Przejdź do komentarzyRozdział 9. Ostatnia prosta
Tekst 9 z 11 ze zbioru: WHITES - Part 1
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2022-06-07
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń185

Siedzieli w nierówno utworzonym okręgu na prawie płaskim podjeździe do białej chaty, gdzie za dach funkcjonowały zlepione ze sobą ciasno płachty papy, a drewniane bale dumnie (choć nieco szczerbato dzięki aktywności korników) tworzyły boczne ściany domku.

O poranku dnia 25.12.2019 Pavel przeżuwając w zębach kawałek ciągnącej się, suszonej chałwy rozmyślał o tym, co widział (lub też nie był w stanie dojrzeć) poprzedniej nocy.

Przedostanie się przez druciany mur zajęło im dłuższą chwilę. Dercosi potrzebowali nieco czasu na stworzenie małego korytarzyka, zdolnego pomieścić jeden jadący jednocześnie motocykl. Chłopak nie był w stanie nazwać narzędzia, które posłużyło im do poprzecinania metalowych zasieków. Wygląda jak miecz świetlny z gwiezdnych wojen, pomyślał wtedy, widząc wojujących z zasiekami mężczyzn.

Gdy uporali się z otworem, Borys odpalił skręta, wypuścił dwa kółeczka z dymu wprost przed siebie i oznajmił:

- Chłopak pojedzie z Glebem, a blondyneczka ze mną – puścił do niej oczko, które spenetrowało ją na wylot. Poczuła, że zamiast kości w nogach ma miękką watę.

Nie było jednak sensu protestować. Po kilku minutach wszyscy znajdowali się już po drugiej stronie drutów. Gdyby nie przednie reflektory dziko warczących jednośladów, ciężko byłoby dostrzec cokolwiek w panującej wokół ciemności.

Pavel nawet nie był świadomy, kiedy słońce całkowicie schowało się za horyzontem. Starał się wtedy odczytać cokolwiek z twarzy Olega. Jakiś przekaz, ukrytą wiadomość czy chociaż dwuznaczne poruszenie głową. Na próżno jednak – dosięgło go jedynie raz niebieskie spojrzenie blondyna, z którego nie był w stanie nic rozszyfrować.

A może nie było nic do odkrycia?

Pewnie nie potrafiłem doszukać się zakamuflowanego przekazu, stwierdził teraz, grzebiąc palcem za ostatnimi górnymi zębami, gdzie utknęła mu chałwa.

Z początku dalej jechali wszyscy obok siebie, lecz już po kilku kilometrach trasa stała się niemal całkowicie nieprzejezdna. Utworzyli więc motocyklowego wężyka. Pierwszy jechał Młody, nadając tempo pozostałym i nucąc jakąś młodzieżową piosenkę pod nosem. Następnie Oleg, za nim Wadim, potem Gleb z Pavelem i na końcu Borys z Tatianą.

Poruszali się bardzo mozolnie. Gdy natrafili na przewróconą na prawy bok cysternę z mlekiem, Jegor podjechał do niej tak blisko, że przednim kołem odbił się od górnego włazu.

- Nie przejedziemy, psia mać.

- Co, aż tak zajebane? – spytał z samego końca Borys.

- Tak mi się wydaje – stwierdził Młody, który siłą nóg odepchnął jednoślad w tył, a następnie przednią lampą omiótł całą drogę jej światłem. – Teraz jestem tego pewny, psia…

- Mac. Dobra, dalej idziemy pieszo. Panowie – szef zwrócił się do swojej drużyny. – Noktowizory na głowę.

- Ja mam to nieść? – spytał Wadim, wskazując na czarną torbę przytoczoną do bagażnika jego motoru.

- Nie, ta twoja kurwa z burdelu. Pewnie, że ty.

Borys zaśmiał się, odpalił skręta i próbował palić go tak, by dym nie zasłaniał mu nocnej wizji.

- Dobra, dziewczyna trzyma się mnie za skafander na plecach. Chłopak Gleba, a Oleg Młodego – dodał po chwili.

- Czemu mnie? – spytał zdenerwowany Jegor. – A co jeśli…

- Nie ma jeśli. Idziesz pierwszy, a on za tobą. Jak coś odwali, my trzej z tyłu załatwimy go migiem. Ale nie odwali nic – spojrzał pewnie na Olega. – Ponieważ wiem, że nie chce wąchać kwiatków od dołu. Nie ma też jebanego daru widzenia w ciemności.

Oleg nie zareagował, a stoicki spokój którym epatował od momentu pojawienia się z grupą Dercosów powoli wprowadzał chłopaka w stan zadumy.

O co tu do jasnej cholery chodzi?

Gdy zgasili motocykle, wokół nich zapanowała absolutna czerń. W teorii mieli dostępnych siedem par oczu, lecz w praktyce jedynie cztery z nich były w stanie widzieć.

Ruszyli przed siebie. Młody prowadził ich z początku chodnikiem, lecz po kilkuset metrach zauważył rzędy biały stożków, totalnie zagradzających im dalszą drogę ścieżką dla pieszych.

- Co to, psia mać, jest?

- Omiń. Nie ruszaj.

Jegor posłuchał rozkazu Borysa. Rozejrzał się i zaplanował dalsza trasę. Przeszli po kilku samochodach przygniecionych przez złamane drzewo i ruszyli w stronę zarośli przy drodze.

- Zwolnij, bo w tej ciemności nasi nowi przyjaciele się zgubią – nakazał Borys, czując jak Tatiana ledwo co trzyma się jego czarnego skafandra swoją drżącą dłonią.

- Się robi, szefie.

- Gdzie ty nas prowadzisz? – spytał zdezorientowany Wadim, odgarniając ręką gałęzie zwisające na wysokości swojej twarzy. – Nie dało się ulicą?

- Nie, sam widziałeś. Tu tylko zrobimy obejście i wrócimy na drogę, a teraz… - Młody przerwał w połowie zdania, zatrzymując się i gestem ręki nakazując to samo pozostałym.

Ci z noktowizorami rozejrzeli się na boki. Nic.

Ci bez noktowizorów również. Nic.

Jedni i drudzy nie mogli dostrzec tego, co pozostawało niewidoczne. Ale ten ryk słyszeli. I na długo go nie zapomną.

Zlepiony w jedność, wydobywający się z co najmniej kilkunastu gardzieli, zmiksowany dźwięk skrzeczenia żaby, wycia wilka i ryku lwa.

Biali, pomyślał tamtej nocy Pavel, a ciarki, które go wtedy przeszyły, powróciły teraz z podobną siłą. Dostał drgawek i poczuł, jak z rąk wyślizguje mu się pusty papierek po dopiero co zjedzonej chałwie. Zdał sobie właśnie sprawę, że w mgnieniu oka jego ręce stały się mokre.

Mokre ze strachu, podobnie jak wczoraj, gdy o mało w bezkresnej ciemności nie puścił kombinezonu Gleba i nie został pozostawiony samemu sobie. Czuł wtedy, jak coś się w otaczającej go czerni czai. Nie wiedział dokładnie co, ale zdawało mu się, że to coś…nie jest już mu totalnie obce.

Gdy grupa stała tak w zaroślach zasłaniających niemal całkowicie otoczenie i czekała na to, aż orszak pędzących w niewiadomym kierunku Białych ich minie, Pavel przypomniał sobie.

Ja o tym śniłem. To ta wielka, biała głowa, z oczami…aż nie chce o tym myśleć, stwierdził i wzdrygnął się ponownie, łącząc ze sobą obydwie dłonie i czując, jak w jego zamknięty uścisk wciska się dłoń Tatiany.

- Nie bój się. Tam było strasznie, ale już po wszystkim.

Jak mam się nie bać, skoro to co mi się niedawno śniło, zaczęło się materializować? Jakim do cholery cudem?

Chwycił kolejny kawałek chałwy i odgryzł sporą jej cześć. Gdy walczył w ustach z oporem stawianym przez irańskiego pochodzenia przysmak, mimowolnie powrócił do wydarzeń z poprzedniej nocy, dochodząc do wniosku, że jego umysł mógł po prostu płatać mu figle.

Bieg bladych stworów wydawał się nie mieć końca, chociaż w rzeczywistości trwał nie więcej niż dwie minuty.

- Młody, zbadaj teren.

Jegor nic nie odpowiedział, jedynie odwrócił się w stronę szefa i mu przytaknął. Nakazał Olegowi zostać w miejscu, a następnie ruszył kilka metrów do przodu w zarośla, ale tak, że prędzej Pavel usłyszałby bicie własnego serca, niż odgłos jego kroków.

W sumie to właśnie słyszał. Serce dudniło mu niemiłosiernie. Czuł, że znajduje się na statku płynącym po otwartym morzu w nocy, gdzie nie ma nic wokół niego, prócz wody. Stoi za kołem sterowym, którego trzyma się mocno. Nie próbuje nim kierować; daje mu całkowite przyzwolenie na nakierowanie okrętu tam, gdzie zechce – ponieważ wie, że gdyby nie ten statek (za który teraz służy mu Gleb), wpadłby do znajdującej się pod nim wody i utonął.

Pavel wzdrygnął się, gdy usłyszał nagle głos zza swoich pleców:

- Jest bezpiecznie, możemy iść.

- Dobra robota, Młody – Borys klepnął przechodzącego obok niego Jegora po ramieniu. – Złącz się z Olegiem i ruszamy dalej. Mieliśmy jebanego farta, że nie natrafiliśmy na bandę tych mutantów podczas jazdy motorem.

- Motorem by się przed nimi uciekło – rzekł Wadim, poprawiając czarną torbę, która nieco uwierała go w łopatki. – Gorzej autem. Nie jest tak szybie i zwinne jak jednoślad.

Pavel zdał sobie wtedy sprawę, jak mocno ryzykowali, podróżując samochodem, który może i nie był tak hałaśliwy jak motocykl, ale w zakorkowanych i zniszczonych ulicach nie mógłby spełnić drugiej z najważniejszych funkcji (prócz tej pierwszej: poruszania się szybciej niż na piechotę) – czyli ucieczki przez Białymi.

- Dobra, wyjdźmy na ulicę – Borys uciął temat. – Te chaszcze działają mi na nerwy.

Po chwili byli już ponownie na głównej drodze, która okazała się nie mniej przejezdna, niż tam, gdzie zostawili motocykle. Szli przed siebie (w wiadomym jedynie teraz Dercosom kierunku), mozolnie omijając kraksy samochodowe, wywrócone postsowieckie ciężarówki oraz poucinane w połowie lampy drogowe, których górne części wbijały się w metalowe puszki z kołami na drodze. To ostatnie połączenie sprawiało wrażenie post-apokaliptycznych lizaków. Dla pana lizak na patyku…a nie, przepraszam. Stara łada na uciętej lampie.

Gdy nastał świt, minęli zachowany w przyzwoitym stanie znak oznajmiający, że wchodzą do miejscowości Pieczersk.

- Stąd mamy niedaleko do Smoleńska – stwierdził Gleb, który wybił chłopaka z rozmyślań dźwiękiem przeładowanej w ręce SS8.

- Racja – Borys rozłożył się na plecach, zapalając papierosa, którego dym pod wpływem porannego wiatru zawiał w stronę znajdujących się naprzeciwko Pavela i Tatiany.

Oleg siedział pomiędzy Wadimem i Młodym i z początku chłopaka nurtowało to, dlaczego blondyn nie spróbuje odebrać im broni i ich nie zabić (szczególnie wtedy, gdy Wadim wyruszył na poranny zwiad). Przecież jest Dercosem, widział go w akcji i wie, jak sprawny jest z niego człowiek.

Umiał poradzić sobie z jednym Białym w Odincowo. Dał radę rozprawić się z bandytami z Otnosovo. Wygrał walkę z kilkoma bladymi bestiami w farbiarni.

Więc w czym problem teraz?

Pavel myślał tak przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, co może być na rzeczy.

Dlaczego Oleg siedzi teraz z pustym wzrokiem wlepionym w niebo, nie spoglądając na tych, których miał chronić? Czemu o nich nie walczy? Może ma coś do ukrycia? Może czuje sympatie do pozostałych Dercosów na zasadzie „braterstwa krwi”?

Wtedy też wyjaśnienie dotarło do chłopaka tak nagle, jak dociera do mózgu ucznia na egzaminie coś, czego uczył się wiele godzin dnia poprzedniego, ale za nic nie mógł na to z początku wpaść.

Pięć czarnych kombinezonów z pięcioma białymi „D” z przodu i z tyłu. Z tych pięciu osób, jedynie jedna jest (a przynajmniej do niedawna była) im przyjazna.

Starcie jednego Dercosa z czterema nie mogło się skończyć dobrze dla tego, który walczył samotnie. Nawet gdyby Pavel i Tatiana mu pomogli – co by to zmieniło?

Oleg nie chciał ryzykować. Chłopak nie wątpił, że przekalkulował wszystko nie jeden raz i musiał dojść do wniosku, że to koniec. Teraz nie podejmie walki.

Pavel wciągnął ostatni kawałek chałwy i rozejrzał się po otoczeniu.

Wieś w której się teraz znajdowali, położona była około osiem kilometrów na północ od centralnej części Smoleńska. Lokalny oddział Sberbanku, hotel Voyage i stacja paliw Azs stanowiły jedyne ciekawe punkty na mapie Pieczerska. Coś jeszcze by się zapewne znalazło, lecz chłopak usłyszał tylko o tych miejscach od Wadima, który wracając z porannego zwiadu, złożył Borysowi krótki raport:

- Bank, hotel i stacja – oznajmił, siadając obok Olega. – Korek w stronę Smoleńska i z powrotem, drogi nieprzejezdne. Myślę, że nawet hulajnogą by się człowiek nie przecisnął. Brak oznak istot żywych. Więcej nic, co by nas mogło zainteresować przed drogą na południe.

- A koniem przejadę?

- Co? – wtrącił się zdziwiony Młody, zwracając się w stronę Borysa.

- Koniem. Czy na nim przejadę?

- Po tym, co twierdzi Wadim, to raczej nie – mruknął Jegor, kładąc na kolanach swoje MM40 i obiegając szybkim, przezornym wzrokiem Olega. – Skąd to pytanie?

- No jak to skąd, Młody. Najazdy tatarskie prowadzone były głównie na koniach. Kto jak kto, ale ty to powinieneś dobrze wiedzieć.

Borys klepnął w ramię King-Konga, a następnie wszyscy Dercosi (prócz nieustannie penetrującego niebo Olega i nieco urażonego Jegora) wybuchli głośnym śmiechem.

- Dzisiaj powinniśmy już tam dotrzeć – rzekł Gleb, uprzedzając Młodego, który już miał coś powiedzieć, ale ugryzł się w koniec języka. Następnie odpalił wyciągnięte uprzednio z kieszeni pokaźnej wielkości cygaro marki Montecristo.

- Mówisz o Smoleńsku? – spytał Wadim, drapiąc się po bliźnie na twarzy.

- Tak.

- O ty chuju – warknął Borys, czując zalatujący w jego stronę dym. – To ja pale te jebane kiepy o smaku skarpet menela, podczas gdy ty masz takie zajebiste cygara.

- Obstawię ci połowę, szefie.

- No ja myślę.

Borys wstał, otrzepał plecy z kurzu i podszedł do siedzących naprzeciw piątki Dercosów chłopaka i dziewczyny. Wszyscy tworzyli nieregularny okrąg, którego dolną część stanowił Pavel z Tatiana, a górną faceci w czerni. Pomiędzy półokrągłą dolną częścią a równie (lecz nieco bardziej rozciągniętą) półokrągłą górną częścią występowała widoczna przerwa.

- To co, gotowi?

- Na co? – odezwała się Tatiana, przytulając się do ramienia Pavela.

- Jak to na co – rzekł z udawaną radością łysy mężczyzna. – Idziemy do Smoleńska. Do Bastionu Smoleńskiego. Czyż nie tego chcecie?

- Tak, ale…

- Ale co? Spokojnie, będziecie tego świadkami.

- Czego świadkami? – spytał chłopak, czując wbijające się paznokcie blondynki w jego dłonie.

- Zobaczycie. Co nagle to po diable – puścił im oczko i zwrócił się do wszystkich. – Dobra, ruszamy na południe.

* * *

Trasa okazała się bardziej skomplikowana, niż się tego spodziewali.

- Psia mać – rzucił Młody, wchodząc na przepełniony po brzegi srebrny przydrożny kosz na śmieci, znajdujący się na głównej ulicy Pieczerska – Ani koniem, ani hulajnogą się nie przejedzie.

- Pokaż.

Borys przeszedł obok skośnookiego kolegi i wskoczył na stojącą najbliżej czerwoną ładę. Pod napływem ciężaru ciała łysego, blacha na dachu wygięła się gwałtownie, wydając nieprzyjemny, metaliczny dźwięk.

- Jest do dupy – oznajmił, podsumowując swoje krótkie oględziny ulicy. – Trzeba będzie iść górą. A dawno na górze nie byłem.

Szef uśmiechnął się krótko, odpalił skręta, zaciągnął się głęboko i trzymając dym w płucach przez kilka sekund, przebiegł wzrokiem po reszcie grupy.

- Wskakujcie za mną. Będzie trzeba iść po dachach aut, przynajmniej teraz – kontynuował, a z jego ust wyleciała struga szarej mgiełki.

Drażniący zatoki dym z papierosa doleciał do nozdrzy chłopaka, przywołując mu na myśl chwile, gdy sam palił. Dobry Boże, o ile istniejesz, dziękuję ci, że już nie niszczę swojego ciała, pomyślał. Przynajmniej nie tytoniem, ale to zawsze coś.

Za przykładem palącego mężczyzny pozostali pojedynczo zaczęli wskakiwać na ładę. Najpierw Wadim, ustawiając się ramię w ramię z Borysem. Następnie Gleb szturchnął MM40’stką Olega po plecach; blondyn wskoczył na czerwony pojazd a ciężar trójki mężczyzn stojących na dachu wiekowej Łady wygiął sklepienie auta tak mocno, że mogli oni poczuć przez cienką warstwę metalu zagłówki foteli znajdujących się w środku.

- Oleg, do przodu – nakazał mu puszczający kółeczka z dymu mężczyzna.

Gdy tylko blondyn przeszedł na bagażnik kolejnego samochodu, King-Kong szturchnął Pavela i Tatianę lufą broni.

- Teraz wy.

- Tak, dołączcie do waszego zbawcy – szyderczo dopowiedział Borys, podśmiechując się krótko pod nosem.

Chwilę potem wszyscy pod swoimi stopami czuli dudniący z każdym krokiem metal. Członkowie ekipy Borysa (wraz ze swoim szefem) kroczyli obok siebie (każdy z nich na dachu innego, lecz sąsiadującego ze sobą auta), trzymając na muszkach wyciągniętych uprzednio MM40 resztę grupy, której kazali iść wężykiem przed nimi.

- To co, ktoś jakąś akcje chce odwalić? – spytał sarkastycznie Borys, spluwając przed siebie i trafiając w lusterko jakiegoś srebrnego sedana z wybitymi bocznymi szybami.

- Ostatnia szansa, potem już może nie być okazji – zachęcił ich. Zauważył jednak, że nie reagują na jego zaczepki, więc tupnął mocno w dach terenowego UAZ’a, na którego przed chwilą przeszedł.

- Ej no, co wy. Nie chcecie się bawić, to nie. Żebyście tylko potem nie płakali, że wujcio Borys nie ostrzegał.

Pavel miał taki mętlik w głowie, że nie wiedział już, co ma o tym wszystkim myśleć. Liczył na jakąkolwiek reakcje ze strony Olega. Blondyn jednak wydawał się być teraz pusty jak wydmuszka po jajku. Szedł w środku przed Tatianą, a chłopak miał okazje kilka razy obejrzeć się przez ramię i na niego spojrzeć. Wydawało mu się wtedy, że słyszy ludzki głos przebijający się przez czarną taśmę zaciśniętą na ustach Dercosa. Dźwięk ten starał się wydobyć na wszelkie sposoby, ale znajdował się teraz w gardzielowym więzieniu. Niebieskie oczy, kiedyś takie stanowcze i nieustępliwe, teraz były mdłe i…zrezygnowane?

Jeżeli on zwątpił, to już nie ma dla nas nadziei, stwierdził chłopak, przełykając głośno ślinę.

- Po co nas zatrzymaliście? – spytała nagle łamiącym się głosem dziewczyny, stając w miejscu i zatrzymując cały grupę przypominającą kształtem literę „T”. – Mówiliście, że jak wyjaśnimy sobie to i owo, to puścicie nas wolno. Mnie i Pavela – wskazała na niego drżącą ręką. – Jak chcecie nas…mnie zabić, to zróbcie to! – krzyknęła. – Dłużej tej niepewności nie wytrzymam. Pytajcie, o co chcecie, a potem…

- Co będzie potem, zależy już tylko ode mnie i od mojej grupy – przerwał jej Borys, chowając karabin na plecy. Następnie wyciągnął obydwie ręce do góry i zaczął powoli obracać się wokół własnej osi.

Sprawiał wrażenie uznanego wojownika pochodzącego ze starożytnej Grecji, który pozdrawia tłum gapiów w Atenach podczas święta boga Dionizosa.

W sumie brakowało mu jedynie tej miedzianej piersiówki z wygrawerowaną sowiecką gwiazdą, którą Gleb trzymał przy sobie i z której pociągał, gdy tylko naszła go ochota, by można go autentycznie uznać za biorącego udział w Dionizjach żołnierza.

- Nic wam nie zrobiliśmy – głos blondynki podczas wypowiadania ostatniego słowa załamał się. Z kącików jej oczu poleciały pojedyncze kropelki łez. – Dlaczego? Dlaczego nas męczycie i nie pozwolicie nam odejść? Dlaczego?! – krzyknęła na końcu, ale z jej gardła wydobył się jedynie piskliwy cień zrozpaczonego i zmęczonego głosu. – Nie mam już siły.

Usiadła na drzwiach wywróconego na lewy bok pick-upa, w środku którego znajdowały się pozaklejane taśmą tekturowe pudła, zwisające z sufitu CB-radio oraz zasikane przez jakąś mysz lub kunę kilkunastoletnie wydanie gazety Komsomolskaja Prawda.

- Już? Skończyłaś lament? – spytał beznamiętnie Borys.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Lekko pochlipując, obracała w dłoniach swoją zieloną bransoletkę.

- Uznam to za tak. Słuchaj.

Łysy wykonał energicznego susa do przodu. Znalazł się kilka centymetrów od twarzy dziewczyny, a gdy wylądował, pick-upem tak mocno zachwiało, że CB-radio zerwało się z dachu i spadło ma kartony, wydając stłumiony dźwięk.

Chłopakowi pozycja, jaką teraz obserwował przed sobą, przypomniała sceny z pewnych filmów dla dorosłych, w których kobieta na siedząco (bądź też częściej na kolanach) robiła dobrze stojącemu przed nim mężczyźnie, by na koniec zebrać wszystko na twarz, wypluć bądź też połknąć.

- Każdy z nas jest tutaj z jakiegoś powodu – łysy przerwał ciszę i kucnął przed blondynką.

Złapał ją delikatnie za podbródek i podciągnął jej twarz do takiego poziomu, by mogli sobie spojrzeć w oczy. Dziewczyna dostrzegła w jego źrenicach przez moment promyk nadziei, który ulotnił się jednak szybko, niczym przepłoszony wróbel ćwierkający z końca balustrady, za której początek złapał człowiek.

- Nie bój się – oznajmił, czując jak twarz dziewczyny dygocze. – Chyba słyszeliście o nas. O Dercosach. Naszym celem nie jest zabijanie pięknych dziewczyn ani – kiwnął głową w stronę Pavela. – Ich przystojnych chłopaków.

Gdy poczuł, że twarz dziewczyny przestaje drżeć, wstał i objął powolnym spojrzeniem resztę grupy.

- Likwidujemy Białych. To jest nasz cel.

- Smoleńsk to siedlisko Białych?

- Tak – potwierdził Borys.

- Ale jak to…przecież…

- Co przecież, Pavel? Co przecież?

- Było mi…było nam mówione co innego…

- Kto wam to mówił?

Chłopak utkwił wzrok w zaklejonych ustach Olega.

- A, on. Pewnie. To wszystko wyjaśnia. Już jakiś czas temu Rajtan miał co do niego pewne podejrzenia. Wychodzi na to, że okazały się prawdziwe.

- O czym ty mówisz? – spytała cicho blondynka. Skulona, z opuszczoną głową i dłońmi splecionymi na bransoletce przypominała jedno z renesansowych malowideł przedstawiających damy dworskie w niepełnej okazałości. Jedynie sceneria nie pasowała, ale w końcu nie dało się mieć wszystkiego.

- Dobrze słyszycie. Oleg was okłamał.

- Odnośnie czego? – dopytał nerwowo Pavel.

Domyślał się, o co mogło chodzić, lecz chciał to usłyszeć. Podobnie jak konającemu na raka płuc człowiekowi nie odmawia się papierosa – bo to i tak nie zmieni jego losu, tak samo on domagał się prawdy, wiedząc, że w gorszej sytuacji już się znaleźć nie może.

Borys obrócił głowę w stronę nieba. Było już południe, a słońce wychyliło się zza błękitnych chmur. Patrzył przez parę sekund w sam środek żółtej gwiazdy, a gdy promienie dostatecznie mocno spenetrowały mu oczy, zasłonił je ręką.

Za jego przykładem poszedł Pavel, któremu ta sytuacja przypomniała część jego własnego snu. Stwierdził, że słońce z jego własnej głowy jest bardzo zbliżone do tego, jakie teraz widzą na prawie pustym niebie.

Czy żółta poświata gwiazdy przyczyni się do wyjaśnienia zawiłości, które tak mocno zaczęły kłębić się w głowie Pavela?

- Niech on wam powie.

Borys podszedł do Olega. Spoglądając mu nieustępliwie w oczy, zerwał energicznym ruchem taśmę z jego ust. Mierzyli się wzrokiem nie mniej przenikliwym i stanowczym, niż dwóch 19-nasto wiecznych kowboi podczas pojedynku rewolwerowego na pustynnych równinach Teksasu.

- Oleg, o co tutaj chodzi? – spytała dziewczyna, podchodząc nieco bliżej w jego stronę.

Blondyn zmierzył wzrokiem wszystkich wokół siebie, po czym rzekł:

- Słuchajcie, jest taka możliwość, że…

- Bzdura! – ryknął Borys, uderzając Olega w klatkę piersiową tak, że o mało nie przetoczył się na kolejne auto. – Bzdura, bzdura i bzdura.

- Daj mi…

- Nie!

- Pozwól mu powiedzieć, proszę – poprosił go Pavel, mając jeszcze nadzieje na jakieś magiczne i pozytywne wyjaśnienie całej tej sytuacji.

- Nie! – warknął ponownie Borys. – Koniec tego. Słuchaj.

Szef doskoczył do blondyna i zaczął mówić, wygrażając się zamkniętą pięścią:

- Rozmawiałeś z Rajtanem? Wiem, że rozmawiałeś. Rozmawiałeś z nim na temat Smoleńska? Oczywiście, że tak. Na temat Bastionu Smoleńskiego? Oczywiście, że tak. Dostałeś rozkazy? Oczywiście, że taaak! – ostatnie „tak” wypowiedział tak głośno i przeciągle, że echo rozeszło się po okolicy i przez kilka sekund nie opuszczało zebranych wokół ludzkich uszu. – A jakie to były rozkazy? Zniszczyć Smoleńsk. Zniszczyć Bastion Smoleński. Bo tam są Biali. Bo tam jest siedlisko Białych.

Twarz Olega pozostawała beznamiętna. Spojrzał jednak przez ułamek sekundy na Pavela, a ten pierwszy raz dostrzegł w jego oczach słowo „przepraszam”.

- A ty tymczasem co robisz? Ha – Borys ciągnął swój monolog, odpalając skręta i buchając potężnym dymem w stronę blondyna. – A ty tymczasem znajdujesz sobie dwójkę bogu ducha winnych dzieciaków i obiecujesz im jebane gruszki na wierzbie, a następnie z tą piękną wizją prowadzisz ich w stronę Smoleńska, biorąc po drodze to – wskazał na czarną torbę trzymaną przez Wadima. – Pewnie nawet im nie wyjaśniłeś, co tam jest w środku…

Faktycznie, gdy wcześniej o to pytałem, Oleg zbył mnie stwierdzeniem, że torba jest ważna i że lepiej, żebyśmy nie wiedzieli.

- Pavel, Tatiana… - Oleg próbował przerwać monolog Borysa.

Z marnym jednak skutkiem.

- Pewnie, że nie! – krzyknął triumfalnie, unosząc obydwie dłonie do góry i podskakując, czym sprawił wrażenie podobne do klauna wyskakującego z pudełka-niespodzianki. – Bo po co, prawda? Po co im mówić, że załatwiłeś sobie po drodze coś, co pozwoli tobie wyjebać pół Smoleńska w powietrze?

A więc to ładunki wybuchowe. W mózgu chłopaka aż zawrzało.

Oleg od początku chciał jedynie wysadzić Bastion? Jeżeli tak, to dlaczego od początku mówił mi i Tatianie, że w Smoleńsku możemy znaleźć obozowisko ludzkie? Nie rozumiem…

- Wiem, że możecie być teraz nieco zdziwieni. Ale taka jest prawda – szef pstryknął palcami, wyrzucając dopalonego skręta za siebie. Następnie odwrócił się w stronę dziewczyny i Pavela, kazał im podejść do siebie, a gdy to uczynili, złapał ich delikatnie za ramiona.  – Przykro mi, naprawdę. Nadzieja umiera ostatnia, a wy już nawet jej nie możecie mieć. Ale to nie ja wam ją zabrałem. To Oleg wam ją dał i jednocześnie bezpowrotnie zabrał, już na samym początku. Kłamstwem daleko się nie pociągnie.

- Czułem i nadal czuje, że tam może nie być Białych – odezwał się nagle Oleg, spoglądając to na Pavela, to na Tatianę. – Mam pewne domysły. Sądzę, że ludzie mogą tam mieszkać. Tacy jak my, normalni. Dlatego wziąłem was po drodze i oznajmiłem, że w Bastionie znajdziecie ukojenie. Nie mogłem być pewny, ale…

- Skąd te domysły? – spytał spokojnie chłopak, chociaż chciał wylać gotującą się w nim lawinę myśli na zewnątrz.

- Nie wiem, jak to określić, ale… - rozglądał się po otoczeniu, jakby szukając odpowiednich słów. – …ale miałem wizje. I to one podpowiedziały mi, że w Bastionie są ludzie, a nie Biali.

Chłopak zdał sobie właśnie sprawę, że nie jest już jedyną osobą, miewającą takie doświadczenia. Może nie zwariował, a to wszystko ma w sobie ziarenko prawdy?

- Ja też, od pewnego czasu mam dziwne sny czy też wizje. Nie rozumiem ich, jednak…

- Dobra, koniec teatrzyku – przerwał im Borys, wyciągając SS8 i celując w chłopaka. – Znaleźli się, potomkowie Mojżesza, kurwa. Wizje i sny. A może w Bastionie nie ma ani Białych ani ludzi. Może są tam tylko napalone 30-stki z plastikowymi piersiami i stojącymi jak wentyle sutkami, które ciągle pieprzą się ze zgrają napakowanych muminków, którzy fiutami mogliby stawiać mosty, hm? W końcu czemu nie. Może i ja miałem taką wizje.

- Dobra, zbierać się – dodał zaraz szef, ustawiając ponownie grupę w marszowym trybie. – Ruszać dupy, bo już czuje marznący jęzor Buki na swoich plecach.

I tak w akompaniamencie drwiącego śmiechu, powędrowali dalej.

* * *

Długi jęzor pozostawionych na wieczność samochodów, na którego grzbiecie wędrowała grupa przybyszów, zdawał się nie mieć końca.

Minęli stację paliw Azs niedługo po piątej popołudniu, przy której zatrzymali się na parę minut. Gleb nie mógł się oprzeć przeczuciu, że w środku znajdzie coś, co będzie mógł wlać do swojej miedzianej piersiówki. Zmysły jednak wywiodły go na manowce, i wychodząc ze stacji mocno trzasnął drzwiami, rzucając na lewo i prawo kurwami i innymi, wyszukanymi przekleństwami.

- Tylko rozbite butelki. Dobra kurwa, jakoś przeżyje bez Russkaya.

O siódmej byli już przy pomniku samolotu Jak-42, gdzie postanowili rozbić obóz, ponieważ ściemniło się już mocno. Droga ulicą Kutuzova, którą wkroczyli oficjalnie do Smoleńska, minęła im w spokoju i względnej ciszy. Napięta uprzednio atmosfera już zdążyła się rozluźnić, co dało się dostrzec po zachowaniu Borysa.

Szedł zamyślony na początku grupy, zostawiając resztę wiernych sobie Dercosów na tyle.

- Miejcie ich na muszce, pójdę przodem.

Rolował w dłoniach wyciągniętym SS8 i co jakiś czas pogwizdywał wesoło. Pavel jednak zdawał się mieć przeświadczenie, że ta radość stanowi jedynie zasłonę dymną dla uwierającej go szpilki, którą wbił mu (razem z Olegiem) wcześniej.

Jego prawda mogła nie okazać się tą słuszną.

Chłopak próbował sobie wydarzenia ostatnich kilkunastu dni ułożyć względnie poprawnie w głowie, lecz nie dawała mu spokoju myśl, że mógł zostać tak bezwzględnie oszukany przez (jak mu się kiedyś wydawało) jego przyjaciela, Olega.

Mówił przecież, że w Bastionie mogą być ludzie, a nie Biali. Od początku tak twierdził. Nawet jeżeli po pewnym czasie dowiedział się, że w Smoleńsku znajduje się siedlisko bladych bestii – powinien powiedzieć o tym pozostałym, a nie wodzić ich za nos i stawiać wszystko na jedną kartę.

Dlaczego nie powiedział o swoich zawahaniach? Dlaczego nie wyznał prawdy?

Jak to się wszystko teraz skończy?

- Kochanie, nie myśl o tym tyle – wpędziła go ponownie do realnego świata Tatiana, ściskając mocno za rękę. – Już późno, odpocznijmy.

Cała grupą ułożyła się wokół rozpalonego uprzednio ogniska. Podzielili się na trzy sekcje: w największej Borys wraz wiernymi sobie Dercosami, niedaleko obok Oleg a po przeciwnej stronie Pavel z Tatianą.

- Macie coś do spania? – zwrócił się do nich Gleb. – Jak nie, to…

- Przeżyją. Już jutro będzie po wszystkim – przerwał mu Borys, przeżuwając w ustach ostatni kawałek gorzkiej czekolady. Ubrudził sobie nią porządnie zęby i przypomniał Pavelowi sytuacje, gdy to on był małym dzieckiem i dorwał się pierwszy raz do nocnej szafki rodziców, w której trzymali wszystkie słodkości.

Dostał potem niezłe manto od swojego ojca, ale gra była warta świeczki.

- Po co nas trzymacie? Jeżeli tam nie ma Białych, to dajcie nam odejść.

- Gdzie pójdziecie? – szef splunął czarną mazią w ognisko.

- Do Wiaźmy. Jest tam obóz. Znajdzie się dla nas robota – rzekł Pavel, ujmując Tatianę pod rękę.

- Właśnie. Raczej nic tu po nas, jeżeli w mieście do którego teraz weszliśmy, roi się od tych bestii.

- Tego nie wiecie.

Wtrącił się nagle Oleg, wlepiając wzrok w wesoło skaczące płomyki ogniska.

- Ty też nie wiesz. A te wizje, których doświadczyliśmy…mogą nie mieć w sobie ani ziarnka prawdy.

- O, ktoś tu nagle zmienił zdanie – oznajmił szef, z udawanym uznaniem spoglądając na siedzących po przeciwnym stornie ogniska.

- Nie zmienił…chociaż, może można to i tak nazwać. Oleg – chłopak zwrócił się w jego stronę. – Dlaczego nie powiedziałeś nam wcześniej o tym, że w Bastionie mogą być równie dobrze Biali? Narażałeś nas całą drogę na niebezpieczeństwo. A my ci zaufaliśmy.

- Nie chciałem was…niepotrzebnie niepokoić.

- Niepotrzebnie niepokoić?

- Tak. Czasem warto ufać swoim zmysłom. A ja tym razem czuje, że naprawdę tam są ludzie. I nie Wiaźma ani inne obozowisko. Tylko prawdziwy Bastion.

- To znaczy? – spytała Tatiana, żując w zębach suszoną wołowinę.

- Gówno. To znaczy gówno.

Borys wstał i podszedł do przytulonej pary.

- Daliście się zwieść. To nie nasza wina. To wina Olega. Teraz – rozejrzał się po ciemnym, zachmurzonym niebie, przez które przebijały się nieliczne gwiazdy. – Odpoczywamy. Kto zmęczony, ten do spania. Rano czeka nas…

- Ale…

- Nie przerywaj mi, psia mać! – warknął na Pavela. – Nie przerywaj mi…pójdziemy tam wszyscy. W – S – Z – Y – S – C – Y. I wszyscy zobaczymy, kto tutaj ma racje. A potem, pójdziecie gdzie chcecie.

Po tych słowach nikt nie miał ochoty na kontunuowanie tego tematu. Położyli się wokół źródła ciepła, mając pod sobą jedynie trawę i grube prześcieradła, które wyciągnęli z pobliskiego sklepu.

- Młody.

- Tak?

- Wiesz co.

- Nie, szefie. Tylko nie znów ja… - rzekł przeciągle Jegor. Domyślał się, o co chodzi.

- Tak, znów ty. Ale tym razem warte odbędziesz z Wadimem.

- Co? – spytał ze zdziwieniem facet z blizną na twarzy, podnosząc głowę z prowizorycznej poduszki, którą sobie uczynił z czarnej torby.

- Jajco. We dwóch, bo trzeba pilnować naszych jasnowidzów.

- Się robi, szefie – oznajmili jednocześnie.

Pavel pomimo początkowych problemów z zaśnięciem (Tatiana leżała oparta głową o jego lewą rękę, co nie było tak wygodne i przyjemne, jak w popularnych filmach romantycznych z Hollywood), zdołał przekierować swój umysł na tory spokojnego snu.

O dziesiątej wieczorem wszyscy już spali. Młody z Wadimem zrobili obchód po okolicy obozowiska i po upewnieniu się, że jest bezpiecznie, przycupnęli na pobliskiej ławce.

- Zaczyna mi śmierdzieć ta sprawa, Młody.

- Dlaczego?

- Jak to dlaczego – guma żuta przez Wadim skutecznie zniekształcała jego głos. – Są głoszone rozbieżne zdania na ten sam temat. I to nie przez byle kogo.

- Masz na myśli Borysa i Olega?

- Nie Jegor. Twoją matkę i carycę Katarzynę. Jasne, że tak.

- Psia mać – zgrzytną zębami Młody, spoglądając w niebo.

Pogoda była nadzwyczaj łagodna, jeżeli chodzi o tę porę roku. Śniegu praktycznie nie sposób było dostrzec, a gdy już się pojawił, to nawet topniał, co dało się wywnioskować po płynących tu i ówdzie niewielkich strumyczkach błotnistej wody.

- Właśnie, psia nasza mać – sparafrazował go bliznowaty. – Jak sądzisz, kto tutaj ma racje?

- A ty jeszcze wątpisz? – oczy Młodego rozchyliły się szeroko.

- Nie – odpowiedział z wahaniem. – Jedynie pytam.

- Jasne, że Borys. Przecież ten rozkaz wyszedł od Rajtana. On nas nigdy nie okłamywał. Wiec dlaczego teraz miałoby być inaczej?

- Nie wiem. Sam nie wiem.

- Oleg zwariował. I ci jego gówniarscy towarzysze tak samo. Wizje i sny. Może jeszcze frytki do tego.

- Jesteś tego pewny?

- Jaaasne – przeciągle oznajmił Młody, rozkładając się na ławce. – Borys nigdy nas nie zawiódł. Tak samo jak Rajtan. Pójdziemy tam, wysadzimy to gniazdo bestii w powietrze i będzie koniec. Po sprawie.

- Żeby to tylko było takie proste, jak opisujesz.

- Będzie, zobaczysz. W końcu, psia mać, jesteśmy dobrym zespołem.

- W to, że jesteśmy dobrym zespołem, nawet nie wątpię. Ale jeżeli tam jest gniazdo Białych, jak twierdzi Borys i Rajtan, to czy nasza grupa to nie za mało, by je unieszkodliwić? Z drugiej jednak strony, jeżeli tam jest miasto ludzi, to po co nam te ładunki wybuchowe?

Wadim dostrzegł przebłysk zakłopotania w oczach Młodego. Liczył na to, że może ktoś jeszcze dostrzeże kuriozum tej sytuacji.

Jednak nie tym razem. Jegor był wierny niczym pies policjanta.

- Nie myśl o tym tyle. Borys i Rajtan to przekalkulowali. Jesteśmy w dobrych rękach, psia mać.

Resztę nocy spędzili w ciszy. Nikt się nie odzywał, a jedyne odgłosy, które dobiegały do ich czujnych uszu, pochodziły od śpiących przy ognisku ludzi.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×