Przejdź do komentarzyPociąg do sportu w czasach komuny
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2020-04-13
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń249

Pociąg do sportu w czasach komuny


U mnie pociąg do sportu to pewnie dziedziczny jest. Mój ojciec za młodych lat był sportowcem. Grał w piłkę nożną. Dzieciństwo spędziłam na boisku, i to nie tylko na meczach, między meczami również. W późniejszych latach ojciec pełnił społeczną funkcję prezesa Klubu Sportowego, toteż boisko stało przede mną i moimi starszymi siostrami otworem. Ale tylko ja załapałam bakcyla sportowego. I to na całe życie.


Kiedy się urodziłam jako trzecia córeczka kochanych rodziców (a miałam być syneczkiem), ojciec jeszcze grał przez parę lat, ale ja tego nie pamiętam. Byłam pewnie zbyt mała. Pamiętam natomiast późniejsze lata, kiedy ojciec był już prezesem i zabierał mnie na mecze. Bardzo lubiłam być na meczach, zwłaszcza wtedy, kiedy ojca drużyna strzelała gole. Nie to, że aż tak bardzo jej kibicowałam, no, może trochę też, ale przede wszystkim dlatego, że co gol, to ja frrruuu!... w powietrze. Tak tatulko w szale radości za każdym golem podrzucał mnie jak piłkę. Wysoko, bardzo wysoko. Ależ to była dla mnie radocha!



Kochałam sport od dziecka i przez wszystkie lata szkolne byłam sportsmenką. Startowałam na wielu zawodach lekkoatletycznych. Chybabym nie zliczyła na ilu. Wyniki miałam różne, ale nigdy złe. Niekiedy nawet bardzo dobre. Zwłaszcza w sprincie.

Oto moje hasło z tamtych lat: „Niech żyje sport!”. I nie tylko z tamtych. Zdjęcie pochodzi z uroczystych obchodów Dnia Sportu w szkole średniej.



Robiłam za pręcik (hmm... a może za słupek? Nieważne) wyłaniający się z falującej na wietrze biało-czerwonej róży. Pamiętam, że dziewczyny tak krzywo mnie podnosiły, że ledwie utrzymałam równowagę. Mało na łeb na szyję nie spadłam… Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem. Ale szarfa z pergaminu i tak mi się porwała przy tym moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.


Niekiedy nawet i w czasie wakacji startowałam w różnych zawodach. Najbardziej upamiętniły mi się zawody sportowe w Chybiu, w których brałam udział na prośbę mojego ojca. Bo to ojca Zjednoczenie organizowało tam zawody, a ojciec koniecznie chciał, aby jego zakład pracy te zawody wygrał. Ku wielkiej radości mojego tatulki zajęłam pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak nie było nam dane z tego faktu się cieszyć, ponieważ po paru zaledwie minutach zdyskwalifikowano mnie. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach (sic!) a nie na bosaka, jak kilka innych zawodniczek. Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. Wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach? A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku ja się pytam? To znaczy — pytałam. Wtedy. Bo dziś to jedynie ubaw mam z tych wspomnień.



Doskonale jednak pamiętam jaka zła byłam na siebie po tej dyskwalifikacji, że mi się zachciało startować w takich dennych zawodach. Na szczęście później humor mi się nieco poprawił, bo udało mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Na bosaka oczywiście. Tatuś znów był dumny. Ja mniej, ale przynajmniej już taka zła nie byłam. Ale gdy zobaczyłam jego zadowoloną minę, powoli zaczynałam się już nawet cieszyć, bo to też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tzw. „zawodach sportowych”.

Później jeszcze wiele lat startowałam w różnych zawodach. Nawet kiedy miałam już rodzinkę i dziecko.


Byłam w 2-gim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem i nadal brałam udział w zawodach LA. Startowałam m.in. w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Chociaż nigdy do tej „ferajny” nie należałam, udział w igrzyskach wzięłam. Wszak sport to taka dziedzina życia, w której rywalizuje się ponad podziałami.

Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie wzięłam więc udział jeszcze i w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS w naszym mieście. A po igrzyskach uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy. Po tych igrzyskach przeszłam jednak w stan spoczynku. Po paru miesiącach zostałam po raz drugi szczęśliwą mamą.

Nie bez powodu najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się okazało, były to moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam do dziś.




* Fragment `Narzuconej autobiografii`





  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Mój pociąg do sportu (patrz tytuł) odjechał dopiero na studiach, kiedy w ramach wuefu przez 2 semestry szlifowałyśmy z dziewczynami siatkówkę, a przez następne dwa już od pierwszego dnia pływałam i nurkowałam sama bez żadnego nadzoru ma gdańskiej pływalni. Nasz trener w tym czasie od podstaw uczył pływania resztę moich koleżanek.

W liceum pedagogicznym nie było ni pryszniców, ni szafek w przebieralni, więc po zajęciach sportowych całe spocone nakładałyśmy (szkoła typowo żeńska) na mokre koszulki i szorty swoje szkolne mundurki - i wracałyśmy do klas na kolejne lekcje.

Z G R O Z A
avatar
Witam drogą Sportsmenkę! To wiesz, jakie to szczęście mieć zaszczepioną aktywność fizyczną. Działa na całe życie.
Musisz być wysoka, Emilio, skoro w siatkę grałaś. Ja grałam jeszcze w badmintona, ale już jako matka dzieciom. :)
U nas z zapleczem aż tak źle nie było. Szatnie i łaźnie były... Tyle że, na odwyrtkę, nie wszystkim chciało się z nich korzystać... Też Z G R O Z A. ;D
© 2010-2016 by Creative Media
×