Przejdź do komentarzyAkt II - Pedantyczny rodak
Tekst 3 z 5 ze zbioru: EKSPONAT
Autor
Gatunekromans
Formaproza
Data dodania2022-07-27
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń313

Marta obudziła się o poranku z uczuciem niemałego rozgoryczenia i suchością w ustach. Zaklęła pod nosem na gruchające za oknem ptactwo, przepuszczając przez siebie dobre pół litra wody z cytryną.

Minęło kilkanaście nocy od pamiętnego spotkania z neonazistą. Gdy tylko opuściła jego kamienicę, doznała uczucia na pograniczu strachu i euforii. Miała nieodpartą świadomość, że cząstka jej nocnych zmor bezpowrotnie się ulotniła – co uległo potwierdzeniu już podczas kolejnego snu. Na pierwszym planie pozostały dwie postacie i choć usytuowanie tej nieruchomej pozostawało bez zmian, to jedynie jedna istota oblegała ją penetrującym, pełnym rządzy wzrokiem.

Co się stało z trzecim osobnikiem? Nie do końca wiadomo. O ile w ogóle można ufać mirażom sennym, o tyle kontury brakującego mężczyzny, ledwie dostrzegalne zza pokrytej mgielną scenerią odległej warstwy snu, zaczęły przybierać rozmyty kształt Hansa Jüglera.

Gorzki, gardłowy posmak został skutecznie zastąpiony kwaśnym odczuciem cytrusowego, przeźroczystego napoju. Blondynka nie słabła w nadziei (a nawet dostała jej dodatkowy zastrzyk od momentu pierwszej nocy po wizycie na Senackiej) na senne wyjaśnienie nieprzeniknionego fenomenu nieruchomego osobnika, niemniej jednak właśnie teraz fala rozczarowania, którą odczuła po wybudzeniu się, zaczęła ustępować przebijających do niej realiom sytuacji.

Muszę po prostu trafić na odpowiedniego klienta, który zadziała jak przełącznik i niejako „odblokuje” progres w moich wyśnionych wyobrażenia.

Zerknęła na zegarek. Ma jeszcze sporo czasu, zanim granatowy sedan zawita pod jej niepamiętającym konserwacji blokiem. Wyrzucała sobie nieraz fakt odsprzedaży rodzinnego domu Betorów (nazwisko to z widoczną odrazą nosiła ona i jej matka), dowiedziawszy się jakiś czas temu od Borysa, że jej ojciec (w przeciwieństwie do wizji przekazanej córce przez Ewelinę) nie zmarł młodo na raka płuc. Był w końcu rówieśnikiem swojej żony, a w takim wieku statystyka działa jeszcze na korzyść człowieka.  Pewnej burzliwej, listopadowej nocy Ernest  spakował swoje manatki do wielkiej niczym średniowieczna komoda walizki. Głuchy na szlochy i wołania będącej w szóstym miesiącu ciąży Eweliny wyfrunął bez słowa tłumaczenia za granicę, rozpływając się w gąszczu niewyjaśnionych dalej okoliczności.

Marta wierzyła bardziej słowom Borysa, niż swojej matki. Nie do końca wiadomo dlaczego, lecz coraz bardziej upewniała się w przekonaniu, że jeszcze kilku obsłużonych klientów – i będzie ją stać na przeniesienie się do centrum Krakowa. Wspomnienia z domu rodzinnego ma jakie ma, ale było tam o niebo przytulniej, niż w pamiętającym odległe czasy PRL bloku.

Każdorazowo po tym, jak Borys przehandlowywał ją za niemałe pieniądze różnym mniej lub bardziej zdrowym na umyśle facetom, zdawał krótki opis dotyczący przyszłego zlecenia.

– Tym razem klient to jakiś odszczepiony, pedantyczny informatyk – wyjaśniał Borys – Po naszym spotkaniu w cztery oczy wiem dwie rzeczy. Jest pełen natręctw i chorobliwie bogaty. Życzy sobie, byś założyła niewysokie, żółte szpilki. Dodatkowo chce ciebie widzieć w luźnej, czekoladowej spódnicy i jasnoróżowej koszuli.

Marta westchnęła wtedy z nieudawana ulgą. Krwawienie ustąpiło cztery dni po pamiętnym występie u Hansa, więc teraz nie miała powodu obawiać się, że dbającego o czystość klienta przestraszy całkiem kobiecymi dolegliwościami. Oddała się buszowaniu po galeriowych sklepach – Maks zapowiedział, że zwróci co do grosza koszt, jaki przysłana przez Borysa dziewczyna poniesie w związku z dostosowaniem się do jego prośby, dodając jednocześnie wymownym tonem, że nie toleruje odstępstw od swojego życzenia.

Po upewnieniu się, że paragony za kupione elementy przyszłego spektaklu ma w czarnej torbie,  rozpoczęła poranną toaletę – jak zazwyczaj – od upewnienia się, że klient nie dopatrzy się na jej ciele jakichkolwiek potencjalnych nieprzyjemności. Nogi, dłonie, miejsca intymne – praktycznie całe ciało zwykła mieć wydepilowane, a w utrzymaniu higieny ułatwiał wykonany rok temu laserowy zabieg usuwania włosków. Polubiła ciemną, zachodzącą w róż bliznę pod lewą piersią, którą pamięta od mniej więcej dwunastego roku życia, gdy uświadomiła sobie, że to za dziewczynami uganiają się chłopaki. Plamka pasowała idealnie do jej znoszonych, dziecięcych ciapków, które nadal trzymała w mieszkaniu – jako pamiątka dawnych czasów. Leżąc w wannie rozkoszowała się faktem swojej nietypowej odmienności.

Po zjedzeniu pożywnego, choć niedużego śniadania i popiciu go ulubioną kawą z mlekiem, rozległ się dźwięk kołatki do drzwi. Był to listonosz nieznany z imienia i nazwiska, który zawsze przynosił korespondencje pod drzwi, pomimo faktu bycia poproszonym o zostawianie nawet najważniejszych przesyłek w skrytce na klatce.

Nawet poza pracą nie mam spokoju od napalonych facetów.

Praca, właśnie.

Marta zdała sobie sprawę, że zostało pięć minut do przyjazdu Borysa. Szybko umyła zęby, upewniając się, że w czarnej torbie znajduje się wszystko, co potrzebne. Następnie przebrała się z nocnej piżamy w szpilki, spódnicę i koszulę – o wyglądzie nieodbiegającym od wymagań informatyka.

Przeglądnęła się ostatni raz w lustrze. Jest piękna niczym Afrodyta. Ile jeszcze lat świetności pozostało? Każdy dzień przybliżał nieubłagalny kres będącej w szczycie opłacalności kariery.

Bardzo nie chciała podzielić tego samego losu, co jej matka. Borys nieraz tłumaczył, że to, co spotkało „Ewcie” – było niezwykle rzadkim zbiegiem okoliczności. Marta jednak zachowała nieokazany na zewnątrz zdrowy rozsądek (starając się nie wzbudzać wśród otoczenia niepotrzebnych insynuacji), czytając w starych wydaniach lokalnych gazet, jak ciało trzydziestoletniej kobiety zostało znalezione na bulwarach wiślanych. Śledczy wykorzystali najnowocześniejsze nowinki technologiczne w celu wyjaśnienia tajemniczej śmierci Eweliny, lecz mocno rozłożone, pożółkłe ciało nie było ich sprzymierzeńcem. Dodatkowo maź, którą pokryta była peruka zaciśnięta w pośmiertnym skurczu dłoni nie przypominała żadnej znanej człowiekowi substancji. Wszystko skończyło się umorzeniem sprawy.

Dźwięk stukania o drzwi zdradził obecność nie kogo innego, jak jej szefa. Borys nie używał kołatki, twierdząc, że dodatkowy trening dla jego pięści nie zaszkodzi. Bez wymieniania zbędnych słów, opuścili blok i wsiedli do samochodu. Łysy nastawił GPS z lokalizacją klienta, a Marta wcisnęła mu do bocznej kieszeni bordowej marynarki zawiniątko paragonów. Gdy ruszyli, on zaczął podliczać w pamięci pogrubione kwoty na paragonach.

– Nasz pedancik się wykosztuje, że hoho – złote zęby zalśniły w blasku popołudniowego słońca – Prawie cztery tysiące złotych za sam strój?

– Nie dawał limitu – odparła obojętnie.

Kolejne minuty upłynęły w ciszy bezchmurnego dnia. Droga do Wieliczki okazała się być zakorkowana nieco mniej, niż wskazywała na to pora dnia. Dojechali na miejsce za dziesięć czwarta, czyli z dziesięciominutowym zapasem.

– Odpocznij, póki masz czas.

– A co, myślisz że pedancik mnie wymęczy? – spytała zaczepnie.

– Tego nie wiem. Za stary już jestem na takie domysły. Zapomniałem jednak wspomnieć o jego nietypowym wyglądzie – uśmiechnął się soczyście, nie odsłaniając przy tym swoich wizytówkowych jedynek. – I paru innych niuansach.

– To znaczy?

– Przekonasz się sama. Idź już – Borys zerknął na złoty zegarek nieokreślonej marki – Dwie minuty wcześniej nie zaszkodzi.

– Jak sobie szef życzy – w granatowym aucie zawiało nutką sarkazmu.

Marta szybko upewniła się w bocznym lusterku auta, że Afrodyta jednak nie miałaby do niej obecnie podlotu. Poprawiła ściągacz w spódnicy i podeszła do docelowej furtki.

BMW ruszyło spokojnie przed siebie, pozostawiając blondynkę sam na sam z domofonem. Na ulicy spacerowała para na emeryturze oraz otyły dzieciak z lizakiem wielkości dwóch zaciśniętych pięści.

Rozległ się dźwięk z szarawej puszki, poprzedzony cichym krząknięciem.

– Do środka zapraszam. Zapraszam.

Jeżeli wierzyć religii katolickiej i karom nasyłanym przez szatana, to z pewnością już jedną z nich dziewczyna rozpoznała. Informatyk brzmiał jak pięćdziesięcioletni homoseksualista, który parę swoich jąder zakopał dawno temu pośród otaczającego jego dom bujnego ogrodu, na ich miejsce wszczepiając sobie plastikowe kulki do ping–ponga.

Marta ruszyła przed siebie wybrukowanym chodnikiem z myślą, że pójdzie jej dzisiaj tak gładko, jak nigdy przedtem. Wokół ścieżki roztaczał się wcześniej wspomniany zagajnik, bogaty w różnego rodzaju faunę i florę, która zdawała się w ten popołudniowy, letni dzień przeżywać apogeum piękności. Harmonijne dopasowanie wszelkich barw natury występujących w tym miejscu zabierało dech w piersiach nawet najbardziej wyjałowionym z emocji osobnikom ludzkim.

Szybko czmychnęła po krótkich schodach ze stoperami do głównego wejścia. Zdziwiła się, że klient nie czeka na nią z otwartymi drzwiami – w końcu przy akcji z domofonem wykazał się szybkością.

Marta zakołatała do drzwi i odwróciła się na pięcie. Przed nią rozciągał się hipnotycznie lepiący do wzroku obraz. Te drzewa, krzewy, kwiaty i ścieżki, a nawet oczko wodne, którego wcześniej nie dostrzegła. To wszystko wywarło na niej teraz dodatkowe wrażenie, którego nie potrafiła określić.

Gdy usłyszała ciche, systematycznie powtarzające się chrząkanie i szuranie tuż za drzwiami, pełniące taką samą funkcje w ciele gospodarza jak olej w silniku spalinowym, brakujące w umyśle ogniwo zaskoczyło. Przecież ten facet to pedant. Tak samo jak się zachowuje – z pewnością nie inaczej traktuje swój piękny ogród, który teraz nabrał jeszcze jedną barwę – obliczonej z matematyczną precyzją makiety natury, na którą ktoś po prostu cieszący się z piękna przyrody nie wpadłby sam z siebie. Podobnym zresztą kolorem epatował sam dom; wielkie, drewniane bale przyprawione niewielkimi oknami idealnie wkomponowywały się w klimat natury, a stojące za szklanymi szybami doniczkowe kwiaty nie odstawały pięknością od swojej wolno rosnącej, roślinnej rodziny wokół brązowego budynku.

– Dzień dobry, proszę wejść. Proszę wejść.

Drzwi otworzyły się w akompaniamencie szurania o matę. Blondynka natychmiast odczuła ulgę wymieszaną z rozczarowaniem. Maks póki co nie zdradzał większych objaw umysłowego zwyrodnienia, wyglądając przy tym jak stereotypowy informatyk, zamknięty większość czasu w cyfrowym świecie.

– Tu proszę ściągnąć buty. A tam – wskazał na przytoczoną do ściany maszynę do dezynfekcji – Proszę włożyć dłonie i trzymać przez dziesięć sekund. Przez dziesięć sekund.

Po ceremonii powitania i lekkim nieporozumieniu je następującym, klient zaprowadził blondynkę do obszernego pokoju, wypełnionego po brzegi dwoma rzeczami: kwiatami i elektroniką. O ile Marta wśród zielonego gąszczu dopatrzyła się kilku zadbanych okazów zamiokulkasa, to reszty doniczkowych roślin nie potrafiła rozpoznać. Zrobiło jej się momentalnie wstyd, że ktoś taki jak on – średniego wzrostu facet o jaśniejszej od niej karnacji – może mieć większą niż ona wiedze o kwiatach.

Stosy zgrabnie ułożonych i ewidentnie za często przecieranych płyt, gramofonów i laptopów leżały pośród kilku większych monitorów, otaczając ściśle okolicę klatki, która niczym nie różniła się od tej z Senackiej.

– Proszę wejść do klatki – wskazał na stojącą pośrodku pomieszczenia metalową konstrukcje – Do klatki.

Pedant z nerwicą natręctw. Dopiero teraz zwróciła uwagę, że powtarza wypowiedzianą wcześniej część zdania. Co by nie mówić – lepsze to, niż duszenie, bicie pejczem po pośladkach czy wyrywanie włosów z głowy.

– Szybko przechodzisz do rzeczy, misiaczku.

Blondynka zostawiła czarną torbę zaraz przed wejściem do stalowej konstrukcji. Gdy była już w środku, zatrzasnęła za sobą drzwiczki kłódką z tylko jej znanym szyfrem. Odwróciła się plecami i poczęła ściągać ubranie. Przerwała natychmiast, słysząc głośną serię charknięć i ten iście niemęski głos:

– Tylko nie misiaczku – informatyk nie spoglądnął jej w oczy ani raz. Gapił się co rusz na ukryte pod ubraniem miejsca intymne Marty, tak jakby chciał je zgrać do pamięci swego umysłu za pomocą wyimaginowanego, wzrokowego skanera. – Mów mi Maks. A ty jesteś…

– Marta, ale mogę być…

– Będziesz Martą. Siadaj i nie rozbieraj się, proszę. Proszę.

Dziwak. Zamawia ekskluzywną prostytutkę tylko po to, by popatrzeć na jej ubranie, za które to on dodatkowo zapłaci? Co za jeleń, stwierdziła blondynka. Niech będzie, jak chce.

– Nie robimy umówionego spektaklu?

Nie odpowiedział jej, targając z sąsiadującego pokoju duży, czerwony fotel. Bezceremonialnie ściągnął z siebie czarne odzienie i opadł gładko na siedzisko. W dłoniach trzymał jedynie notes i długopis.

– Masz bardzo ładny ogród. Sam o niego dbasz? – kontynuowała, chcą podtrzymać jakąkolwiek interakcje.

Maks nie odpowiadał; najwidoczniej zawładnęła nim mania spisania czegoś bardzo istotnego. Kobieta rozejrzała się po otoczeniu i dostrzegła, że pokój, jak i inne pomieszczenia, które widziała powierzchownie w domu, są zorganizowane w ściśle matematycznym porządku. Za każdym razem, gdy powracała do wcześniej oglądanego miejsca, zdawało się ono coraz bardziej pasować do wręcz niebywale przemyślanego schematu, który mógł zrodzić się tylko w niezdrowej, pełnej uprzedzeń i bojaźni ludzkiej głowie.

– A więc, Marto – podjął nagle nieziemsko blady mężczyzna. – Dlaczego ty, a nie inna dziewczyna? Dlaczego?

– Nie rozumiem? Taką sobie wybrałeś – w jego piskliwym, niemęskim głosie odnalazła nutkę niepokoju.

Pobazgrał coś szybko w notesie, po czym wbił wzrok w odkształcający się na jasnoróżowej koszuli zarys piersi. Jego członek, dotąd spoczywający łagodnie na mosznie, zaczął powoli, chodź zdecydowanie piąć się w górę.

– To wiem, lecz dlaczego ciebie polecił mi Borys? Dlaczego?

– Bo jestem najlepsza.

Nie było w tym ani krzty kłamstwa. Zawsze dostawała najlepiej opłacane zlecenia.

– Jesteś też Polką, prawda? Prawda? – oblizał językiem wargi, na których pozostała lepka, przeźroczysta maź.

Natręctwo językowe Maksa zaczęło napawać ją irytacją; przypomniała sobie jednak, jak wiele ma tym razem do ugrania – dokładnej kwoty nie znała, lecz z pewnością Borys od informatyka wydusił sporą część Bitcoina, wiedząc doskonale, jak ciężko jest namierzyć obydwu uczestników transakcji opartej na łańcuchu bloków.

– Tak, jestem.

Notes ponownie zaświszczał.

– Opowiedz mi, jakbyś to ze mną zrobiła. Opowiedz.

– Ale po co opowiadać, skoro mogę – wstała i podeszła do przednich krat, rozpinając do połowy koszulę – To po prostu zrobić.

– Siadaj, Marto – w jego spokojnym, zaakcentowanym brakiem pary męskich organów głosie wyczuła coś, co nakazało jej potulnie usiąść i zapiąć guziki. – Słuchaj mnie. Słuchaj.

– Słucham, ale też chce zarobić.

Wiedziała już, że Maks zmienił plany i z typowego przedstawienia nici.

– Zarobisz. A teraz opowiadaj. Teraz – jego prącie znajdowało się już u szczytu swojej wielkości, przeto reszta ciała wibrowała na innej częstotliwości.

Marta dałaby sobie rękę uciąć, że gdyby teraz podeszła do niego i złapała go za członka (co miała ochotę zalotnie uczynić niedługo po wejściu do domu; została jednak powstrzymana gładką niczym skóra niemowlaka dłonią faceta i musiała ponownie odbyć rytuał czyszczenia rąk), to jedynie jego pełne nieokiełznanej rządzy oczy i stojący sztywno penis zauważyliby jej pełen erotycznej dawki ruch. Reszta ciała – umysł, ręce, nogi, brzuch, klatka piersiowa – były zaangażowane całkowicie w twórczy, pisemny proces i nie omieszkałyby zaprzestać go pod żadną, nawet najbardziej kuszącą pokusą.

– Dobrze więc, jak chcesz – odgarnęła włosy za uszy i podjęła swój monolog, odbiegający od opisu standardowego, klatkowego przedstawienia. Wiedziała już, że ten facet, pomimo świadomości tego, jak miało wyglądać ich spotkanie – oczekuje czegoś innego.

Informatyk nie przerwał jej ani razu. Im dłużej Marta opowiadała, tym bardziej zaczęła dostrzegać powiązanie pomiędzy recytowanymi z erotycznym akcentem treściami a zachowaniem natręta.

Z początku opisała, jak zajęłaby się jego krótkim, choć grubym i ewidentnie poddanym niedawno obrzezaniu prąciem – łysy zdawał się nie reagować. Nawet jego osobliwy przyjaciel zaczął lekko tracić na wytrzymałości, podczas gdy długopis szybko zapełniał kolejne strony. Następnie potraktowała pedanta opowieściami o różnego rodzaju pozycjach seksualnych, które by z obopólną rozkoszą współtworzyli (oczywiście wyłączając te, w których musiałaby uprawiać klasyczny seks) – bez skutku. Kolejno nawiązała do wszelkiego typu innych usług, jakimi mogła go obdarzyć, kończąc z niewidocznym rozczarowaniem na alghedonii. W końcu miała pełną torbę masochistycznych sprzętów idealnie nadających się do sprawiania bólu i krępowania potencjalnego zainteresowanego. Pomyślała więc (zgodnie z tokiem rozumowania wynikającym z obserwacji), że skoro sprawianie bezpośrednio przyjemności nie doprowadzi go do ekstazy, to może mocne biczowanie tak. Nic z tego – obserwowała jedynie coraz to mniejsze porządnie wypływające z oczu klienta.

Gdy natomiast ograniczyła wątek dotyczący samego Maksa i przeszła do opisu tego, co ona – a dokładniej jej ciało – miałoby doznawać, facet stopniowo nabierał coraz to obfitszej, bladej barwy. Nie interesował go fakt erotycznych igraszek, które prowadziłaby ze swoją „brzoskwinką”, ani tego, jak głęboko mogłaby wsadzić sobie dildo w pewne miejsca ciała. On zaczął buzować czystą ekstazą, gdy przeszła do rzeczy, której po nim nie spodziewałaby się za nic.

– Najpierw się rozbiorę, a potem – chwyciła przez szparę między kratami bicz wystający z torby – Weźmiesz to i mnie zbijesz. Mocno.

– Popłyną soki, tak? Popłyną?

Zobaczyła w oczach łysego chorą rządze sprawieniu komuś bólu. Pierwszy raz spotkali się wzrokiem. Napotkała pełne niewyzwolonego podniecenia spojrzenie. Jeżeli chciała mieć wystawioną kolejną pozytywną opinię i niemała wypłatę – mogła odpowiedzieć tylko w jeden sposób.

– Nie będziesz miał w domu tylu bandaży, by rany na mych plecach zakryć – zagryzła wargę tak mocno, że krew spłynęła jej na brodę.

Mężczyzna odrzucił na bok notes, który zginął gdzieś w gąszczu wszechotaczającej ich roślinnej scenerii. Nie dotykał rękami penisa – splótł je za głową i pozwolił, by słowa Marty pieściły go coraz to rosnącym uczuciem seksualnego nasycenia.

Nie wiedziała nawet, że potrafi dojść do tak mrocznych zakamarków własnych, seksualnych fantazji – lecz im dłużej zdawała Maksowi relacje ze swoich czarnych wyobrażeń, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu o słuszności wypowiadanych, niekiedy mocno chorych słów. Im mocniej siebie ubiczuje, im większy ból wtedy odczuje i im więcej litrów krwi z niej upłynie – tym szybciej ciało klienta wibrowało, a gruby członek bujał się na granicy ekstazyjnej wytrzymałości.

W pewnym momencie musiała uciec od rażącego groźną aurą spojrzenia pedanta. W jego piwnych oczach dostrzegła, że facet zaraz dojdzie – albo zginie, próbując tego dokonać.

Minęła minuta, może dwie i ucięła swój pierwszy (i miała nadzieje, że ostatni taki w życiu) monolog. Tym razem klient bez słowa uprzedzenia wystrzelił kilkoma potężnymi falami spermy, która poszybowała w całości na dumnie dotąd rosnące zamiokulkasy. Maks leżał z zamkniętymi powiekami na fotelu, mamrocząc coś niezrozumiale pod nosem.

Kobieta opuściła klatkę, zdając sobie sprawę z opanowującego ją przerażenia. Nie była świadoma, że człowiek taki jak Maks może mieć aż tak zryte upodobania seksualne.

A co najbardziej ją zdziwiło? Fakt, że sama nie była lepsza. Koronkowe majtki, które skryła pod czekoladową spódnicą, były w całości przesiąknięte półprzeźroczystym śluzem.

„Boże kochany, jak dobrze, że przynajmniej nie tylko mnie to podnieca”.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×