Przejdź do komentarzyRozdział 2
Tekst 2 z 2 ze zbioru: Substytuty Miłości
Autor
Gatunekromans
Formaproza
Data dodania2019-03-28
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń183

2.


Weszła do ciasnego, jednoosobowego pokoiku wyposażonego w niewymyślne łóżko, równie skromną szafkę nocną oraz białą umywalkę. Pachniało czystością i nowością. Czy ktoś kiedyś tutaj przed nią mieszkał? Zadając sobie to pytanie, postąpiła swoimi niewygodnymi szpilkami po dywanie w kolorze ecru. Brakowało tutaj kolorów… jakichkolwiek oznak życia! Przeniknął ją chłód samotności, a wiszący na ścianie duży, drewniany krzyż napełnił ją niepokojem.

Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że nie zdążyła zabrać z hotelu swoich rzeczy. Jeszcze godzinę temu jej życie wyglądało całkiem inaczej. Teraz stanęła przed próbą zmiany swojej rzeczywistości. Kim właściwie był Serafin? Przyszłym księdzem? Aniołem? Czy jedynie zjawą, która sprawiła, że jej serce zabiło mocniej? Myśląc o nim, podeszła do niewielkiego okna pokoiku mieszczącego się na drugim piętrze i wyjrzała na ulicę. Zobaczyła parking, na którym zaparkował samochód. Jego Ford wciąż tam stał, a on rozmawiał z kimś przez telefon. Westchnęła tęsknie, myśląc, że pewnie więcej się już nie zobaczą. Miała na sobie jego marynarkę i wciąż czuła jego zapach. Pamiętała jak ją dotykał…

Widział ją w oknie drugiego piętra i chciał do niej pójść. Postanowił jednak zapanować nad swoimi pragnieniami i zadzwonił do Marco Paoli.

- Marco? Tu Sefi! Wszystko w porządku?

- Ty łajdaku, gdzie moja Iza?! Pewnie zawiozłeś ją wprost do tej swojej instytucji… - charczał wściekły.

- Cieszę się, że wszystko z Tobą w porządku. – Jego furia nie robiła na nim żadnego wrażenia. Uznał, że to zrozumiałe, że facet się wścieka. Marco szybko wybuchał i szybko się uspakajał.

- Spadaj frajerze! Chcę, aby natychmiast zjawiła się tutaj, w hotelu… bo jak nie, to będzie musiała mi zwrócić ten tysiąc plus odsetki, które właśnie lecą!

- Dam Ci tysiąc plus odsetki… ale nie będziesz jej robił żadnych problemów i pozwolisz jej żyć! – Serafin przeszedł do konkretów. Był gotów zapłacić nawet dwa lub trzy tysiące złotych, żeby tylko zapewnić Marii bezpieczeństwo. Maria… Spojrzał znów do okna. Wciąż patrzyła w jego stronę, ale widział jedynie niewyraźny zarys jej twarzy. W pokoju było ciemno.

- Dwa tysiące!

- Może być i trzy!

- Nie no… nie jest tyle warta! – słysząc to, Serafin zagryzł zęby, żeby nie skomentować tego stwierdzenia. Na pewno była o wiele więcej warta, niż dziesięciu takich Marco Paoli.

- Dam Ci ile chcesz. I jeszcze jedno!

- No?

- Jutro spotkasz się z nią i osobiście przeprosisz ją za to, co zrobiłeś i powiedziałeś!

- Chyba kpisz?! – oburzył się Marco.

- Inaczej Twoja żona dowie się, że wynajmujesz prostytutki do swoich niecnych celów.

W słuchawce zaległa cisza trwająca kilkanaście sekund.

- Dobra!

- Jutro, u mnie o szesnastej.

- Dobra! Na razie!

- Cześć!

Odłożył telefon i odetchnął. Zadowolony z siebie, znów spojrzał w stronę okna. Maria nadal patrzyła w jego stronę. Pomachał jej na pożegnanie i odjechał.

Nie widziała dokładnie, co Serafin robił w samochodzie. Pomachał jej, czy tylko jej się zdawało? Gdy odjechał, podeszła do swojego nowego łóżka, które było zaścielone czystą, wyprasowaną i pachnącą pościelą. Na wspomnienie tego, gdzie niegdyś żyła, poczuła wstręt. W burdelu mieszkała w ciasnej, obskurnej klitce wraz z dwiema koleżankami. Jeszcze kilka dni temu z nimi rozmawiała…


- Iza, nigdy nie dawaj się facetowi urobić na „drugą dziurę” bez premii! Płatne z góry! – mówiła Dolores. Miała trzydzieści pięć lat i cierpiała z powodu uprawiania seksu analnego.

- Najlepiej w ogóle z tego zrezygnuj! – odezwała się druga jej koleżanka. Belinda była tylko o trzy lata starsza od Marii i była znana z uprawiania seksu grupowego.

- Nie mam zamiaru tego robić…

- Jak już coś, to na luźnych zwieraczach, bo możesz się pokaleczyć! – przykazała jej Dolores.

- Wiemy Dolo, wiemy… - Belinda pokiwała głową ze współczuciem.

Maria pamiętała jak wyglądały jej koleżanki. Dolores była blondynką o krągłych kształtach, zapakowanych w przesadnie opinającą jej sylwetkę, skórzany kombinezon. Jej dekolt był tak duży, że jeszcze trochę, a można by było oglądać  jej sutki. Belinda była niską szatynką ubraną w czerwoną, lateksową sukienkę, która kończyła się kilka centymetrów pod jej obfitymi pośladkami. Jej piersi niemal kipiały z dużego dekoltu, który wciąż poprawiała.

- Cieszę się, że chociaż tobie mała, udało się uwolnić z tego bagna! – Dolores miała nadzieję, że jej młodą koleżankę, uda się uratować. Ona sama nie liczyła już na nic.

- Miałaś szczęście z tym Marco Paoli. – mówiła Belinda, która była trochę zazdrosna, ale nie dawała tego po sobie poznać. – Może zakocha się w Tobie i będziecie żyli długo i szczęśliwie? Hehe! – Jej żart, był jedynie głęboko skrywanym marzeniem o prawdziwej miłości.

- Tak, wsiądziesz na jego białego konia i odjedziecie w siną dal!!! – Po tym dwuznacznym stwierdzeniu, wszystkie trzy wybuchły salwą śmiechu. Każda z nich chciała być kochana, każda z nich pragnęła być tą Jedyną i każda z nich… chciała się uwolnić z tej klatki, która zabierała kawałek po kawałku jej ciało, serce i umysł.


Co będzie z tymi kobietami za rok, dwa… za dziesięć lat pewnie będą już zupełnie zniszczone. Żal się jej zrobiło koleżanek. Położyła się i przewracając się z boku na bok, wciąż nie mogła pozbyć się sprzed oczu wyobraźni, widoku twarzy Serafina Kleina. A co z tym… Bogiem? Nigdy nie zastanawiała się nad prawdziwością tezy, czy On naprawdę istnieje…

- Jeśli jesteś… - wyszeptała. - … to spraw, żeby On mnie kochał. – zasnęła z nielegalnie wzbudzoną tęsknotą, za kimś kto był poza jej zasięgiem.

Zwykle spała do południa, ze względu na pracę nocną, ale tego ranka usłyszała głos dzwonka, który obudził ją o ósmej.

- Śniadanie! – krzyczano z korytarza. Maria była ciekawa: ile kobiet mieszka w tym schronisku? Usiadła na łóżku i z zaskoczeniem odkryła, że na krześle obok leżą poskładane ubrania. Ubrała się w białą, czystą bieliznę oraz nowy, czarny dres. Na nogi ubrała całkiem nowe kapcie, które również na nią czekały. Pomyślała, że to bardzo miłe, że ktoś tak o nią zadbał i mimowolnie uśmiechnęła się.

Wyszła na zewnątrz i skierowała kroki w głąb budynku.

- Przepraszam, gdzie jest jadalnia? – zapytała przechodzącej obok niej dziewczyny.

- Chodź, zaprowadzę Cię! – odpowiedział jej ciepły, przyjazny głos. – Też tam idę… ale u nas mówi się „świetlica”. Bo tam też zajmujemy się różnymi rzeczami… Jesteś nowa, ale wszystkiego się dowiesz.

Maria skinęła głową i poszła za koleżanką, która opowiadała jej o życiu w ośrodku. Świetlica znajdowała się na trzecim piętrze, na poddaszu domu. Gdy weszła, zobaczyła około piętnastu kobiet, ubranych w takie same, czarne dresy. Były to panie w przedziale od dwudziestu do pięćdziesięciu lat. Zajmowały miejsca przy stołach ułożonych wzdłuż jednej ze ścian. Głodna Marysia zajęła miejsce na skraju stołu i czekała. Rozejrzała się po świetlicy.

Na ścianach wisiały kilimy, obrazki oraz tablica z rozkładem zajęć. Pod przeciwległą ścianą były ułożone pojedyncze stoliki, a przy nich po cztery krzesła. Stały tam również szafki, gdzie umieszczono książki, gry planszowe oraz różne robótkowe szpargały.

- Szczęść Boże moje drogie! – rzekła siostra, która przyjmowała ją do ośrodka. Po krótkiej modlitwie przed jedzeniem, życzyła im miłego dnia i przypomniała o spacerze w południe. – Cieszcie się, bo jeszcze dziś macie wolne! Wieczorem zapraszam na Mszę! Dziś Nowy Rok, więc można wpisać intencje, o które będziemy się wspólnie modlić.

Maria czuła się dziwnie w tym „świętym” i czystym miejscu. Nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa. Dopiero, gdy jej sąsiadka zaczęła mówić, obudziła się w końcu z otępienia, z którym chodziła od rana.

- Przywiózł Cię Serafin? – zapytała dwudziestopięcioletnia blondynka o smutnych oczach.

- Tak.

- Mnie też… i mnie! – odezwało się kilka innych kobiet.

- My wszystkie tutaj, jak jedna… co do jednej, zapewniam Cię, jesteśmy zakochane w Serafinie! – zażartowała ruda piękność. Wyglądała na prostytutkę…

- Tak, to wspaniały facet!

- Szkoda, że za rok zostanie księdzem!

Rozmowy nagle umilkły, gdy do środka wszedł sam Serafin Klein we własnej osobie.

- Dzień dobry! – Jego głos i uśmiech rozjaśnił całe pomieszczenie. Odpowiedziało mu echo piętnastu głosów żeńskich. Maria zobaczyła grono oczu, skierowanych z zachwytem w jego stronę. Ale jego niebieskie oczy i uśmiech były skierowane wprost na nią.

- Możemy porozmawiać? – Zbliżył się do niej.

- Tak. – wstała i poszła jego śladem do jednego ze stolików w końcu świetlicy. Usiedli, a On rzekł:

- Jak się czujesz? – jego twarz wyrażała wyraźną troskę.

- Dziwnie. Jestem tu obca i nowa… i jest tu tak czysto i jasno… - nie potrafiła określić co czuje. Jedyne co wiedziała na pewno to, to że chciałaby się wtulić w jego ramiona i dać upust łzom.

- Wiem, że to trudne… ale mam dla Ciebie wiadomości, które na pewno poprawią Ci humor. – Skinęła głową. Jej potargana fryzura niczym nie przypominała tej z wczorajszego balu. Jej widok rozczulił go i miał nadzieję, że nie było tego po nim widać. – Dziś o szesnastej masz spotkanie z Marco.

- Słucham?! – przestraszyła się.

- Pojedziemy do mojego mieszkania i tam porozmawiacie. Załatwiłem już wszystko… - zaczął mówić przyciszonym głosem i nachylił się w jej stronę. – Zapłacę mu dwa tysiące, a on da Ci spokój i nie będzie nachodził.

- A moje rzeczy?

- Pewnie je z sobą przywiezie. Dopilnuję tego.

- Kiedy po mnie przyjedziesz? Nie mogę tak wyglądać! – przeraziła się, że będzie wyglądała źle… ale jeszcze bardziej było jej wstyd tego, że Serafin widział ją w takim stanie. I jeszcze do tego wszystkiego te pieniądze…

- Przywiozłem Ci sukienkę i kilka drobiazgów. – Pokazał jej reklamówkę oznaczoną markowym znaczkiem firmy odzieżowej. – A tak swoją drogą… nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale mówimy sobie na ty… a jeszcze się sobie nie zdążyliśmy należycie przedstawić i wypić bruderszaftu! – Uśmiechnął się jednostronnie.

- Och… przepraszam! – zawstydziła się nietaktem.

- To także moja wina! Ale nie martw się… - podał jej rękę. – … możesz mówić mi Sefi.

- A Ty możesz mówić do mnie jak chcesz… w sumie klienci zawsze nazywali mnie różnymi, dziwnymi imionami… - westchnęła ciężko na wspomnienie przeszłości.

- Ale Ty masz swoje, osobiste imię!

- Tak… na chrzcie dano mi Maria. Izabella, to moja ksywka artystyczna… jak już wiesz.

- Będę więc mówił do Ciebie… Marysiu. – zdrobnił czule jej imię, a ona poczuła motyle w brzuchu i natychmiast spuściła wzrok. Wciąż zapominała, że ten wspaniały mężczyzna ma zostać księdzem.

- Przebierzesz się i wykąpiesz u mnie. Uprzedziłem siostrę Józefę, że jadę załatwić z Tobą pewne formalności. – Widząc jej zaróżowione policzki westchnął mimowolnie. Chwilę później przywołał się do porządku.

- Ale, jest dopiero… dziesiąta!

- Marco lubi zmieniać zdanie i może wpaść wcześniej. Musimy być na to gotowi. – Wyprostował się w krześle i skrzyżował ręce.

Marco Paoli. Dziwny wydawał jej się ten polski Włoch, który od początku nie przypadł jej do gustu. Musiała jednak rozmówić się z nim, zanim pożegna go raz na zawsze.


Pojechała z Serafinem do jego mieszkania, aby się przygotować. Jego wnętrze było bardzo minimalistyczne. Zdziwiła się jego surowym, rustykalnym wyrazem, prostymi meblami oraz brakiem wygód.

- Jak podoba Ci się moje mieszkanie? – zapytał, gdy stała na środku obszernego pomieszczenia, które jednocześnie było salonem, kuchnią i miejscem do pracy. Na półpiętrze znajdowało się łóżko, minimalistyczne jak wszystko co tam oglądała.

- Przyznam…, że dość oryginalne. – nie mogła zdobyć się na więcej.

- Uwielbiam industrial! – Obdarował ją jednym ze swoich uśmiechów i zmiękły jej nogi. - Łazienka jest za tymi drzwiami na wprost. Wbrew pozorom, to nie drzwi do składziku! HEHE!

- Faktycznie tak wyglądają… - przyznała i czym prędzej poszła pod prysznic, aby zmyć z siebie brud wczorajszego dnia. To było nie fair, że ten „zakazany owoc” tak na nią działał! Była wściekła na samą siebie!

- Zrobię nam kawę. Lubisz z mlekiem czy czarną? – usłyszała, gdy już miała zamykać drzwi.

- Czarna bez cukru.

- Dobrze! Już się robi! – Zaczął krzątać się po swojej małej kuchence, a ona przyglądając mu się przez kilka chwil dłużej, wyobraziła sobie jakby to było, gdyby ten mężczyzna był jej mężem… a to mieszkanie ich wspólnym gniazdkiem. Zamykając za sobą drzwi do łazienki westchnęła tęsknie.

Rozebrała się i odkręciła kurek. Zimny prysznic trochę ją otrzeźwił. Później odkręciła ciepłą wodę i rozmarzyła się… Och, gdyby tutaj był… Jej myśli poszły o kilka kroków za daleko. Nie powinna wyobrażać sobie tego mężczyzny pieszczącego jej ciało… Znów puściła zimną wodę, aby ostudzić swój zapał. Nie mogła pozwolić sobie na taką swawolę!

Podczas gdy Marysia brała prysznic, Serafin usilnie próbował przenieść swoje myśli na inny temat, niż ten związany z jej nagim ciałem. Jakby to było, być tam z nią… Woda zaczęła się gotować. Nasypał kawę do kubków, na talerzyku położył herbatniki i aby odegnać niepożądane myśli, zaczął zamiatać podłogę. Odkąd zamieszkał sam, rzadko dbał o czystość. Często wpadał do mieszkania tylko po to, aby się przespać, zjeść lub pouczyć. Większość czasu spędzał na spotkaniach ewangelizacyjnych, w weekendy studiował, a w tygodniu działał prężnie w fundacji, którą założył oraz w firmie ojca, który od bardzo wielu lat zajmował się projektowaniem mostów. Jego studia architektoniczne niestety nie dały mu satysfakcji… a mimo to, musiał pomyśleć o przejęciu rodzinnego biznesu. Niestety, jakiś rok temu rozczarował ojca wiadomością, że już niedługo zostanie księdzem…

Woda przestała lecieć, co mogło oznaczać, że ta obca i tak bliska mu dziewczyna właśnie się wyciera. Zalał kawę i usiadł do stołu kuchennego.

- Masz suszarkę? – Jej mała główka wychynęła przez uchylone drzwi.

- Nie mam… nie potrzebuję suszarki. – podrapał się po głowie zakłopotany. – Włosy zawsze wysychają mi same…

- Rozumiem! – Po kilku minutach wyszła ubrana w zieloną, krótką dzianinową sukienkę, którą jej kupił, a jej mokre włosy spływały długimi strączkami na jej ramiona. Wyglądała jak rusałka. Na szczęście dekolt, odpowiednio zakrywał jej krągłości. Była piękna… musiał to przyznać. Mimowolnie poczuł jak w jego sercu coś pęka. Jeszcze chwila i po mnie! – pomyślał zdezorientowany swoimi reakcjami.

- Napij się. – wskazał jej miejsce naprzeciwko siebie.

- Bardzo dziękuję… - Obdarowała go dyskretnym uśmiechem.

- Nie ma za co. – machnął ręką.

- Bardzo dziękuję za wczoraj, za dzisiaj… i za to, co jeszcze dla mnie uczynisz. – Usiadła z gracją i nie patrząc na niego upiła łyk kawy. – Bardzo dobra.

- Nie pijam byle czego! – zaśmiał się.

- Nie wątpię… - Tak, było go stać na każdą najlepszą rzecz jaką by sobie wymarzył.

- Nie to miałem na myśli… - Nadęty bufon. Zganił się za niespodziewany przejaw swojej pychy. Czyżby chciał jej tym zaimponować?! To było naprawdę głupie.

Z opresji wybawił go telefon. Sięgnął po słuchawkę stacjonarnego aparatu i długo słuchał nim rzekł:

- Dobrze! Jesteśmy w mieszkaniu. – odłożył słuchawkę i spojrzał na przerażone oczy Marii.

- To Marco? – Poczuła jak stado wściekłych mrówek przechodzi po jej ciele.

- Tak. Wiedziałem, że to zrobi. Lubi atakować z zaskoczenia. – powiedział pół żartem, pół serio.

Maria wstała.

- Ale ja nadal mam mokre włosy! – rzekła przestraszona swoim nieprzygotowaniem.

- Wyglądasz bardzo… - mówił idąc powoli w jej stronę - … bardzo ładnie. – dokończył zatrzymując się półtorej metra przed nią. A ja przestaję nad sobą panować… - dopowiedział w myślach.

- Nie sądzę… po za tym… - zaczęła analizować co ma powiedzieć i co zrobić, aby dobrze wypaść.

- Wszystko będzie dobrze. – zbliżył się i położył swoje dłonie na jej barkach, aby dodać jej otuchy. – Jestem tutaj z Tobą i nie pozwolę Cię skrzywdzić. – zajrzał jej w oczy, które natychmiast spuściła. Była taka zakłopotana jego bliskością. Czuł jak drży.

- Boję się. – rzekła czując z błogością jego ciepłe dłonie na swoim ciele.

- Trzęsiesz się ze strachu… - stwierdził. Ale ona była roztrzęsiona z powodu emocji jakie w niej wzbudzał. Jej umysł wiedział, że musi nad sobą zapanować, ale to było silniejsze od niej.

Widząc ją taką drobną i delikatną, zapragnął się nią zaopiekować. W jednej sekundzie troska przerodziła się w coś więcej. Pragnął ją pocałować. Walczył z sobą przez chwilę. Co w tym złego? – pomyślał i biorąc jej delikatną twarzyczkę w swoje duże dłonie, powoli zbliżał swoje usta do jej warg. Zamknęła oczy zapominając na chwilę kim jest Serafin, a raczej kim ma zostać. Poczuła jak delikatnie, niczym dotyk skrzydeł motyla, złożył pocałunek na jej ustach. Później musnął je znowu i znowu… aż przywarł do nich w namiętnym, ale pełnym czułości pocałunku.

W tej chwili ktoś zastukał do drzwi. Serafin opamiętał się, ale było już za późno. Teraz już nie mógł się cofnąć. Maria spojrzała na niego wilgotnymi od łez oczyma. Przytulił ją i szepną:

- Będzie dobrze. Jestem z Tobą… - całym sercem.

- Każdej tak mówisz? – Myślała, że jest jedną z wielu kobiet, które w ten sposób „ratował”.

Pukanie ponowiło się, ale tym razem z większą mocą.

- Wrócimy do tego tematu! – Użył wszystkich sił, aby się od niej oderwać i pospiesznie podszedł do drzwi.

- No, ile można czekać?! Co wy tutaj robicie? Jakieś sprośne rzeczy?! – zabrzmiał ordynarny żart na powitanie. Wszedł co środka i od razu spojrzał w kierunku Marysi. Marco prezentował się jak zwykle nienagannie, ale jego podpuchnięte oko świadczyło o wczorajszej bijatyce. Podszedł do niej powoli, niczym skradająca się puma.

- Dzień dobry Marco. – rzekła niepewnie. Gdy Serafin staną u jej boku, poczuła się trochę pewniejsza siebie.

- Dobry to on nie jest… ale chciałem Ci powiedzieć, że nie będę miał roszczeń co do pieniędzy, które na Ciebie wydałem. Dogadałem się z Sefkiem i wszystko gra. Nie będę Cię nachodził i tak dalej… - mówił od niechcenia, przeglądając gruby plik banknotów, który miał w portfelu.

- Rozumiem. – skinęła głową.

- Przepraszam za wczoraj. – dodał z oporami pod naciskiem wzroku Serafina.

- Przykro mi, że wszystko tak się skończyło… ale chyba właśnie zaczynam nowe życie i nie mam zamiaru wracać do starego zawodu. – odpowiedziała grzecznie.

- Założę się, że jak tylko zamknę za sobą drzwi, to ten tutaj rzuci się na ciebie bez pardonu! – rzekł ironicznie. – Żegnam! – nie czekając na ripostę Serafina, wyszedł zamykając za sobą z trzaskiem drzwi.

Maria ciężko spoczęła na krześle. W tej chwili drzwi znów się otworzyły i wszedł Marco z torbą w ręku.

- Twoje ciuszki! – szurnął torbą po drewnianej podłodze i znikł.

Wstała, aby sprawdzić czy cały jej dobytek jest na swoim miejscu. Ukucnęła przed czarną, sfatygowaną, połataną torbą i rozsunęła jej zamek. W środku była jej bielizna erotyczna, lubrykant, antyperspirant, prezerwatywy… oraz inne kosmetyki, dokumenty i elegancka kreacja, którą miała ubrać dzisiejszego dnia. W czerwonym portfelu znalazła sto złotych.

- Jest wszystko? – usłyszała głos mężczyzny, który przypomniał jej gdzie jest. Nie powinno mnie tutaj być… - pomyślała przypominając sobie dotyk jego ust.

- Tak. – przełknęła ślinę słysząc, że Serafin zbliża się w jej kierunku. Odwróciła się powoli i spojrzała na jego twarz. Miękkie spojrzenie, ciepły uśmiech i przyjazne nastawienie… tyle była w stanie wyczytać na pierwszy rzut oka. Nie mogła wiedzieć, że przed nią stoi mężczyzna rozpalony namiętnością, która ożyła w nim po dwóch latach celibatu.

Wiedział, że nie może potraktować jej tak, jak robili to inni mężczyźni. Przecież nie był zwierzęciem, żeby rzucać się na nią niczym wygłodniały samiec. Zachowując ciepły ton głosu, wskazał jej sofę.

- Usiądźmy. Zaczęliśmy ważną rozmowę.

Usiedli więc, zachowując stosowny dystans.

- Pytasz wciąż: czy każdej tak mówię…? - skinęła głową będąc święcie przekonaną, że w tym mieszkaniu całował się z niejedną kobietą. Przecież był taki przystojny i miły…– Nie. – zabrzmiała krótka i stanowcza odpowiedź.

- Ale pocałunek… - zaczerwieniła się jak małolata i spojrzała na swoje dłonie. Może zbyt wiele sobie po nim obiecywała? Przecież była jedynie prostytutką.

- Chyba się w Tobie zakochałem. – wyznał cicho, zadając sobie jednocześnie pytanie: „Dlaczego?”

- Sefi… ale Ty przecież jesteś już jedną nogą w sutannie. – rzekła spoglądając na niego błagalnie. Dlaczego jej to powiedział?! Teraz nie będzie mogła zapanować nad sobą!

Zastanowił się przez kilka minut zanim rzekł:

- Powołanie przyjmuje różne formy. Jedni sprawdzają się w samotnej służbie bliźnim… inni w małżeństwie. – dodał dopiero po chwili.

Maria przełknęła ślinę. Ona miałaby zostać żoną tego wspaniałego, miłego i dobrego mężczyzny? Od razu pomyślała o jego rodzinie. Gdyby dowiedzieli się o jej przeszłości… Z resztą pewnie Marco zadbał o to, aby Kleinowie wiedzieli kim była Izabella May.

- Chyba już czas, żebym wróciła do ośrodka. – rzekła wymijająco. To co jej powiedział, nigdy nie mogło się spełnić. To był jedynie nagły kaprys bogatego chłopca, który myśli, że może mieć wszystko. Serafin odczuł zawód po wypowiedzianych przez nią słowach. Pomyślał, że się wygłupił. Tylko przypadek sprawił, że ich ciała spotkały się, gdy Maria wstając źle stanęła obcasem i wpadła w ramiona mężczyzny, przed którym uciekała. Nie chciał wypuszczać jej z rąk. Była dla niego zbyt cenna. Jego usta szybko odnalazły jej wargi i zwarli się w miłosnym pocałunku, który od samego początku ich spotkania był nieunikniony. Z trudem zapanował, nad dotykaniem jej ciała tam, gdzie pragnął najbardziej.

Boże, co ja robię?! Przerywając pieszczoty odsunął się od upragnionej miłości i przypomniał sobie o tym, że niedługo zostanie księdzem!!! Czyż miał zawieść zaufanie osób, które na niego liczyły?

- Odwieź mnie. – poprosiła, rozumiejąc że właśnie zdał sobie sprawę z tego, że popełnił błąd.

Widząc jakie wrażenie wywarł na niej jego pocałunek, który oddawała z równą żarliwością, Serafin był pewien, że nie jest jej obojętny. Nie, to nie był błąd. Ona nie była żadnym błędem!

- Nigdy Cię nie skrzywdzę. – obiecał, wspominając na jej trudną przeszłość, o której nawet w połowie nie miał pojęcia. – Obiecuję. – dodał po chwili.

- Tylko tak mówisz… - podeszła w kierunku torby, która leżała na środku pokoju. Nie wierzyła w obietnice bez pokrycia.

- Ja nie rzucam słów na wiatr. – Gdy spojrzał w jej smutne, ciemne źrenice zdał sobie sprawę z tego, że już nie ma odwrotu. Był zakochany po same uszy i czuł się z tym świetnie. – Nawet nie wiesz, ile dla mnie znaczysz… - wyszeptał.

Stojąc tyłem do niego, udała, że nie usłyszała tych słów. Przecież to nie miało sensu. Musiała się poddać. Nie mogła walczyć o serce mężczyzny z samym Bogiem. Przerażona tą myślą, wzięła do ręki torbę i zapytała:

- Idziesz? – to był dziwnie suchy i chłodny głos. Zranił ją.

- Tak. – wziął kluczyki od samochodu i poszedł w ślad za nią.


Była pewna, że już nigdy się nie spotkają. Odwiózł ją i odprowadził pod same drzwi ośrodka. Życzył jej miłego dnia i pożegnał się całując jej dłoń. Patrzyła, jak wraca do swojego samochodu, zapakowany w zimową kurtkę. Siedział dłuższą chwilę za kierownicą, zanim odjechał. Zapamiętała jego słowa na do widzenia:

- Do szybkiego zobaczenia Marysiu. – Nie śmiała o tym marzyć. Dla niej, to był koniec. Miło było poczuć choć przez chwilę, że była dla niego ważna. Teraz już koniec. Musi o nim zapomnieć.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×