Przejdź do komentarzySąsiadki (opowieść powigilijna)
Tekst 3 z 7 ze zbioru: Mieszanka wszystkich smaków
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2012-03-28
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1736

...to były wiadomości. W Popołudniu z Jedynką wita państwa Wiesław Molak. Jest godzina 16.10. W większości polskich domów zaczęła się właśnie wieczerza wigilijna...

– A w niektórych się już nawet skończyła – powiedziałam głośno sama do siebie, myjąc w zlewie talerzyk po pierogach.

To były moje pierwsze samotne święta. Los rzucił mnie za pracą osiemset kilometrów od domu. Przez kilka lat wszystko wskazywało na to, że zapuszczę korzenie w miejscu urodzenia. Niestety, mały zakładzik przetwórstwa tworzyw sztucznych, w którym znalazłam pracę zaraz po studiach, prządł coraz cieniej, zarzynany przez tanią masówkę z Chin. Właściciel pod względem organizacji pracy musiał wrócić do początków firmy, gdzie prawie wszystko robił sam, i dodatkowy technolog produkcji – czyli ja – przestał mu być potrzebny. Był fajnym szefem i dobrym organizatorem; doradził mi szukanie nowej pracy, zanim jeszcze sytuacja stała się podbramkowa, i umówiliśmy się na rozwiązanie umowy dopiero wtedy, jak już będę coś miała.

Informację o możliwości pracy w Bridgestone, dużej  firmie oponiarskiej, w pierwszej chwili wyrzuciłam do kosza. Stargard Szczeciński? To przecież na drugim końcu Polski! Jedyne, co mnie łączyło z tym rejonem, to zaprzyjaźniona para informatyków, poznanych i spotykanych co roku na zlocie fanów Queen. E-mail od nich spowodował, że trzy dni później przekopywałam gorączkowo wirtualne śmieci w poszukiwaniu wzgardzonej oferty...


Od: Gilewscy

Do: Marta

Temat: Wyjeżdzamy!!!!!!


Hejka!

No i dostaliśmy ten kontrakt. Decyzja zapadła, jedziemy na dwa lata do Emiratów. Jest tylko jeden problem: za cholerę nie wiemy, co zrobić z mieszkaniem. Szkoda, żeby stało puste – przecież czynsz i tak płacić trzeba – ale wynająć komuś? Bierzemy tylko osobiste rzeczy, wszystkie graty zostają, nie mamy ochoty, żeby ktoś obcy po niech macał. Masz może jakiś genialny pomysł?

Pozdrówka

Baśka i Lechu


No i dostałam tę robotę! Byłam jedyną kandydatką z doświadczeniem w branży gumowej. Co prawda miałam do czynienia tylko z recepturkami oraz uszczelkami do weków, ale to i tak było dużo w porównaniu z kompletnie zielonymi absolwentami studiów. Zakwaterowałam się, jak nietrudno się domyślić, u Gilewskich, szczęśliwych, że mieszkaniem zaopiekuje się ktoś zaufany. Nie zamierzali oczywiście na mnie zarabiać, więc płacąc tylko za  czynsz i media, mogłam nawet co nieco odłożyć.

Dziś, w Wigilię, trochę żałowałam tej decyzji. Zaczęło mi się wydawać, że chyba zbyt pochopnie zdecydowałam się na pierwszą z brzegu propozycję pracy. Może trzeba było poczekać na inną okazję, bliżej rodziny? Może gdzie indziej byłoby mi lepiej?

Podeszłam do balkonu. W bloku naprzeciwko widziałam prześwitujące przez zasłony lampki choinkowe i sylwetki krzątających się ludzi. Gdzieniegdzie dało się zauważyć przyklejone do szyby buzie dzieci, wyglądających pierwszej gwiazdki. Ja tymczasem tkwiłam samotnie w cudzym mieszkaniu, gdzie w poza ubraniami i pościelą nic nawet nie było moją własnością. I już zaczynałam się rozklejać, gdy usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

Niespodziewany gość na wieczerzę wigilijną? No to u mnie się raczej nie pożywi – pomyślałam, nieco rozbawiona mimo smętnego nastroju, spoglądając na samotny talerzyk z pierniczkami.

Wyjrzałam przez wizjer i otworzyłam. Przede mną stała Jowita, sąsiadka z naprzeciwka.

Byłyśmy w podobnym wieku, więc bardzo szybko przeszłyśmy na „ty”, ale znałam ją tylko przelotnie, ot, wymieniałyśmy czasem parę zdań, zazwyczaj wpadając na siebie przy śmietniku. Zaiste, wytworne miejsce spotkań towarzyskich, ale jak na razie moje jedyne – nie nawiązałam tu dotychczas innych kontaktów. Wiedziałam o niej tyle, że jest bezdzietną mężatką. Teraz, wystrojona w elegancką ciemnowiśniową sukienkę, z niepokojem oglądała się w stronę uchylonych drzwi do swojego mieszkania.

– Cześć, przepraszam, że zakłócam spokój w taki dzień, ale mam coś w rodzaju katastrofy. Pierwszy raz urządzam święta dla całej rodziny, są rodzice, teściowie... A ja nie mogę znaleźć opłatka! Przysięgłabym, że wyłożyłam go na talerzyk, i przepadł bez śladu. Masz może nadmiar?

Ostatnie zdanie wypowiedziała z wyraźnym zwątpieniem i rezygnacją, spoglądając na mój dres – czyściutki, nóweczka, niewypchany nawet na kolanach, ale jednak dres. Zorientowała się, że raczej nie świętuję wigilii z zachowaniem wszelkich tradycji. Jednak pomóc mogłam.

– Mam! – odpowiedziałam ucieszona. O ile taki z „Kuriera” cię zadowoli. – Tak się złożyło, że opłatek dołączono do świątecznego wydania lokalnej gazety codziennej.

– Każdy mnie zadowoli! Ratujesz mnie przed totalnym obciachem!

Zaprosiłam ją do środka i po chwili wręczyłam jej „skarb”. Przy wyjściu zawahała się przez chwilę.

– A... Skoro nie masz gości... Wpadnij do nas chociaż na chwilę. Należy ci się ode mnie chociaż poczęstunek ciastem. I może przy tobie oni... – wyraźnie ugryzła się w język. Ale miałam dziwne wrażenie, że ciąg dalszy miał brzmieć: ...będą się zachowywać jako tako przyzwoicie.

Zaproszenie brzmiało naprawdę szczerze, nie jak jedna z tych grzecznościowych formułek, na którą należałoby odpowiedzieć: „Ależ dziękuję bardzo, nie chciałabym przeszkadzać” i trochę ku swojemu zaskoczeniu odpowiedziałam niepewnie:

– Musiałabym się przebrać...

– To ja poczekam.

Kołatała mi się w głowie myśl, że ładowanie się na wigilię do kompletnie obcych ludzi to kompletny bezsens, ale zdusiłam ją w zarodku. Bardzo mi się chciało chociaż namiastki rodzinnych świąt. Pospiesznie wskoczyłam w wizytową bluzkę i spódnicę i podreptałam za Jowitą.

Sąsiedzi zajmowali jedno z największych w tym bloku, prawie stumetrowe mieszkanie. Po przejściu przez przedpokój z ogromną szafą wnękową znalazłam się w pomieszczeniu rodem z katalogów wystroju wnętrz. Salon oddzielony był od otwartej kuchni, urządzonej w tonacji żółtozielonej (mówiąc po snobistycznemu: w kolorze limonki) szeroką ladą. W nią wmontowane było duże, podświetlone akwarium. Całość tonęła  w dość dziwnym koktajlu zapachowym – mieszance woni choinki, perfum gości i... bigosiku. Nigdy, przenigdy nie kupię mieszkania z niezamknięta kuchnią – pomyślałam.

W pokoju ujrzałam niezbyt zintegrowane zbiegowisko rodzinne średniej wielkości. Trzej panowie – mąż sąsiadki oraz, jak się domyśliłam, jej ojciec i teść, pogrążeni byli w zaciekłej dyskusji na temat „sytuacja gospodarcza w kraju”. Dwie panie w średnim wieku – niewątpliwie matka i teściowa – odwrócone przodem do okna, przyglądały się jakiemuś kwiatkowi na parapecie, oglądając uważnie od spodu jego liście. Zdaje się, że odkryły na nich coś, czego nie powinno tam być.

Po stronie kuchennej snuła się, ze zrezygnowaną miną, młoda kobieta – sądząc po podobieństwie do sąsiada, jego siostra – pilnując rocznej mniej więcej dziewczynki, depczącej chwiejnie, ale wytrwale i sięgającej po wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu małych łapek.  Drugie dziecko, płci niewiadomej, na oko dwuletnie, siedziało cichutko i grzecznie na podłodze, oparte o bok kanapy, układając skomplikowany wzór z niezliczonych skrawków czegoś białego.

– Chyba wiem, gdzie się podział opłatek – szepnęłam do ucha sąsiadce. W jej oczach ujrzałam wyraźną żądzę mordu. Opanowała się jednak i przedstawiła mnie zebranemu towarzystwu. Starsze pokolenie przyglądało mi się najpierw z minami pod tytułem „kto to jest i co tu do ciężkiej cholery robi”, a po chwili „no dobra, okażemy trochę życzliwości samotnej starej pannie”. Młodszemu pokoleniu moja obecność była doskonale obojętna.

Złożyłam wszystkim i sama przyjęłam zdawkowe życzenia „szczęścia i zdrowia, no bo zdrowie jest najważniejsze” – no bo czego można życzyć obcym osobom. Jednocześnie dolatywały mnie strzępki rozmów zdecydowanie nieprzeznaczonych dla moich uszu.


– ...a mówiłam, że przez ten wegetarianizm nabawisz się jakichś kłopotów.

– Mamo, nadczynność przysadki nie ma nic wspólnego z niejedzeniem mięsa. Lekarz mówi, że po tych tabletkach na zbicie prolaktyny za kilka tygodni wszystko się unormuje i bez problemu zajdę w ciążę. Spokojnie, doczekasz się wnuków...



– ...no, siostra, i żeby twój Jacek wrócił cało i zdrowo.

– Ty mi życz, żeby nie poniosło go na następną misję. Jak dotychczas wpada, robimy dziecko, i wypada, a ja się muszę użerać sama ze wszystkim. Amelka i Wojtuś są przecudowni, ale ja ledwie żyję...


– ...ta sąsiadka Jowity całkiem fajna kobitka, i sama?

– Ty, a może to jakaś ta... no... lesbijka?

– Ciiiiiiiszej...


W tym czasie nieco zapomniany przez wszystkich dwuletni Wojtuś zainteresował się pierniczkami. Wziął do małych łapek aż cztery (z czego dwa oczywiście upuścił, a potem niechcący rozdeptał) i zaczął odbijać kolorowe pieczątki z lukru na jasnej skórze kanapy. Aż wreszcie przyuważyła go Jowita.

– Paula, mogłabyś zająć czymś Wojtusia, bo zaczyna psocić? – zaćwierkała do szwagierki głosem słodkim niczym ten lukier, ale widziałam, że gotuje się w środku.

Potem było już tylko gorzej. Amelka walnęła w pampersa kupę o imponującej zapachowej sile rażenia i salon trzeba było przewietrzyć, spędziwszy uprzednio wszystkich gości do drugiego pokoju. Przy kolacji komuś uszko z barszczu wypsnęło się z rozbryzgiem na biały obrus. Wojtuś, którego próbowano zająć zabawą pod choinką, dobrał się do leżących tam prezentów i rozpakował upominek dla Jowity od męża. Komplet bielizny. Czerwonej, koronkowej, fikuśnej.

Zdybałam Jowitę, kiedy była przez chwilę sama w kuchni, pożegnałam się pospiesznie i zwiałam do siebie. Przebrałam się w dres i z ulgą padłam z książką na nie swoją co prawda, ale za to niewypaćkaną lukrem i barszczem kanapę. O, moja cudowna, samotna Wigilio! Uwielbiam cię! Rodzinnymi świętami jeszcze się zdążę nacieszyć. Do upadłego.



Wiem, że trochę nie na czasie jestem. Pomysł z grudnia dokończony dopiero teraz - przecież nie będę czekać do następnej Wigilli...

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Świetne opowiadanie. Czyta się je lekko i z przyjemnością. Ukazałaś prawdziwy obraz wigilijnych spotkań :-)

Tak to niestety jest :-)

Pozdrawiam
© 2010-2016 by Creative Media
×