Przejdź do komentarzyWyłapią nas jak ryby
Tekst 33 z 44 ze zbioru: Krew i ogień
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2015-03-16
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1659

Wyłapią nas jak ryby


Każdego dnia pojawiały się coraz liczniejsze, dzień po dniu, sygnały niepokojące Polaków. Były to różne, niby drobne  wydarzenia, powodujące powolne narastanie grozy we wsiach.

Co jakiś czas ktoś znikał i już nie wracał. Wielu, którzy sami wybrali się do pobliskich miejscowości w jakiejś sprawie, ktoś po kryjomu zabijał w drodze do Dubna, Szumska, Krzemieńca czy Mizocza. Strach było poruszać się samemu. Najeźdźcy bez żadnego odszkodowania  wycinają ich las i wywożą drzewo, zabierają kontyngenty dla wojska - świń, zboża, jajek, mleka.

Przypomnieli sobie któregoś dnia pieczarę w lesie, w której jako dzieci, bawili się prawie wszyscy. Niby szukali skarbów, albo bawili się w chowanego czy w straszne podziemne potwory zamieszkujące kiedyś te ziemie. Bywało, że trudno było rozbawione dzieci wieczorami zagonić do domów, tak podobała im się ta zabawa. Teraz, czekając na jakąś odmianę losu, schronili się w tej pieczarze całą rodziną i nie wracali na noc do domów. Dla dzieci wydawało się, że dorośli zdziecinnieli i bawili się z razem nimi. Dorośli wychodzili do domu tylko dwa lub trzy razy w ciągu dnia, aby nakarmić zwierzęta i wydoić krowy. Nawet posiłki gotowali na ognisku w lesie.

Potem uradzili, że dzieci z matkami i część dobytku przewiozą do Dubna, a dorośli zostali na miejscu pilnować gospodarstwa.

Wreszcie i dorośli uciekli do Dubna, skradając się bocznymi drogami i ścieżkami.

Nieliczni którzy pozostali, schowani na górze, w lesie, w pieczarach i parowach, patrzyli jak sąsiedzi z Majdanu wyłapywali ryby z ich stawu. Zjawili się grupą kilkudziesięciu chłopa, zarzucili kilka razy sieci i wyłapali prawie wszystkie.

- Niedługo wyłapią nas wszystkich, jednego po drugim, jak te ryby - powiedział wujek Adaś.

- Lepiej uciekajmy.

Niektórym jednak szkoda było uciekać. Zwłaszcza tym, co jeszcze nie zdążyli wywieźć rzeczy do Dubna. Bo małe dzieci wywieźli wszystkie.

Dziadek Ado, jedyny, który nie chował się, lecz krzątał po obejściu lub odpoczywał na ławeczce pod wiśnią przed domem, ze smutkiem patrzył na nieczynny od jakiegoś czasu swój warsztat kołodziejski. Nikt nie robił już nowych wozów, ani już nie zamawiał u niego dębowych kół. Ani niecek, ani koromyseł. Ci, którym było coś potrzebne,   w nocy przychodzili w kilku czy kilkunastu i rabowali z podwórza, stodoły czy stajni to, czego potrzebowali. Już nie musieli zamawiać i płacić. Po prostu sobie brali.

Wystraszeni Polacy przyglądali się temu, jak ich sąsiedzi okradali, ale nikt nie miał odwagi wyjść i choćby zapytać, kto im na to pozwolił.


Do tego czasu, gdy któryś chciał połapać ryby w ich stawie, przychodził spytać sołtysa. W Majdanie też mieli swój staw, ale, jak twierdzili - „czemuś ryb w nim nie ma tak dużo jak u was w Kamiennej Górze.” W imię dobrych sąsiedzkich stosunków pozwalali im połowić. Niektórzy złośliwie mruczeli pod nosem – to nie czemuś u was mało ryb, tylko temu, że czemuś u was nie ma komu je karmić.   Różnica między nami i wami jest taka, że u nas wszyscy chcą ryby karmić, a nie wszyscy chcą łapać. A u was odwrotnie – wszyscy chcą łapać, a nie wszystkim chce się karmić.


Kamienna Góra powoli pustoszała, gdyż co bardziej przezorni mieszkańcy słysząc o napadach, a zwłaszcza widząc każdego wieczoru z różnych stron dymy pożarów, sygnalizujące narastające i zbliżające sie coraz bardziej zagrożenie,  wyjeżdżali do najbliższych miast, gdzie było bezpieczniej.

Tylko Bronek jeszcze kilka razy wracał w okolice Kamiennej Góry, aby szukać Ołeksandry. Przy okazji  przynosił jakieś rzeczy z opuszczonego domu, pochowane lub pozakopywane.  Ostatni raz wrócił, by pochować dziadka Ado w pieczarze jego własnej góry, na której rosła jego ulubiona wiśnia. Wtedy ledwo uszedł z życiem, gdyż go ścigali. Rozpoznał wśród nich kilku znajomych Ukraińców.

Bronek, wychowany od dziecka pomiędzy Polakami i Ukraińcami,  znał dobrze ludzi w okolicy oraz język ukraiński i wśród obcych Ukraińców czuł się dość bezpiecznie, gdyż kiedy chciał, nie rozpoznawali w nim  Polaka. Dlatego mógł swobodnie poruszać się wśród swoich, jak i wśród teraz nagle obcych sąsiadów. Groźnie stawało się, gdy natrafił na któregoś z ukraińskich sąsiadów, którzy go osobiście znali.

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Przyznam się że nie doczytałem do końca . Trudno się czyta.
© 2010-2016 by Creative Media
×