Przejdź do komentarzyKocica i gołębica
Tekst 20 z 20 ze zbioru: Suazi
Autor
Gatunekhistoryczne
Formaproza
Data dodania2015-09-26
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń2257

Pamięci Pana Bolesława  zabitego pod kioskiem 9 grudnia 2009


Kocica i gołębica


Ostatniego lata przywiózł od rodziny z Kanady butelkę whisky z uwięzioną w środku kolorową baletnicą, która wirowała w takt melodii z filmu Lowe Story.

Pan Bolesław urodził się w samym sercu tego diabelskiego tylko z nazwy miasta, jakim rzeczywiście stało się ono  w czasie ostatniej wielkiej wojny. Ale większość wsi i miast, nie tylko na Podolu gdzie leży Czortków, przypominało piekło, gdy zawładnęły nimi duchy ciemności Stalina i Hitlera oraz innych pomniejszych demonów. Przybierając postaci różnych okrutników, znalazły one wtedy miejsce i czas do pokazania swej złowieszczej woli i mocy. Pan Bolesław nie był anonimową postacią, która musiała bytować na marginesie, na jakiejś czortkowskiej  Wygnance. Tak nazywa się do dziś, położona na jednej z wyżyn górujących nad miastem dzielnica, na którą trafiali ci, którym się nie powiodło.

Skazany na śmierć, przeżył dzięki temu, że umiejętnie   ukrywał się w czasie wojny, po znanych sobie dobrze okolicach Czortkowa, miedzy innymi w Tłustem i Jagielnicy, zarówno przed rodzimymi ukraińskimi rezunami, jak i przed sowieckimi i niemieckimi najeźdźcami. Dla nich wszystkich jego polskość, a zwłaszcza pochodzenie od znanej rodziny, nastawionej  patriotycznie miejscowej inteligencji, stanowiła wystarczający powód, aby go zgładzić w któryś z licznych sposobów, praktykowanych z całym  wyrafinowaniem.

Jakoś jednak tę wojnę przeżył i był przekonany, że udało mu się to nie tyle dzięki dobrym ludziom, jakich wtedy zresztą nie brakowało, tylko nagle zostali podzieleni i wdeptani w błoto przemocy i strachu. Myśli, że przetrwał tamten najgorszy w swym życiu czas raczej  dzięki Bogu, niż dzięki ludziom.

–  Tylko Bóg potrafi czynić cuda, nigdy ludzie – mówił czasem. Po wojnie, kiedy potężny sąsiad ze wschodu upojony zwycięstwem, krwawo karmiąc się jego owocami, załatwiał wiele spraw polskich po swojemu, a nie po polsku, w wyniku którego odbywały się liczne polowania na czarownice, też nie były dla niego łatwe.  Rodzina rozproszyła się po całym świecie, niczym rój pszczół z ula przewróconego przez złego człowieka lub dzikie zwierzę. To skojarzenie z pszczołami jest o tyle uzasadnione, że gdy przeżył wojnę i próbował znaleźć swój własny sposób na życie, jego pasją stało się pszczelarstwo.

Opowiadał, wyciągając z pamięci rożne epizody, jakby rozsupływał kłębek po kłębku z nićmi swego życia. Nalewał do dwóch kieliszków wyborną leczniczą miodówkę – mioduńkę, jak nazywa ją po chwili z pieszczotliwą ironią, gdyż jest sporządzona z miodu, który traktuje jak dar od kilkudziesięciu rodzin hodowanych przez siebie pszczół.

Nektar miodowy jest klarowny, łagodny w smaku, lekko słodki, i kryje w sobie wyraźnie  wyczuwalne bogactwo ziemi, całą paletę aromatów i smaków, a także jakby jeszcze niezbadane i nie nadające się do określenia ingrediencje ze słonecznego ducha natury. Delektując się napojem, zaczynam lepiej rozumieć, co starożytni mieli na myśli, mówiąc o nektarze bogów.  Więc poddaję się chwili degustowania wybornego trunku, świadom że z wielką łatwością mógłbym oddać się temu bez reszty i mogłoby nie starczyć czasu na co innego . Pan Bolesław z rozwianymi srebrnymi włosami zaczyna jawić mi się niczym jakiś tajemniczy czarnoksiężnik. Aby jednak nasze spotkanie przy mioduńce nie sięgnęło niebezpiecznych głębin, przypomina  przywieziona od krewnego z Kanady, pojawiająca się w odpowiednim czasie na stole, figurka rozczochranego i rozchełstanego pijaka, który w takt melodii Pije Kuba do Jakuba, strzela sobie nagle w głowę.

Gdy więc w porę przychodzi zbawienne opamiętanie, nagle moją uwagę przykuła inna fascynująca postać. Oto z werandy, na której pan Bolesław z wielkim powodzeniem hoduje cytryny i mandarynki, wypełznął i zaczął snuć się po mieszkaniu na czwartym piętrze przy ulicy Kamiennej, leniwie się co jakiś czas przeciągając, kot o aksamitnie czarnej sierści. Niczym wąż wił się i bezgłośnie przemykał pośród mebli. Jego szeroko otwarte, wręcz wytrzeszczone złowieszczo oczy, lśniły jak dwa żywe, świecące  zielonkawożółtawym światłem diamenty, wydobyte z najgłębszych, korzennych warstw kosmosu. Zdawały się emitowanymi przez siebie promieniami przenikać w głąb napotkanych przedmiotów i osób, niczym promienie Roentgena. Pod ostrym, zagadkowym spojrzeniem tego kota, człowiek może poczuć się nieswojo. Przypominałem sobie mrożące krew w żyłach różne zasłyszane od innych, albo znane z literatury niesamowite historie, jak choćby te z opowieści Edgara Allana Poe, czy najbardziej dramatyczne i zagadkowe sceny z Apokalipsy.

– Kto wie, co za postać i z jak odległych i innych niż te znane z codzienności, duchowych wymiarów, wcielona jest w to stworzenie i przeniesiona w czas teraźniejszy, w tę właśnie chwilę, w której tu obecnie trwam, próbując zrozumieć świat pana Bolesława, zderzający się właśnie  z moimi powikłanymi doświadczeniami i wyobrażeniami o świecie?przyszło mi na myśl i zaczynałem uważniej wpatrywać się oczy kota. Kto wie, czy trwające dłużej takie patrzenie nie skończyłoby się dla mnie przeniesieniem się w niebezpieczny stan hipnozy, w którym byłbym poddany woli i mocy tego stworzenia i nie wiadomo, w jakim świecie nastąpiłoby moje przebudzenie. Broniłem się więc przed niewiadomym i jakkolwiek czułem wielką pokusę przeżycia nowej, duchowej przygody czy wędrówki po przeczuwalnych, lecz nieznanych światach, zaczynałem unikać oczu kota. Staliśmy tak długie chwile naprzeciwko siebie, niczym dwa dziwne, bardziej duchowe aniżeli materialne stwory, doświadczane przez los i kosmos w sposób wręcz niezwykły i znające zjawiska oraz rzeczy, o których inni nie mają najmniejszego pojęcia, poza wąskim gronem wyżej wtajemniczonych. Oto jakby w mieszkaniu czarnoksiężnika spotkało się dwóch czarowników z jakiejś nowej księgi tysiąca i jednej nocy, istoty zapuszczające się niekiedy w jądra powikłanych światów ciemności, próbujące uchwycić istotę ciemniejszej strony rzeczywistości.

Kot czasami nie tyle pomrukiwał czy miauczał, co zdawał się wymawiać pojedyncze wyrazy, składające się na tekst jakiegoś dziwnego, wręcz niesamowitego zaklęcia. Ten kot doskonale wyczuwa nadmiar wszelkich chemicznych komponentów w produktach żywnościowych i nie tknie mięsa, szynki, kiełbasy czy innych potraw, zbytnio wzbogaconych wszelkiego rodzaju ulepszaczami czy innymi sztucznie otrzymywanymi środkami, którymi coraz hojniej rozporządza dzisiejszy przemysł spożywczy.

Gdy już ledwo co radziłem sobie z pokusami na jakie narażało mnie spotkanie z czarnym kotem, niespodziewanie, bez jakiejkolwiek zapowiedzi gospodarza, pojawił się przede mną, delikatnie i majestatycznie stąpając, biały gołąbek. Wpatrzony w smukłą, delikatną postać gołębia, stworzoną z bardzo kruchej materii, jakby uwitego z niebiańskich, ulotnych chmurek, natychmiast zapomniałem o czającym się przecież nadal i to gdzieś niedaleko, czarnym kocie.

– Chyba anioł, a może to stwór przywołany przez tamtego czorta – pomyślałem w pierwszym odruchu, cały owładnięty nowym zjawiskiem. I jakkolwiek po chwili namysłu, sam siebie skarciłem za to naiwne skojarzenie, nadal pozostawałem pod jego niezwykłym urokiem. Kątem oka dostrzegłem, jak magia kota nagle zaczyna słabnąć, błyski w jego oczach przygasać, gdzieś ulatniała się jego siła,  a on sam po krótkiej chwili, jakby się nie wiadomo jak i dlaczego, skurczył. Teraz już nie przypominał czarnoksiężnika, lecz  kawałek wyrzuconej w kąt i przyczajonej już nie triumfalnie lecz bojaźliwie skóry z czarnoszarą sierścią.

Gołąbek tymczasem, jakby ignorując obecność kota, cicho i niepozornie triumfował. Głowę, czujnie zwracaną z uwagą to tu to tam, miał zakończoną u góry nie tak, jak to bywa najczęściej, w postaci łagodnie sklepionego łuku, lecz jakby u wierzchołka uciętą poziomo po linii prostej, co patrzącemu pierwszy raz przynosi pewne zaskoczenie, jak każda rzadkość. Różowe, delikatne palce u nóg, stąpające po podłodze starannie, jakby mierząc centymetr po centymetrze odległość, różowy subtelny dziobek, jakby smakowicie zanurzał się w każdą chwilę i degustował niemal każdy pyłek w powietrzu, jasne ciepłe spojrzenie prawie przezroczystych paciorków oczu o niebieskawym odcieniu, napełniło mnie jakąś dziwnie przenikającą ufnością. Poczułem się jakby przeniesiony do nieba. Taki ogarnął mnie spokój oraz nagle taka stała się jasność i czystość we mnie i wokół mnie. Pod spojrzeniem gołębia znikł gdzieś zwodniczy i groźny urok spojrzenia kota. Jakby ktoś zdmuchnął ze mnie pył niepokoju i ogarnęła mnie ufna błogość.

Ptak jest podobno z gatunku gołębi o nazwie bociany. Wyglądem  ani wielkością raczej nie przypomina bociana. Nie jest to rasa dzikich, lecz wyhodowanych przez człowieka ptaków. Pierwszy raz słyszę o takim gatunku gołębi, więc zdaję się na lepszą pana Bolesława, niż moja, znajomość tych spraw. Dowiaduję się, że kilka lat temu pan Bolesław został sam i wtedy to w środku pewnej nocy, z jednej z ulic Wrocławia, zgarnął do środka swego samochodu tego gołębia, z uszkodzonym skrzydłem, wycieńczonego tak, że ledwo żywego. Tej samej nocy wiózł już swoim wysłużonym volkswagenem pasatem innego pasażera – czarnego kota, którego u niego spotkałem i wyżej opisałem, znalezionego w stanie skrajnego wyczerpania w lesie pod Brzezinką Średzką, prawdopodobnie porzuconego przez swoich poprzednich pożal się Boże, opiekunów.

Kocica i gołębica. Zaczyna mi się zdawać, że są to jakby dwie skrajne postaci kobiet, potrafiące w równym stopniu, jakkolwiek inaczej, zafascynować. Nie pytam pana Bolesława, który niespodziewanie pewnego dnia został w tym domu sam, po tym, jak po kolei odchodziły stąd jego kobiety, czy ma podobne skojarzenia. Może moje są zbyt literackie, a takie nie każdy toleruje. W milczeniu słucham jego opowieści o tym, jak los najpierw obdarzał go upragnionymi kobietami, a potem mu je po kolei odbierał. Najpierw miał jedną kobietę,  Ewę, poznaną w wieku dwudziestu kilku lat, niedługo po wojnie,  gdy mógł  wreszcie zacząć realizować marzenia o osobistym szczęściu i założeniu własnej rodziny. Zdawała się pragnąć tego samego co on, i dość szybko została jego żoną. Potem urodziła mu córkę i od tego czasu były w jego życiu już dwie kobiety. Był to dla niego okres  niemal pełni spełnionych marzeń – tak to teraz wspomina. Potem, zamiast równowagi upragnionego syna,  przyszła na świat druga córka, a wbrew pierwszemu uczuciu rozczarowania, z czasem okazało się, że najbardziej ukochana.

Miał aż trzy ukochane kobiety, każdą inną i każdą najbardziej, chociaż  inaczej, kochał. Żadna z nich nie mogłaby zastąpić mu innej. Pełnia jego szczęścia trwała kilkanaście lat, w czasie których Ewa przechodziła swoistą ewolucję i powoli, wręcz niezauważalnie odchodziła od niego, co uświadomił sobie dopiero wtedy, gdy było już za późno. Gdy on czuł się spełniony jakby z nadwyżką, Ewa zaczęła czuć się coraz bardziej niespełniona i z coraz większą niecierpliwością oczekiwała upragnionego syna. Po kilku latach oczekiwań odeszła od niego do innego mężczyzny, z którym chciała,  mogła mieć, i miała wreszcie, syna.

Z trzech, zostały mu w domu jeszcze dwie kobiety.  Do czasu pełnoletniości, sam więc wychowywał obydwie córki i odwzajemniane przez nie uczucia, jak też wielość obowiązków które spadły na niego, dość szybko zaleczyły  ból po stracie Ewy. Potem, jedna po drugiej, wyszły za mąż i odeszły do swoich mężów obydwie jego córki, a pan Bolesław na długi czas został w domu sam. Wtedy bardziej poświęcił się kilkudziesięciu rodzinom pszczelim i znacznie powiększył pasiekę. Wreszcie, pamiętnej nocy, zamieszkały z nim wspomniane wcześniej zwierzęta – kocica i gołębica. Ich obecność niepostrzeżenie załagodziła męczące go po odejściu córek poczucie samotności i bezsensu.

Może to tylko w mojej wyobraźni poczułem, jakby  tamtego wieczoru objawiły mu się i zderzyły się w jego mieszkaniu dwa przeciwstawne żywioły, może nawet dwa obce światy, w swej nierozerwalnej więzi. Nigdy kot nie atakował gołębia, a nawet wydawało  się, jakby czuł do niego jakiś niewytłumaczalny respekt czy nawet strach. Widząc w tym jakąś kocią przewrotność, pan Bolesław na wszelki wypadek,  na noc i na czas swego wychodzenia z domu, zamykał drzwi pomiędzy kuchnią, gdzie żywiła się ziarnem i sypiała na kaloryferze, na miseczce ze styropianu, gołębica, a pokojami i oranżerią na balkonie, zajmowanymi przez kota, gdzie kwitły i owocowały cytryny oraz mandarynki. W ciągu całego roku zostawiał drzwi od balkonu otwarte, by dochodziło ciepło z pokojowego kaloryfera. Osiągnął w tej hodowli niezły wynik, gdyż jedna z najdorodniejszych cytryn z jego małej oranżerii ważyła dziewięćdziesiąt dekagramów.

Tamtego wieczoru pan Bolesław wyszedł z domu do ulicznego kiosku coś kupić.– Daj pan parę złotych – zaczepił go, jakby wymięty mężczyzna, wyciągając po prośbie drżącą rękę. Taki mężczyzna jest ofiarą  dzisiejszych, bezdusznych czasów wszechmocnej i bezwzględnej kasy, ale także ofiarą własnej słabości.Jego słabość wystarczyła jednak do zabicia pana Bolesława i zarobienia dziesięciu złotych.Pan Bolesław potrafił przeżyć straszną próbę wojny. A nie udało mu się wrócić żywym z kiosku pod domem. Prawdopodobnie zgubiły go nadmiar inteligencji i odwaga, gdyż wyczuł, że prośba była w istocie groźbą, a on po tym, co w młodości przeżył, nie bał się już niczego. Tym bardziej, że skoro kiedyś przeżył wśród wrogów, teraz nie miał powodu do strachu, gdyż żył od wielu lat, jak sądził, wśród swoich.
  Spis treści zbioru
Komentarze (3)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
- Dziwny ten świat! - śpiewał pół wieku temu Czesław Niemen.

Dzisiaj, właśnie teraz, po lekturze tego jakżeż fascynującego opowiadania, powinniśmy chyba nad nim już tylko krwawymi łzami zapłakać
avatar
Co najbardziej dołujące, to to, że to historia prawdziwa, a jej bohater - żywa /martwa/ realna postać z krwi i kości
avatar
Najbardziej przerażające dramaty piszą nam pospolite bandziory i obdarty łachmyta spod zwykłej budki z piwem
© 2010-2016 by Creative Media
×