Przejdź do komentarzyCo by było gdyby. Przypadki Martyny
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2020-08-16
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń88

Co by było gdyby. Przypadki Martyny


Nie lubię chodzić po mieście w godzinach popołudniowych. Jest wtedy największy ruch. Nawet auto ciężko zaparkować. Trzeba się dobrze naszukać, by jakieś miejsce znaleźć. Ale że czasami nie da się inaczej, i w tych godzinach trzeba w mieście być. No i dzisiaj właśnie byłam.

Po dwóch okrążeniach rynku udało mi się znaleźć miejsca parkingowe koło Sądu Rejonowego. Byłam zadowolona, bo z tego miejsca miałam wszędzie blisko. Kiedy wyszłam z auta, zadowolona być przestałam, i to szybko, gdyż zauważyłam znajomą wychodzącą z jego gmachu. Nie było mi to w nos, bo wiedziałam, co mnie czeka. Że znów będę musiała wysłuchać opowieści o jej perypetiach małżeńskich z jednej strony, i miłosnych z drugiej. A widząc ją z tego przybytku wychodzącą, podejrzewałam, co się u niej święci. I jak się po chwili okazało, nie myliłam się.

— A witam panią, pani Martyno! Jak to dobrze, że panią widzę! — głośno zawołała znajoma na mój widok. — Widzi pani skąd wychodzę? Ten mój wredny, ohydny mąż podał o rozwód. Jestem załamana.

— Przykro mi bardzo, ale mogła się pani tego spodziewać, skoro nie chciała pani zrezygnować z miłosnych przeżyć na boku — wypaliłam prosto z mostu. Bo co będę w bawełnę owijać, skoro takie jest moje zdanie. — Tego wszystkiego by nie było gdyby...

— Co by było gdyby, co by było gdyby... — sarkastycznym tonem przerwała mi znajoma, puszczając mimo uszu resztę mojego zdania.

Potrzeba wygadania się najwyraźniej była dla niej silniejsza od jakiegoś tam zastanawiania się nad moimi słowami. No i się zaczęło! Nabrała powietrza… i poszło!, jak z ckm-u. Głośno i bez żadnego przecinka, czy też kropki, zaczęła trajkotać o swoim wrednym mężu… Zaczęła, ale nie skończyła, gdyż tym razem jej nie pozwoliłam na zbyt długie trajkotanie. Po prostu jej przerwałam, mówiąc raz jeszcze, że jest mi bardzo przykro, ale nie mam czasu, bo śpieszę się na umówiony termin do Urzędu Miasta. Znajoma była bardzo zawiedziona. Ja wcale. Bo też nie cierpię wysłuchiwać o czyichś problemach, które ten ktoś sam sobie z własnej głupoty i na własne życzenie — w tak bezczelny, chamski sposób narobił. A z drugiej strony, dlaczego niby miałabym tracić swój cenny czas na takie rzeczy, które nic konstruktywnego do mojego życia nie wnoszą? W imię czego, się pytam?

Odeszłam zniesmaczona... Pal sześć moją znajomą, bo mnie nagle zaczęła nurtować inna myśl. Myśl, która zawsze do mnie powraca, kiedy znajdę się pod gmachem jakiegoś sądu. Zawsze mi się wtedy przypomina, jak to w młodości bardzo chciałam zostać prawnikiem, i jakoś tak poważnie się wtedy czuję… Serio! Choć to już daleka przeszłość, to ciągle jeszcze mi się ckni za tym zawodem. Z pewnością już bardziej podświadomie niż świadomie, ale jednak. Bo muszę przyznać, że zaraz po maturze to nawet miałam na prawo zdawać. Tak byłam na punkcie prawa zakręcona. Często latałam też na rozprawy sądowe, by móc się napawać tą jakże poważną sądową atmosferą. Nie wiem skąd u mnie takie upodobanie. Może stąd, że jestem straszną pedantką? Chyba tak, bo jakoś już tak mam, iż zawsze preferuję rzeczy konkretne. I tam, gdzie powinny być one czarne, muszą być czarne, a gdzie białe, białe… Ha, ale zaś tam, gdzie mogą być kolorowe, noooo! to już ja ze swoją bujną wyobraźnią chcę tam widzieć rzeczy w kolorach tęczy. Ba, nawet w większej gamie kolorów niż ma tęcza, bo też moja fantazja nie zna granic. Natomiast jeśli chodzi o prawo, rzecz wiadoma, konkretnie — czarno na białym. I tak właśnie w tamtych czasach prawo mi się jawiło. Och, wyraźnie widziałam siebie w roli prawnika… W roli mądrej i sprawiedliwej przedstawicielki Temidy.

Nieraz się zastanawiam, jakby się moje życie potoczyło, gdybym rzeczywiście prawnikiem została. A nie zostałam nim, ponieważ w ogóle do egzaminu nie przystąpiłam, chociaż na blachę byłam obkuta. Nie, nie stchórzyłam. Ani nic mi się nie odwidziało. Smutna sprawa, trzy tygodnie przed egzaminem zmarł mój kochany Ojciec. Potem, choć nie mogę narzekać, moje życie potoczyło się już zupełnie inaczej.

Sentyment do prawa najwyraźniej pozostał mi jednak do dziś. Ale chyba już tylko do mojego wyobrażenia o nim. Bo to, co zewsząd o jego funkcjonowaniu i przestrzeganiu słyszę, nieraz powala mnie z nóg… Chyba jednak dobrze, że nie zostałam prawnikiem.



  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Przykra sprawa. Śmierć ojca i egzamin splotły się ze sobą. Co do znajomej, nie wiem, co nią kierowało/ Może miała zaufanie do autorki.
avatar
Myślę, że znajomej Martyny, sądząc po jej zachowaniu i podejściu do życia, nie stać na tak wzniosłe uczucia jak — wiara i zaufanie. Martyna z pewnością by to wyczuła... i doceniła. ;)
avatar
Jak mąż znajomej Martyny był taki okropny,ż e go zdradzała, to znajoma powinna się cieszyć z rozwodu.
avatar
Ape, właśnie sobie odpowiedziałeś. Znajoma Martyny nie cieszyła się, wręcz była załamana, bo męża miała wspaniałego, chciała dwie sroki za ogon ciągnąć... i jej nie wyszło.
© 2010-2016 by Creative Media
×