Przejdź do komentarzyKonstantin Simonow - Przypadek Połynina /69
Tekst 255 z 255 ze zbioru: Tłumaczenia na nasze
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-03-13
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń204

Połynin, wciąż jeszcze nie przeczuwając niczego złego i jedynie bardzo rozstrojony tym, że dzisiaj chyba wcale się z nią nie zobaczy, podniósł swój prezent i, trzymając go przed sobą, w ślad za Kuźmiczową wszedł do pokoju Galiny.


- Gdzie to postawić? - zapytał, rozglądając się po całym pomieszczeniu.

- A gdzie chcesz, to sobie postaw.


Chciał położyć pudełko na kanapie, ale ujrzawszy, że leży na niej nieuprzątnięta narzuta, postawił tuż obok na podłodze. Rozprostowując się i wciąż jeszcze nie wiedząc, odejść czy jednak może zostać i poczekać, zaczął oglądać mieszkanie.


Nie, nie tak sobie wyobrażał życie artystek, kiedy patrzył na nie, siedząc na widowni i widząc je na scenie - wystrojone, po każdym akcie przebierające się to w jedną, to w drugą piękną suknię, z uśmiechem wychodzące, by po spektaklu się ukłonić, kiedy wszyscy widzowie biją im owacje na stojąco. Nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiał, ale wydawało mu się, że najpewniej zaraz po teatrze aktorki odjeżdżają do siebie do domu, gdzie wszystko jest równie piękne i strojne, jak na scenie, a tymczasem stał w wąskim i długim jak korytarz, dawno nie remontowanym, półciemnym pokoju ze stołem, dwoma krzesłami, odrapaną starą szafą i kanapą, nakrytą spłowiałą, byle jak rzuconą narzutą. W pokoju panował ziąb, na taborecie paliła się kuchenka naftowa.


Wciąż jeszcze odczuwane uczucie zmieszania i niepewności, mimo że się już przecież oświadczył, uczucie, spowodowane tym, że Galina żyje jakimś szczególnym, całkiem innym, nieznanym mu życiem, raptem zniknęło. Ujrzawszy to mieszkanie, zrozumiał, że jego narzeczona żyje biednie pracowitym, pełnym wyrzeczeń szarym zwyczajnym dniem powszednim. Ubogim dniem codziennym, jeszcze z dzieciństwa dobrze mu znanym, życiem, które nie miało żadnego związku z tą jej czarną bajeczną suknią ze srebrnymi cekinami, w jakiej występowała u nich na koncercie, kiedy ją ujrzał po raz pierwszy. Mówiła mu o tym, co prawda, wcześniej: o swojej młodości i o tym, jak ciężko wtedy jej było, ale jedna rzecz - jej słowa o tym, co przeżywała dziesięć czy piętnaście lat temu, a całkiem inna - ta jej okropna klitka. Choćby dzisiaj mógłby przyprowadzić tutaj swoją starą matkę i przedstawić ją Galinie, i oświadczyć jej, że to właśnie jest ta kobieta, z którą się żeni. I wszystko to, powiedziane tutaj, w tym pokoju, nie zaskoczyłoby i nie przestraszyło matuli-staruszki.


Kuźmiczowa zaś wciąż stała obok niego, i dotykając w kieszeni listu Galiny, wciąż nie mogła się zdecydować, dać mu to czy może nie. Co napisane piórem, tego potem już nie wyrąbiesz nawet toporem: oddasz list, a potem tego nie odwrócisz. *Może rozmyśli się, - pomyślała o dziewczynie, - ale będzie już za późno*.


- Dawno razem tutaj mieszkacie? - zapytał Połynin, jeszcze raz rzucając okiem na pokój.

- Ja to już od 1919 roku, jak tylko burżujów stąd przegnali, a ona ósmy już rok. Dostała go jako przydział mieszkania służbowego od teatru. Przedtem mieszkał tu ich księgowy, Kobylin, ale już umarł, i dlatego go dostała.

- No, dobrze, to ja już pójdę. - powiedział w końcu Połynin, twardo przekonany, że Galinę wezwano pilnie do pracy - bo jaka inna przyczyna być tu mogła? - Proszę jej przekazać, że zadzwonię rano. Zaraz jak tylko wrócę z nalotów.

  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Szkoda,że nie doszło do spotkania.To dobrze,że Kuźmiczowa nie oddała listu. Pewnie powie, że zapomniała. Myślę, że Galina zmieni zdanie i spotka się niebawem z Połoninem.
Serce Jej się skruszy, gdy zobaczy prezent. Sąsiadce też
Połonin przypadł do gustu w porównaniu z Witeńką, o czym nie zamieszka powiedzieć Galinie.
avatar
W tej historii nic nie jest takie, na jakie przy pierwszym czytaniu wygląda. Simonow, pisząc kolejne stronice tej powieści, sam "nie zna" jej zakończenia.

To rodzaj niedatowanego dziennika. Łatwo go zrekonstruować, kiedy już się przeczytało całość
avatar
Ma Pani oczywiście rację, ponieważ zna historię opowieści do końca. Ja mogę jedynie dywagować i snuć różne przypuszczenia na podstawie przeczytanych części. Pomimo, że datowany dziennik nie ma zakończenia, to czytelnik może sobie różnie go interpretować.
avatar
Tak. To prawdziwe błogosławieństwo, że szan. Czytelnik naprawdę MOŻE odbierać swoje lektury tak, jak je sam rozumie i czuje.

Żadna interpretacja nie jest ostateczna, bo wszystkie nasze opinie można podważyć, gdyż nikt nie ma patentu na nieomylność.

Kolejne pokolenia będą całkiem inaczej rozumieć i odczytywać to, co zostało wcześniej napisane i wirtualnym drukiem światu ogłoszone.

To doskonała dla wszystkich nas wiadomość
© 2010-2016 by Creative Media
×