjemnością! — zawołał uradowany Jasio i natychmiast poderwał się z ławki i z uśmiechem ruszył do drzwi.

Danka, widząc rozjechaną uśmiechem buzię Jasia, ucieszyła się i puściła do niego oczko. Po czym z szarmanckim gestem przepuściła go pierwszego przez drzwi, Marcina również, a sama odwróciła się do pani Podgórnej i uśmiechnęła się do niej szeroko. Zamykała już za sobą drzwi, kiedy pani Podgórna zatrzymała ją raz jeszcze, wołając:

— Danusiu, ale bardzo was proszę, uważajcie na Jasia!

— Oczywiście. Proszę się nie martwić. Nic mu się nie stanie. Nie spuścimy go z oczu — odpowiedziała Danka z głową w drzwiach.

No i poszli. Szli główną ulicą, ulicą Powstańców, na końcu której, zaczynała się ulica Ogrodowa. I to właśnie na ulicy Ogrodowej był dom pani Podgórnej. Ulica Ogrodowa była ostatnią ulicą w zachodniej części ich miasteczka. Piękna okolica. Tuż za domem pani Podgórnej rozciągała się ogromna łąka, a zaraz za nią, wspaniały las. Las Sułkowski. Trójka uczniów maszerowała raźnym krokiem i uśmiechała się do wszystkich napotkanych przechodniów. Pogoda była piękna. Jak w lecie. Słoneczko na błękitnym niebie świeciło cudownie. Ptaszki śpiewały. Kwiaty rozsiewały aromatyczną woń. Żyć nie umierać.

Jasiowi tak bardzo udzielił się nastrój wspaniałego wiosennego ranka poza murami szkoły, że wnet zapomniał o swoim pechu i humor mu wrócił całkowicie.

— No widzicie? Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło — zawołał ucieszony niezmiernie. — Idziemy sobie wesoło i wszystko nam sprzyja. Pogoda jak na wakacjach. Wszyscy się do nas uśmiechają. Czego nam więcej potrzeba? Niczego! A więc: „idziem żyć!”… Cha, cha, cha…! Życie jest piękne. Czy ktoś z nas miał dzisiaj jakiegoś pecha?

— Nieeee, Jasiu! — zawołała Danka i Marcin ze śmiechem.

W wyśmienitych humorach trójka uczniów doszła do domu pani Podgórnej. Marcin otworzył furtkę i weszli na podwórko. Wkrótce stali już przy ganku domu ich pani.

— No, to dzwoń Marcinie! — zawołała Danka. — Ale dzwoń porządnie, tak, aby starsza pani usłyszała… Albo zobaczyła. Wsio ryba, byleby nam otworzyła.

— Ma się rozumieć, że będę ten dzwon naciskał ile wlezie — zachichotał Marcin. — Zobaczycie, zaraz starsza pani stanie w drzwiach.

— Hej, patrzcie, jaki fajny kotek! — zawołał nagle rozpromieniony Jasio.

— No, to kotek, a właściwie kotka naszej Podgóruni — wyjaśniła Danka. — Nazywa się Soraja.

— Ależ ona śliczna. Taka czarnulka z dużymi zielonymi oczami — zachwycał się Jasio.

Jasio trwał w zachwycie i oczu nie mógł oderwać od czarnej kotki. Bo Jasio uwielbiał koty. I to różnej maści. Stał więc bez ruchu i przypatrywał się chodzącej po podwórku dostojnym krokiem Soraji.

Danka patrzyła raz na Jasia, raz na drzwi ganku.

Marcin dzwonił i dzwonił, aż mu palec zdrętwiał, ale w końcu udało mu się wywabić starszą panią z domu, bo drzwi się nagle otworzyły i starsza pani stanęła w progu.

Matka pani Podgórnej na widok przybyłych gości szeroko się uśmiechnęła i głośno, może nieco zbyt głośno, zawołała:

— O, witam was serdecznie, moi drodzy. Jesteście uczniami mojej córki. Poznaję, poznaję. A cóż was do mnie sprowadza…? Zaraz, zaraz. Zanim zaczniecie mi opowiadać, muszę najpierw założyć mój aparat słuchowy. Bo wiecie, na starość słuch już nie ten. Ale proszę, wejdźcie do środka.

— To wy wchodźcie, a ja tu na was poczekam. Poprzyglądam się jeszcze tej ślicznej mruczusi — zawołał Jasio za plecami Danki i Marcina.

Danka i Marcin weszli do środka i czekali aż starsza pani znajdzie swój aparat słuchowy i założy go. Starsza pani biegała po kuchni i szukała za nim, to tu, to tam, to tam, to tu, aż w końcu znalazła. W lodówce. Danka i Marcin buchnęli śmiechem. Tak bardzo ich ubawiło miejsce przechowywania aparatu słuchowego przez starszą panią. Jednak zaraz złapali się za buzię, gdyż starsza pani zwinnym ruchem ręki w mig włożyła aparat słuchowy tam gdzie trzeba, czyli do ucha.

Starsza pani popatrzyła na swoich gości. Poprawiła rozczochrane włosy i z wesołym uśmiechem na twarzy zawołała, ale już o pół tonu ciszej, niż poprzednio:

— No, już! Już możecie mi powiedzieć, co was do mnie sprowadza. Zapewne moja córka was po coś przysłała. O co chodzi?

Danka z uśmiechem na twarzy podjęła się wyjaśnienia starszej pani powodu ich najścia oraz wytłumaczyła gdzie znajduje się czarna aktówka, po którą przyszli. Starsza pani nie miała problemów z odszukaniem aktówki córki, gdyż córka jej, jak powiedziała, jest wielką pedantką i wszystko zawsze trzyma w należytym porządku. Przyniosła z pokoju córki aktówkę i wręczyła ją Marcinowi. Marcin i Danka podziękowali serdecznie, i wypowiadając słowa pożegnania, kierowali się do wyjścia. Starsza pani jednak nie pozwoliła im tak od razu wyjść. Zaprosiła ich do stołu w pokoju stołowym i poczęstowała pysznymi pączkami z dżemem z dzikiej róży. Danka i Marcin zajadali się pączkami, a starsza pani opowiadała im wesołe historyjki ze swojego dzieciństwa. Wreszcie Marcin spojrzał na zegarek i dał znak Dance, że muszą już iść. Pożegnali się miło ze starszą panią i wyszli.

Marcin trzymał pod pachą czarną aktówkę, a Danka pączki dla Jasia. Starsza pani pamiętała, że był i trzeci uczeń, który został na podwórku i specjalnie dla niego zapakowała dwa pączki. Kiedy Danka i Marcin znaleźli się już na podwórku, ze szczęśliwymi minami i wspaniałym smakiem dzikiej róży w ustach, zaczęli się rozglądać za Jasiem. Ale Jasia nigdzie nie było widać. Pomyśleli wtedy, że z pewnością zabawia się gdzieś z kotką Sorają. Zaczęli go więc nawoływać. Ale nic. Cisza. Żadnej odpowiedzi. Danka popatrzyła na Marcina, Marcin na Dankę, i miny im zrzedły.

— Na rany koguta, chyba mu się nic nie stało? — wysapała zdenerwowana Danka.

— No coś ty? Tutaj? A cóż by się mogło mu stać? — pocieszał Dankę Marcin, ale głos miał jakoś dziwnie niepewny.

— Mam nadzieję, że nic. Ale już sama nie wiem. Obiecałam Podgóruni nie spuszczać Jasia z oka. I co? Spuściłam.

— Och, Danka, nie przesadzaj. Przecież Jasio zaraz się znajdzie… O, popatrz, tam po chodniku idzie jakiś starszy pan, spytam go czy nie widział Jasia.

— To jest pomysł. Chodźmy.

— Proszę pana, proszę pana! — wołał Marcin już od furtki. — Proszę nam powiedzieć, czy nie widział pan naszego kolegi? Wie pan, taki nieduży wzrostem, szczupły, z kędzierzawą, rudą czupryną. Zabawiał się na podwórku naszej pani, pani Podgórnej, jej kotem, i teraz nigdzie go nie widać. Kota też nie.

— Aaa… chodzi wam zapewne o tego rudzielca? — odezwał się przechodzień i zaśmiał się tubalnie. — Tak, tak, widziałem. Nawet go przez chwilę obserwowałem, bo dziwne mi się to wydało, że on tak pędzi jak szalony. No i potem zobaczyłem, że on pędzi za takim łaciatym psem, a pies pędzi za czarnym kotem. Pognali przez łąkę w stronę lasu. Ale zasuwali! Mówię wam.

— A niech to kaczka kopnie! — wrzasnęła Danka.

— Co, co? Co panienka mówi? Kaczka? A nie, kaczki nie widziałem — odrzekł starszy pan i zaczął się rechotać przeraźliwie, głośno i nieprzyjemnie.

Starszy pan odszedł, ciągle rechocząc, a Danka i Marcin stali jak wryci, nie wiedząc co mają począć.

— No nie, teraz to już jestem zły na Jaśka! — huknął Marcin, trzaskając ze złości aktówką po udzie.

— A ja bardziej na siebie. Że też mnie podkusiło, aby się godzić na jego pozostanie na podwórku. Trzeba go było za wszarz zaciągnąć do środka i ani na moment nie spuszczać z oczu… Kurka wodna, i co my teraz zrobimy? Czas leci. Podgórunia niecierpliwie czeka na nas. A my co?

— A my na to, jak na lato! — zawył Marcin.

— Odbiło ci, czy jaka choinka?! — Danka popatrzyła z niesmakiem na kolegę.

— Ano odbiło. Czy przy takim głąbie może nie odbić?

— Cicho bądź! Gadaj lepiej co robimy.

— Jak to co? Chyba nie chcesz wracać do szkoły bez tego… tego…

— No, no, tylko nie zaczynaj znów! Bo wiesz, ja się naprawdę o niego martwię. A może po tym jego dzisiejszym popisie doznał jakiegoś uszczerbku na psychice? Może teraz, po tym wszystkim, chce sobie coś zrobić? Bo chyba nie myślisz, że to prawda, co ten stary żartowniś nam tu opowiadał. Przecież widziałeś, że wyraźnie sobie z nas kpił i zabawiał się naszym kosztem.

— Czy coś się stało? — Danka i Marcin usłyszeli nagle czyjś głos za plecami.

Odwrócili się natychmiast i zobaczyli jakąś panią w średnim wieku.

— Tak, tak, proszę pani, stało się! — zawołała Danka z nadzieją w głosie. — Bo wie pani, my szukamy naszego kolegi. Był tu z nami, a teraz nigdzie go nie ma. Znikł jak kamfora. Ponoć pobiegł gdzieś przez łąkę… Ale pewni nie jesteśmy.

— A tak, widziałam jakiegoś chłopca, który biegł łąką — odpowiedziała nieznajoma pani.

— A biegł sam?

— Nikogo z nim nie widziałam. Więc chyba sam. To źle, czy dobrze? — dociekała nieznajoma.

— Właśnie nie wiemy. Ale dziękujemy pani za informacje — powiedział Marcin, siląc się na miły głos, choć w duchu zły był coraz bardziej.

— Marcin, biegniemy za nim. I to już! — zadecydowała Danka, kiedy tylko nieznajoma pani odeszła.

No i pobiegli. Gnali przez łąkę co tchu i rozglądali się dookoła. Co rusz też nawoływali Jasia. I choć na łące widoczność mieli dobrą, i nikogo na nie niej widzieli, to mimo to, co chwilę się wydzierali: — „Jasiu! Jaśko! Maleńczuk!” — Wiedzieli, że nawołują na darmo, ale że akurat w tym momencie nic innego, jak biec i wrzeszczeć, nie mogli zrobić, to wyżywali się na tym, co mogli. Biegli więc i wrzeszczeli. Wrzeszczeli i biegli. Całym sobą byli skupieni na tych dwóch tylko czynnościach. Lęk o Jasia i ogromne zdenerwowanie było im motorem, siłą napędową. Pokonali łąkę w iście olimpijskim tempie. Dobiegli do ściany lasu i przy pierwszych drzewach zatrzymali się.

— Marcin, poczekaj, przecież nie będziemy w takim samym tempie ganiać też i po lesie. Łby sobie o drzewa porozbijamy — wysapała Danka i zgięła się w pół. — Rany, ale się zasapałam. Jak miech naszego starego kowala… Och, ja chyba skonam. No dobra, co tam ja, Jasiu jest teraz ważniejszy. Musimy się zastanowić, jak go szukać. Może ja pójdę w prawo, a ty w lewo. Będziemy wszędzie zaglądać. Na każde drzewo, do każdej dziury, no i nawoływać go ile wlezie. Teraz nasze oczy i gardła muszą dać z siebie wszystko… Ty, Marcin, a która jest właściwie godzina? O matko moja, już trzecia lekcja się kończy. Podgórunia tam w szkole już chyba palpitacji serca dostaje.

— A to pewne! — świszczącym głosem zawołał Marcin i też zgiął się w pół.— No, faktycznie, sprint to my mamy na medal. Nasz fizyczniak Bolcio musiałby nas widzieć. Ani chybi, wysłałby nas na olimpiadę… Masz rację Danka, zrobimy jak mówisz. Zasuwaj w prawo, a ja w lewo. Będziemy głośno wrzeszczeć, co tchu w piersiach, może nas usłyszy ta… ta… No dobra, dobra, nie kończę! A nie patrz tak na mnie, bo mnie wzrokiem zabijesz i wtedy będziesz za dwóch swoich najlepszych kolegów przed sądem odpowiadać… Cha, cha, cha…! O niech mnie chudy bocian kopnie! Po tym wysiłku chyba mi się jakaś śrubka w głowie poluzowała.

— Marcin, błagam, opanuj się i zacznijmy szukać. Czas nagli.

— Tak, tak, jak zwykle masz rację. Ale poczekaj, na czym to ja skończyłem? Aha, musimy wrzeszczeć głośno nie tylko ze względu na Jaśka, ale nas samych. Bo ważne jest też to, byśmy się nawzajem słyszeli i nie pogubili. Przecież Las Sułkowski jest duży. Jak pobłądzimy, to nasza Podgórunia ni Jasia, ni nas dzisiaj nie uświadczy. Chyba, że to w końcu nasz klasowy pechowiec Jasio nas znajdzie. Ale nie, to mało prawdopodobne. Zasuwajmy więc lepiej sami za nim szukać, zgodnie z ustaloną taktyką i marszrutą. Dajmy sobie pół godziny poszukiwań, jeśli nie przyniosą efektów, to spotkamy się znów w jakimś miejscu lasu i zastanowimy się co będziemy robić dalej. Mam nadzieję, że te pół godziny wystarczy, by go odnaleźć. Przecież nie mógł aż tak daleko w głąb lasu zaleźć… No, to darz bór, Mazureczku!

— Darz bór, Kosynierze!

Ruszyli. Danka poszła prawą stroną lasu, Marcin lewą, co rusz nawołując Jasia. Po drodze zaglądali na każde drzewo. Zaglądali do każdej dziury, każdej jamy. Ale Jasia ani widu, ani słychu. Danka ze strachu o Jasia już aż truchlała. Miała najczarniejsze myśli. Bo jak to możliwe, żeby w tak krótkim czasie przepadł jak kamień w wodę. Ze zdenerwowania i trwogi, krzyczała coraz głośniej. Aż zachrypła. Krzyczała jednak dalej. Krzykiem chciała też zagłuszyć swój osobisty strach. Nie czuła się najlepiej sama w głębi lasu. Słyszała wprawdzie w oddali krzyk Marcina, ale to tylko w oddali i niewiele otuchy z tego powodu odczuwała. Wiedziała, że Marcin musi być bardzo daleko od niej. Co chwilę spoglądała na zegarek, aby być pewną, że nie przegapi tej umówionej pół godziny i nie polezie Bóg wie gdzie, zaprzepaszczając szansę na spotkanie z Marcinem. Na samą tylko myśl, że mogłaby zabłądzić w tym przepastnym lesie, czuła ogromną falę dreszczy, przelatującą po całym jej przepoconym ciele. Wtedy krzyczała jeszcze głośniej: — „Jasiu, Jasiek, błagam, odezwij się! Jasiu, Jasiu, gdzie jesteś?!”

Marcin, łażąc po lesie zgodnie z planem marszruty, wkurzał się na Jaśka jak sto diabłów. Przecież czwarta lekcja się już kończyła, a na piątej miała być klasówka z matematyki. Skóra mu cierpła na samą myśl, co czeka ich w szkole za ich nieobecność. Domyślał się też, co pani Podgórna musi przeżywać. W końcu to ona ich wysłała w czasie lekcji poza mury szkolne. Do samych jednak poszukiwań Jaśka podchodził spokojnie. Słowa Danki o tym, że Jasiek mógłby chcieć coś złego sobie zrobić nie docierały do niego. Szybciej uwierzyłby, że Jasiek popadł znów w jakieś nowe, udziwnione tarapaty, spowodowane jego przeklętym nieudacznictwem, ale już na pewno nie w to, że mogłyby mu przyjść do głowy jakiekolwiek myśli samozagłady. Według niego, Jasiek zbyt kochał życie, aby dopuścić do siebie tak katastroficzne myśli. Dlatego w tym względzie akurat był całkiem o Jaśka spokojny. Owszem, martwił się o niego i nawoływał stale, wszędzie też za nim uważnie zaglądał, miał jednak nieustającą pewność, że Jasiek zaraz się znajdzie, cały i zdrów. Innych myśli do siebie nie dopuszczał. Cały czas kontrolował też czas. Kiedy spojrzał na zegarek już po raz enty i zobaczył, że umówione z Danką pół godziny mija, zaczął wrzeszczeć jak opętany. Chciał zwabić Dankę do siebie, bo jakoś podświadomie czuł, że Jasio gdzieś w tym miejscu musi być. Trzymał przecież w ręce kawałek sznurówki, na który przed chwilą natknął się na ściółce leśnej, i coś mu w głowie świtało, że podobne sznurówki widział u Jasia, w jego ulubionych trampkach.

Danka biegła za krzykiem Marcina jak szalona. W duchu czuła wielką ulgę, że zaraz będzie przy nim, gdyż coraz bardziej miała dość samotnego łażenia po mało znanym jej lesie. Biegła i też krzyczała, ponieważ sądziła, że Marcin biegnie jej naprzeciw, więc musi ją słyszeć, aby wiedzieć w którym kierunku ma biec. Jak niemile była zaskoczona, kiedy dobiegła do Marcina i zobaczyła, że on siedzi sobie spokojnie na pniu drzewa i tylko patrzy w jej kierunku.

— No pięknie! — wrzasnęła oburzona tym widokiem. — To ja lecę jak pofyrtana, a ty sobie spokojniutko odpoczywasz? Ale z ciebie dżentelmen!

— Danka, postraszyło cię w tym lesie, czy jaka choroba? — zarechotał Marcin. — W lesie szukasz dżentelmenów? Toż w lesie sama dzicz…

— Skończ ty już lepiej swoje wywody na temat lasu i gadaj mi tu, co z Jasiem. Znalazłeś go, skoro siedzisz i nic nie robisz?

— Psińco znalazłem a nie Jaśka! — huknął Marcin wkurzonym głosem, bo po chwili rozbawienia, w mig przypomniał sobie czemu tu siedzi. — Jak ja dorwę tego patałacha, to mu gnaty policzę… Słyszysz Maleńczuk?! Jak nic, gnaty będziesz miał policzone! Klasówa z matmy się zaczęła! Słyszysz, ty zakało?!

— Marcin, a tobie… tobie… tobie to już naprawdę odbiło — wydukała Danka, niepewnie spoglądając na kolegę.

— No, może trochę. Ale powód mojego odbicia chyba znasz? A i do tego wszystkiego głodny jestem już jak wilk. Dawaj te pączki, zjemy po jednym.

— Ani mi się waż! — prychnęła Danka. — One są dla Jasia.

— Dla Jasia, dla Jasia… A gdzie ten Jaś? — Marcin zrobił zniesmaczoną minę, spoglądając na papierową torebkę w ręce Danki.

— Właśnie, gdzie on jest? Marcin, powiedz, co robimy? A może on już jakimś cudem sam dotarł do szkoły?

— No, możliwe. Może nawet siedzi sobie w ławce i pisze klasówę z matmy... O cholewcia, gdyby tak było rzeczywiście, to chyba bym go udusił własnymi rękami.

— Ach, skończ, zaraz udusił… Jednak myślę, że to mało prawdopodobne, bo chyba nie założył czapki niewidki. Ty, a co ty tam trzymasz w ręce?

— Jak to co? Aktówkę Podgórni.

— Ale ty mnie wkurzasz. Pytam o to coś w drugiej ręce.

— Aha, to. To jest kawałek sznurówki. Znalazłem go przed chwilą na ziemi. I wiesz co mi się wydaje? Otóż wydaje mi się, że podobne sznurówki widziałem u Jaśka, w jego zdeptanych trampkach.

— Pokaż, pokaż! Faktycznie. Jestem pewna, że Jasiek takie ma. Nawet jeszcze dzisiaj przed lekcjami nabijałam się z niego, że już dawno temu powinien wymienić te starocie na nowszy model, bo mało tego, że nie widać już koloru tych jego trampek, to jeszcze do tego sznurówki ma straszliwie porwane i jakoś tak dziwacznie powiązane. Tak, jestem pewna, ten kawałek sznurówki należy do niego. O rany, to jednak on tu był.

— Był i się zbył! Kurna chata… Ciii, słyszałaś coś?

— Nie.

— To bądź cicho

— Przecież nic nie mówię.

— O, wyraźnie słyszałem jakieś buczenie, czy coś w tym rodzaju.

— Ty, ja teraz też coś słyszałam. Chodźmy w tym kierunku.

Danka i Marcin zaczęli iść powolutku, noga za nogą, uważnie, by nie nadepnąć na jakieś gałęzie i ich trzaskiem nie zagłuszyć tego dziwnego odgłosu, który słyszeli coraz to wyraźniej i coraz bliżej. Nagle zdębieli jednocześnie, gdyż ni stąd, ni zowąd, usłyszeli gromkie przekleństwo, wydobywające się skądś — jak gdyby spod ziemi. Zatrzymali się przerażeni i popatrzyli na siebie. Jakie było ich zaskoczenie, kiedy po chwili usłyszeli przytłumione: — „Marcin, Danka… Wy głąby kapuściane… Wy trąby jerychońskie!” — Oboje puścili mimo uszu te niezbyt miłe wyzwiska pod swoim adresem i pobiegli w tym kierunku, z którego one dolatywały. Wkrótce oczom ich ukazała się jakaś dziura w ziemi. Dziura ta miała może półtora metra średnicy i wyglądała jak lej po wybuchu bomby. Wyhamowali natychmiast swój bieg i już całkiem powoli zaczęli do niej podchodzić. A kiedy podeszli już całkiem blisko, wyciągnęli szyje i zaglądnęli do środka. To, co tam, na dnie dziury zobaczyli, najpierw ich ogromnie przeraziło, jednak po chwili, ucieszyło, aż wreszcie, niesamowicie rozbawiło.

— Maleńczuk, a ty co tam robisz?! — wrzasnął Marcin do dziury.

— A jak myślisz? Chyba nie piszę klasówy z matmy — odpowiedziała dudniąco dziura.

— Ale jakim cudem ty się w tej dziurze znalazłeś, skoro zostawiliśmy ciebie na podwórku Podgóruni?

— A daj ty mi teraz spokój z cudami i lepiej pomóż mi się stąd wydostać! — huknęła z pogłosem dziura.

— Poczekaj, Jasiu, już my ciebie zaraz z tej dziury wyciągniemy! — zawołała wprost do dziury Danka, robiąc dłońmi tubę przy ustach.

— Już cię wyciągamy... I to po mimo tych wyzwisk pod naszym adresem — dodał Marcin, chichocząc ze szczęścia, że wreszcie znaleźli Jaśka i będą mogli już wracać.

Marcin zaczął się rozglądać za jakąś solidną gałęzią. Dziura okazała się dość głęboka. Żeby móc więc sięgnąć do dna i pomóc Jaśkowi wydostać się na górę, musiał szukać za bardzo długą gałęzią. Na szczęście szybko udało mu się odpowiednią znaleźć. Niedaleko dziury leżało powalone niewielkie drzewo. Marcin poskakał po jednym z jego konarów i wyłamał go od pnia. Potem rękami powyłamywał jego boczne gałęzie i z takim kikutem pognał do dziury.

Kiedy Marcin zajęty był szukaniem gałęzi, Danka w tym czasie zabawiała Jaśka rozmową. Pocieszała go łagodnym głosem, że ma się nie martwić, że już zaraz, że już za chwilę, będzie wyswobodzony, i że wreszcie poczuje się lepiej. Rzuciła mu też do dziury dwa pączki od starszej pani. Koniecznie chciała poprawić mu humor i sprawić, by nabrał sił przed wspinaczką.

— Uważaj Jaśku, podaję ci gałąź! — zawołał Marcin, kiedy stanął już nad dziurą. — Chwytaj mocno. Ja będę ciągnął, a ty wspinaj się nogami po ścianie dziury. Najlepiej szeroko rozstawionymi nogami, to ziemia nie będzie się tak obsuwać podczas twojej wspinaczki… Trzymasz?! No dobrze… Czekaj no chwilkę… Danka łap za gałąź. Razem go szybciej wyciągniemy… Bo on też trochę waży.

— No, teraz waży jeszcze więcej, bo spałaszował pączki — zachichotała Danka nad wyraz szczęśliwa, że oto z Jasiem wszystko się dobrze kończy.

— A niech tam, damy radę i te dwa pączki jeszcze wyciągnąć — zaśmiał się Marcin. — Zaczynamy… Dawaj Jasiu, ciągniemy! I raz…

Marcin i Danka zaparli się nogami i ciągną ile sił. Aż im oczy z orbit wylazły. A Jaśka jak nie widać, tak nie widać.

— Jasiek, co z tobą?! — wrzasnął Marcin do dziury, zasapany jak stara lokomotywa. — No czemu nie wyłazisz?

— Bo nie mogę! Chyba mam nogę zwichniętą — rozległo się z dziury.

— No dobrze, to trzymaj się gałęzi jeszcze mocniej, a my sami ciebie wyciągniemy! — zadecydował Marcin.

No i ciągną. Z całych sił, z całej mocy. Ciągną i ciągną, niczym bajkowy dziadek z babką za rzepkę, i wyciągnąć nie mogą. Wreszcie Marcin się wkurzył i wrzasnął:

— Jasiek, w tym bezwładzie, to ty ważysz chyba ze sto kilo! Chociaż tą zdrową nogą odpychaj się od ściany dziury. Bo tak, to my ciebie nigdy nie wyciągniemy i sczeźniesz tam na amen.

— No, Jasieńku, pomóż nam trochę. Bo chyba nie masz dwóch nóg zwichniętych, co? — zawołała do dziury zasapana Danka.

— Nie, tylko jedną… chyba. Dobra, spróbuję wam pomóc mnie wyciągnąć!— zadudniła dziura.

— Wielkie dzięki, Jasiek. To bardzo miło z twojej strony. Więc uważaj, na trzy, my ciągniemy, a ty podpychasz się do góry ile wlezie! — zakomenderował Marcin. — Uwaga, i raz, i dwa, i trzyyyyyy!!!

Marcin z Danką, z nogami wbitymi w ściółkę leśną, dają z siebie wszystko, i sapiąc okrutnie, ciągną bez opamiętania. Nagle oboje poczuli wyraźnie, że w dziurze coś jakby drgnęło i poddaje się ich sile ciągnienia. Zadowoleni, zaczęli krzyczeć:

— Dawaj Jasiu! Dawaj! Jeszcze trochę! Jeszcze trochę!

Po chwili potwornego wysiłku, tych, co na powierzchni ziemi, ale też i tego, co pod powierzchnią ziemi, u wylotu dziury ukazało się coś czarnego. Danka i Marcin, ciągnąc nadal, zaniepokoili się nieco tym widokiem. Spodziewali się najpierw rudą czuprynę raczej zobaczyć. Ale nic, ciągnęli dalej, nie przerywając. Wreszcie oczom ich ukazała się dalsza część tego czegoś czarnego. Wtedy oboje, nie bacząc już nawet, co ciągną, szarpnęli gałęzią tak mocno, że to coś czarnego, niczym niezgrabna poczwara, wypełzło w całości na brzeg dziury. Danka i Marcin na ten widok oniemieli. I choć to ich uczucie było głębokie, to jednak bardzo krótkotrwałe, gdyż w oka mgnieniu zamieniło się w uczucie bezgranicznego rozbawienia.

— A niech mnie kule biją! Danka, czy ty to widzisz?! — huknął potężnym śmiechem Marcin. — Wyciągnęliśmy jakiegoś Murzyna z tej dziury. Ani chybi, ta dziura, to nie jest taka całkiem sobie zwykła dziura. To przekop do Afryki.

— Cha, cha, cha, ale śmieszne! — wkurzył się niby Murzyn, leżący na brzegu dziury. — Mało przez was nie umarłem, a ty śmiesz się ze mnie teraz nabijać?

— No coś ty, Jasiu, co ty mówisz? Przez nas? — zaniepokoiła się Danka i uśmiech zniknął z jej twarzy.

— A przez was! Siedziałem w tej dziurze już tak długo i za nic nie umiałem się z niej wykaraskać. Cały czas nawoływałem pomocy. I kiedy w końcu was usłyszałem, tak bardzo się ucieszyłem i tak głośno was wołałem, że mi mało płuca nie pękły. Ale nie, żadne z was nie raczyło mnie usłyszeć.

— Jak to? — zmartwiła się Danka.

— A tak to! Bo sami wydzieraliście się jak opętani i zagłuszaliście moje nawoływania. Myślałem, że już po mnie. Że już mnie żywego nikt z tej matni nie wyciągnie.

— Biedny Jasiu — wyszeptała Danka.

— Biedny? Jasiu jest biedny? — zezłościł się Marcin. — A co ten biedny Jasiu robił, że znalazł się w tej dziurze? Hę?! Zostawiliśmy go przecież na podwórku Podgóruni. Co on tu więc nagle w lesie robi? Pytam się? Ktoś go z katapulty w kierunku lasu wystrzelił?

— Eee tam, zaraz wystrzelił. Sam tu dotarłem… Danuśka, możesz mi pomóc oczyścić się jakoś z tej ziemi? Bo ten niewyrozumiały Marcinek znów mnie Murzynem nazwie.

— Niewyrozumiały? Ja jestem niewyrozumiały? A ty niby jesteś wyrozumiały, co? — Marcin zezłościł się jeszcze bardziej. — A czy tobie, choć na chwilę, przyszło na myśl do tej twojej ryszawo-czarnej pały, co my przeżywaliśmy, szukając tak długo za tobą?

— No dobra, chyba masz trochę racji, że… że nie przyszło — przyznał Jasio z rozbrajającą miną, niemrawo pomagając Dance w otrzepywaniu swojego ubrania z ziemi. — Ale tylko dlatego, że… że, no że strasznie się bałem. Bałem się, że już po mnie. Że… że…

— To akurat można zrozumieć. — Marcin wszedł w słowo Jaśkowi. — Ale tego, co cię do tego strachu doprowadziło, to już nie. Melduj nam tu zaraz, dlaczego tu się znalazłeś... Melduj, mówię!

— No OK., mogę meldować, chociaż z góry wiem, że mój meldunek wam się nie spodoba.

— Wszystko jedno. Melduj i tak — nie odpuszczał Marcin.

— Ale chciałem dobrze, wierzcie mi…

— Skończ ty już lepiej z tymi twoimi komunałami, bo to akurat wiemy doskonale — kpił Marcin. — Ty zawsze chcesz tylko dobrze, ale co z tego twojego „dobrze” wychodzi, wnet się przekonujemy. Nigdy nie każesz nam długo czekać. Właśnie jak teraz. Jak na załączonym obrazku.

— Marcin, daj spokój! — zawołała Danka, spoglądając na kolegę złym wzrokiem.

— A niech tam! — Marcin machnął ręką z rezygnacją. — To melduj w końcu, cóż to za powód sprowadził cię na łono tej, jakże pięknej skądinąd przyrody. Zamieniamy się w słuch.

— A właśnie, że zamelduję, bo powód był bardzo szlachetny. — Jasiek nabrał spory łyk powietrza i zaczął opowiadać: — Kiedy wy tak długo siedzieliście w domu Podgóruni z jej matką, zacząłem się już nudzić. Wziąłem więc kotkę Soraję na ręce i wyszedłem przed furtkę, aby z ulicy podziwiać piękną okolicę. Przyznacie sami, że nasza Podgórunia mieszka w cudownym miejscu. Cisza, spokój, a za domem pachnąca łąka i piękny, zielony las w oddali…

— Zielony, to ty jesteś, Jaśku. Gadaj wreszcie do rzeczy — niecierpliwił się Marcin.

— Toż przecież gadam… No i jak tak stałem z Sorają na rękach i wpatrywałem się w tę cudowną dal, usłyszałem nagle szczekanie psa. A po chwili, zobaczyłem jego samego biegnącego w moim kierunku. Wystraszyłem się i chciałem natychmiast wycofać się wraz z Sorają na podwórko. Ale było już za późno, gdyż Soraja, słysząc ujadanie psa, spanikowała i wyrwała mi się z rąk. I zamiast na podwórko, pognała na łąkę. Wtedy pies, z jeszcze większym ujadaniem, puścił się za nią. No to ja, by ratować biedną kotkę przed wściekłym psem, pognałem za nimi.

— No widzisz, Danka, ten starszy pan wcale nie kpił sobie z nas. Mówił prawdę — wycedził przez zęby Marcin.

Marcin był zdruzgotany, bo oto dowiedział się, że powód ich nieobecności na lekcjach, a zwłaszcza na klasówce z matematyki, okazał się tak błahy, tak śmieszny, że aż głupi do entej potęgi. Podniósł z ziemi aktówkę pani Podgórnej i ze skamieniałą twarzą ruszył przed siebie.

— Poczekaj, Marcin. No gdzie idziesz? — zaniepokoił się Jasiek, widząc odchodzącego kolegę, a przede wszystkim jego minę.

— A jak myślisz, gdzie ja mogę iść? Do szkoły, ty głupku — burknął Marcin. — Lekcja geografii i historii minęła. Klasówę z matmy też już mamy z głowy, to może chociaż na koniec szóstej lekcji zdążymy, by fizykowi powiedzieć dzień dobry i do widzenia.

— Marcin, no nie wściekaj się już tak — poprosił smętnym głosem Jasiek.

— Nie, ja się w ogóle a w ogóle nie wściekam. Co bym się miał wściekać… Jazda do szkoły! Danka, idziemy. Tobie, ty kocisynu, też bym radził, abyś obrał wreszcie azymut na szkołę.

— Ale ja nie mogę iść. Mam zwichniętą nogę w kostce — zmartwił się Jasiek.

— Marcin, proszę cię, nie wściekaj się już — powiedziała Danka, równie zmartwiona. — Stało się i już się nie odstanie…

— No nie, tak jakbym naszą Podgórunię słyszał — syknął Marian. — Ale owe „stało się”, znów się stało! I to w tak krótkim czasie po ostatnim „stało się”. I do tego wszystkiego, my w to „stało się” jesteśmy paskudnie umoczeni.

— Trudno. Myślisz, że mnie to nie martwi? A już najbardziej martwię się naszą nieobecnością na klasówie z matmy. I nie dużo mniej, martwię się o Podgórunię. Zdaję sobie sprawę, co ona musi teraz tam w szkole przeżywać z tego powodu, że do tej pory nie wróciliśmy. No ale te wszystkie moje zmartwienia i tak nie zmienią faktu, że musimy pomóc Jasiowi dostać się do szkoły. Przecież nie zostawimy go tu samego.

— Co racja, to racja — ucieszył się Jasiek i uśmiechnął się niepewnie do Danki.

Danka była równie mocno jak Marcin zaniepokojona tym błahym powodem ich nieobecności na lekcjach. Ale przede wszystkim, była zła na samą siebie i czuła się bardzo źle, iż zawiodła zaufanie pani Podgórnej, nie dopilnowując Jaśka. Jednak w tej konkretnej sytuacji kierowało nią bardziej współczucie dla Jasia, aniżeli strach przed konsekwencjami czekającymi ich w szkole. Danka szybko odepchnęła wszystkie swoje nieprzyjemne myśli i podeszła do Jaśka.

— Łap się mnie pod rękę — powiedziała. Będę cię prowadzić.

— Dzięki, Danuśka!

— No to mnie łap za ramię — odezwał się Marcin, podchodząc do Jaśka z drugiej strony. — Też ci pomogę, ty kocisynu.

— Dzięki, Marcin... Ale kocimsynem nie musisz mnie nazywać, bo mój cel naprawdę był szlachetny.

— Już skończ! — warknął Marcin. — To gdzie jest ten twój szlachetny cel, hę?

— Dobrze, na razie skończę, ale zanim dotrzemy do szkoły, to wam powiem — zdecydował Jasiek i posłusznie złapał Marcina za ramię. I już chciał zrobić pierwszy krok, gdy nagle wrzasnął z bólu: — Ratunku, moja noga! Nie mogę iść! Chyba jest z nią gorzej, niż myślałem.

— Dzięki Bogu! — zawołał ucieszony Marcin.

— Marcin, jak możesz! — krzyknęli jednocześnie Jasiek i Danka.

— A no mogę, bo teraz przyszło mi na myśl, że to może być jedyny argument, którym będziemy mogli się w szkole posłużyć, by nam łbów nie poukręcano. Jedyne nasze usprawiedliwienie. Rozumiecie?

— No dobra, to mogę dla was pocierpieć — syknął z bólu Jasiek.

— Ludzie trzymajcie mnie... Dla nas?! — zagrzmiał Marcin i drugą ręką wymierzył Jaśkowi ściętaka przez łeb. — Danka, ty to słyszysz? Trzymaj mnie, bo jak go strzelę, to on bez używania tej swojej zdrowej nogi i naszych ramion, zaraz znajdzie się w szkole.

— O rany, Marcin, ale ty jesteś nieużyty — pisnął Jasiek. — Tylko byś strzelał, trzaskał, a mnie naprawdę tak strasznie noga boli.

— To zamknij się wreszcie, bo cię jeszcze i jadaczka będzie boleć — złościł się nadal Marcin. — Bo mnie to już uszy bolą od tego, co ty nam tutaj opowiadasz. Chociaż na chwilę zamilknij, niech dojdę do jakiejś równowagi psychicznej.

— Ale…

— Milcz, powiedziałem! Skaranie boskie z tą gadułą. Proszę cię Jasiek, chociaż przez pięć minut nic nie mów. Muszę się zastanowić, jak mamy ciebie holować, by zajęło nam to jak najmniej czasu. Kapujesz?!… Zaraz, poczekajcie, już chyba wiem. Pójdziemy zachodnią częścią lasu, by dotrzeć do torów kolejowych, i potem, będziemy szli torami aż do samego miasta. Torami jest przecież najkrótsza droga.

— Ale pociągi…

— Jasiek, miałeś milczeć! Cholewcia, znów otwiera swój otwór gębowy! — huknął Marcin i spiorunował kolegę wzrokiem. — Mieszkam niedaleko dworca kolejowego to wiem, że żaden pociąg teraz nie przejeżdża. Wszystkie zgodnie z rozkładem jazdy już przejechały. Dopiero pod wieczór popędzi jeszcze kilka.

— A towarowe? — spytała Danka.

— Towarowe przelatują tylko wieczorami.

— W porządku, przekonałeś mnie — powiedziała Danka. — To idziemy. A jak myślisz, ile czasu może nam zająć ta droga?

— Normalnie to jakieś trzydzieści do czterdziestu minut, ale z tym tu oto balastem, to już sam nie wiem — odpowiedział Marcin, kątem oka patrząc na Jaśka.

— Wszystko jedno, idziemy — zdecydowała Danka. — Tam przynajmniej nikt nas nie powinien widzieć, więc nikt nam nie będzie zadawać zbędnych pytań. A my w czasie drogi będziemy mogli się spokojnie zastanowić nad odpowiedziami na pytania, które czekają na nas w szkole...



cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×