Przejdź do komentarzyFront, cz.1/2
Tekst 27 z 58 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2016-05-26
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1607

(-) Pod koniec sierpnia rozeszła się wreszcie wieść, która dla wielu Polaków, zwłaszcza ukrywających się, była wybawieniem od groźby aresztowania lub przymusowego poboru do Armii Czerwonej – na Wileńszczyźnie rozpoczął się pobór i formowanie polskiego wojska.

Janek odczekał jeszcze jakiś czas. Kiedy okazało się prawdą, iż ogłoszona mobilizacja nie jest pułapką, że nikt ze zgłaszających się do komisji poborowych byłych akowców nie jest aresztowany, zdecydował się wstąpić na ochotnika do II Armii Wojska Polskiego. Po dwóch miesiącach życia w ukryciu była to możliwość legalizacji i uniknięcia groźby dostania w ręce enkawudzistów. Podobnie postąpił i Maniek, brat Gieni.

Janek wpadł jeszcze do domu, aby pożegnać się z rodziną. Siedemnastego września 1944 roku stanął przed polską komisją poborową. Odczekał swoje w kolejce, aż doszedł do stolika, przy którym siedziało trzech żołnierzy w polskich mundurach. Jeden z nich, z dwiema gwiazdkami porucznika na pagonach*, spojrzał na Janka:

– Zmobilizowany?

– Nie, panie poruczniku. – Janek odruchowo wyprężył się i przyjął postawę zasadniczą. – Na ochotnika.

– Na ochotnika, powiadasz. Ochotników potrzebujemy. Który rocznik?

– Tysiąc dziewięćset dwudziesty czwarty.

– Znaczy, we wrześniu, w trzydziestym dziewiątym nie walczyłeś. Co robiłeś do tej pory?

– Na wsi mieszkałem, gospodarkę ojciec mają.

– Broń miałeś już w ręku?

– Ee… – Janek tylko chwilę zawahał się i dokończył – miałem. Byłem w partyzantce.

– To tak od razu mów. Strzelałeś?

– Brałem udział w akcjach. Trochę postrzelałem.

– Gdzie byłeś w partyzantce?

– Tu, na miejscu, panie poruczniku.

– Znaczy, w AK? – Oficer uważniej spojrzał na Janka.

– Noo… tak, panie poruczniku. Innej partyzantki przecież tu nie było.

– Do szkół chodziłeś? Ile klas ukończyłeś?

– Szkołę powszechną, panie poruczniku.

– O, to rachować umiesz. – Oficer chwilę zastanawiał się, popukując ołówkiem w blat stołu. Wreszcie zdecydował – pójdziesz do artylerii. Brakuje nam piśmiennych.

– Ale ja nigdy nie strzelałem z armaty – z lekkim zdziwieniem w głosie odrzekł Janek. Przez głowę mu wcześniej nie przeszło, że może strzelać z działa.

– Nauczysz się. Pójdziesz na szkoły podoficerskiej. Masz tu papier i przejdź tam. – Wręczył mu wypisany przez siebie dokument i wskazał ręką na drugie drzwi w izbie. – Następny!

W ten sposób Janek, jako już ostrzelany wojak, zasiadł po kilku latach przerwy ponownie w ławce szkolnej. Trafił na kurs szkolący w obsłudze armat przeciwpancernych. Formująca się armia odczuwała drastyczny brak oficerów i podoficerów. Front zatrzymał się przez kilka miesięcy na linii Wisły, więc ten czas dowództwo intensywnie wykorzystywało na przyspieszone szkolenie przyszłych dowódców niższych szczebli. Warunki bytowe były ciężkie, aprowizacja nawalała, brakowało wielu rzeczy, ale dla Janka, byłego partyzanta, nie stanowiło to nowości. Był przyzwyczajony do trudów wojennego życia.

* * *

Ofensywa styczniowa tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku wypchnęła wojska hitlerowskie aż do linii przyszłej granicy Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej. W tym czasie II Armia WP nie była jeszcze przygotowana do działań wojennych. Oddziały szkoliły się więc dalej, tak aby wziąć udział w nadchodzącej, ostatniej wielkiej operacji wojny. „Im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju” – to hasło nigdy nie straciło na aktualności.

Dopiero wczesną wiosną Janek ukończył szkołę, otrzymał awans na kaprala i jako świeżo upieczony artylerzysta dostał przydział do pułku armat przeciwpancernych. Zdążył na czas – wraz z całą armią został przetransportowany nad Nysę Łużycką.

Szesnastego kwietnia ruszyła ostatnia ofensywa – operacja berlińska. II Armia sforsowała Nysę i w ciężkich walkach posuwała się w kierunku Drezna. Osłaniała od południa wojska radzieckie i I Armię WP, które okrążały Berlin wraz ze znajdującym się tam Hitlerem. Osłona była niezbędna – na południu Niemiec i w okupowanej przez hitlerowców Czechosłowacji stacjonowało niewykrwawione, potężne zgrupowanie niemieckich wojsk, z bardzo silnym wsparciem czołgów.

Oddziały polskie parły na Drezno. W pościgu wydłużyły się linie zaopatrzenia, lewe skrzydło, osłaniające armię od południa, niebezpiecznie rozciągnęło się. Dowództwo nie zadbało o należyte rozpoznanie sił nieprzyjaciela i zabezpieczenie.

Janek, wraz ze swoim pułkiem armat przeciwpancernych w czasie kilku dni ofensywy przejechał przez wiele wiosek; większość z nich była wymarła, opuszczona przez mieszkańców. Jednak nie wszędzie. W niektórych miejscowościach mieszkali od pokoleń Serbołużyczanie z grupy zachodnich Słowian, którzy przez minione stulecia nie dali się Niemcom wynarodowić ani sfanatyzować hitlerowcom. Wielu z nich zostało więc w domach, na swojej ziemi zamieszkanej przez ich przodków od czternastu wieków. W czasie tego przemarszu wielu z polskich żołnierzy dziwiło się – to tutaj żyją nie tylko Niemcy? Jaki mają podobny do polskiego język, można wiele zrozumieć…

Jednak wojna ma swoje prawa. Nie było wiele czasu do rozmów, rozkazy wyższych dowódców gnały polskie oddziały naprzód. Pułk przeciwpancerny Janka stanął wieczorem na nocleg w jednej z opuszczonych wiosek, niedaleko Budziszyna. Zmęczeni żołnierze rozlokowali się w domostwach, zjedli posiłek, położyli się spać. Czas było odpocząć, rano czekał ich kolejny dzień w drodze na Drezno.

* * *

Wybuch, wybuch, wybuch! Potężne grzmoty i rozbłyski wyrwały przeciwpancerniaków z głębokiego snu. Alarm bojowy!

Gwałtownie zbudzony Janek zerwał się na równe nogi. W pośpiechu wzuł buty, nałożył hełm, chwycił broń i opuścił chatę wraz z innymi. Na dworze było już całkiem jasno. Doskoczyli do swoich armat, pozostawionych przy poniemieckich okopach. Porucznik, dowódca ich baterii, już też dobiegł. Wyciągnął lornetkę i spojrzał przez nią. Była nawet niepotrzebna – wszyscy dojrzeli, jak z lasu, niecałe pół kilometra od wsi, wyjechało kilkanaście niemieckich czołgów. Tak blisko! Dali się zaskoczyć! Skąd tu czołgi, przecież hitlerowcy uciekają przed nimi!

Lufy niemieckich panter i tygrysów co chwila błyskały ogniem i prawie w tym samym momencie rozlegały się wokół nich grzmoty wybuchających armatnich pocisków odłamkowych. Usłyszeli krzyki pierwszych ranionych żołnierzy. Porucznik oderwał wzrok od lornetki i w pośpiechu zakomenderował:

– Odwracać armaty! Ładuj przeciwpancernym! Odległość 400! Celuj… Ognia!

Z czterech armat prawie jednocześnie wytrysnęły pociski. Jedna z panter zaczęła skręcać, widocznie trafiona w gąsienicę. Pozostałe jednak dalej pluły ogniem. Są tak blisko, biją na wprost!

– Ładuj przeciwpancernym! Bezpośrednim! Og…

Ogromny gejzer piachu i ogłuszający wybuch zagłuszył komendę. Janek w ostatnim przebłysku świadomości poczuł, jak potężna siła wyrzuca go w powietrze i…

– Obywatelu kapralu! Obywatelu kapralu!

Otworzył oczy. Nad sobą zobaczył nachylone twarze trzech żołnierzy ze swojej baterii.

– Auu! – Dopiero teraz, wraz z powrotem świadomości, poczuł potężny, pulsujący ból głowy. Jakby ktoś młotem kowalskim rytmicznie walił w jego czaszkę. Już całkiem przywrócony do życia, rękoma pomacał ostrożnie głowę. Nie miał na niej hełmu. Wyczuł dużego guza na skroni, ale nie było otwartej rany.

– Obywatelu kapralu, żyje pan – odezwał się, ucieszony, jeden z kanonierów **. – A już myśleliśmy…

– Auu! Co się stało?

– Nie pamięta pan?

– Zaraz. Wyjechały niemieckie czołgi…

– Wraca pan do życia. Przy pańskiej armacie wybuchł pocisk. My byliśmy dalej i uratowaliśmy się.

– A gdzie reszta chłopaków?

– Mało kto został. Porucznik zginął, wielu naszych tu leży. Myśmy ledwie zdążyli się schować w piwnicy. Na szczęście Niemcy poszli dalej, nie zatrzymali się we wsi, nie szukali.

– Łeb mnie rwie, jak cholera! – Janek ponownie ścisnął dłońmi głowę. – Cholera, ale rwie! A hitlery pewnie poszli na Budziszyn, rozkazy ich gnają.

– Wyciągniemy pana, obywatelu kapralu.

Janek dopiero teraz zauważył, że do pasa jest jeszcze zasypany ziemią. Żołnierze szybko go odkopali, pomogli wstać. Zachwiał się, ale zaraz wrócił do równowagi. Obejrzał się, pomacał po ciele; chyba nie miał żadnej rany, wojenne szczęście kolejny raz go nie opuściło. Ból głowy to pestka, minie.

– Zasypało mnie? – bardziej stwierdził, niż zapytał. Jeszcze raz się rozglądnął i zobaczył swój hełm, leżący kilka metrów dalej. Podniósł go i obejrzał – z boku widoczne było wgniecenie. Dobry druh żołnierza, zatrzymał odłamek, uratował mu życie. Otrzepał hełm z piasku i założył na głowę. Druha się nie zostawia, a i przykład niższym stopniem trzeba dawać.

– Tak – odpowiedział szeregowiec. – Wpadł pan do okopu, ziemia przysypała. Chyba to obywatela kaprala uratowało, bo ledwie twarz wystawała, jak wróciliśmy. To esesmani nas zaatakowali, słyszeliśmy, jak dobijali naszych rannych. Mordercy!

– Dużo czasu minęło?

– Jak przeszli? Będzie z godzina, może dwie. Chowaliśmy się w piwnicy, aż wszyscy przejechali. Esesmani byli na transporterach, to i szybko poszli. Panience przenajświętszej możemy dziękować, że żyjemy.

– Dobra, musimy stąd zmykać, do naszych się przedrzeć. – Janek przejął komendę, jako najstarszy stopniem i doświadczony w wojaczce. – Pójdziemy lasami. Zobaczmy jeszcze, czy ktoś z naszych żyje.

W czwórkę szybko sprawdzili pobojowisko. Niestety, na stanowiskach swojej baterii nie znaleźli już nikogo żywego. Nie mogli ryzykować dłuższego pozostawania w tym miejscu, nie było czasu na pochowanie poległych towarzyszy broni. Zmówili tylko krótką modlitwę za dusze poległych i udali się w stronę pobliskiego lasu. (-)

cdn.

* * *


*Przed wojną, w czasie jej trwania oraz po wojnie do roku 1957 podporucznik, porucznik oraz kapitan nosili odpowiednio: jedną, dwie oraz trzy gwiazdki. Od 1958 roku dodano im po jednej gwiazdce.

**Kanonier – najniższy stopień wojskowy w artylerii. Obowiązywał w Wojsku Polskim do 1994 roku, kiedy zmieniono go na szeregowego.

------------------------------------------------------------------------------------------------


Jest to fragment mojej trzeciej książki, chcę ją ukończyć w tym roku.

  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Bardzo ciekawe i świetnie opisane zdarzenie. Mam kilka wątpliwości dotyczących poprawności językowej, ale z góry uprzedzam, że nie wpłyną one na ocenę poprawności językowej. "Gienia" - wiem, że tak w wielu regionach się mówi, podobnie zresztą jak "Gienek". Jednak poprawny zapis to "Genia" - od Genowefy. Druga wątpliwość dotyczy zapisu dialogu, a konkretnie przejścia z wypowiedzi do narracji. Mam na uwadze "... tam. - Wręczył mu...". Wydaje mi się, że w takiej konstrukcji jest zbędna kropka, a w konsekwencji również narracja powinna rozpocząć się od małej litery.
I ostatnia wątpliwość dotycząca nadmiaru przecinków. Na pewno nie postawiłbym przecinków, gdyż nie widzę dla nich uzasadnienia, przed: z bardzo silnym, wraz ze swoim, na swojej, niedaleko Budziszyna, pozostawionych przy, jak cholera, leżący kilka metrów, jako najstarszy.
avatar
Dzięki Janko za oceny, a zwłaszcza za poprawki. Nadmiar przecinków usuwam, to jest moja słaba strona. Zapis imienia w narracji oczywiście powinien być "Genia" i taki w całości tekstu stosuję - tu po prostu nie zauważyłem pomyłki. Natomiast w wypowiedziach bohaterów stosuję "Gienia", tak jak wymawiają to imię.

Co do zapisu: "... tam. - Wręczył mu..." - według mnie jest prawidłowy, gdyż "Wręczył" nie jest wyrazem związanym z wypowiedzią (odrzekł, krzyknął, stwierdził...). Chociaż jest (wg niektórych korektorów) dopuszczalne również z małej litery, jeżeli wypowiedź i następująca narracja są krótkie w zapisie; po prostu wtedy tekst wygląda dla oka lepiej.

PS. Bardzo dziękuję za wnikliwą korektę tekstu, Janko. Cieszę się, że opowiadanie się spodobało... :) Dzisiaj mało już czytelników interesujących się okresem wojny.
avatar
Masz rację, dzisiaj już mało kto interesuję się okresem wojny, a według obowiązującej narracji I i II Armii Wojska Polskiego po prostu nie było. Byli tylko wyklęci. Nie chodzi mi oczywiście w "Międzynarodówkę".
avatar
Hardy, czekam niecierpliwie na tę książkę i to z trzech powodów:
pierwszy - Ty będziesz jej autorem, a nie zawiodłam się czytając dwie już wydane, więc i ta będzie dla mnie ciekawa,
drugi - najbardziej lubię czytać literaturę faktu, a Twoje książki są oparte na faktach,opowiadaniach Twoich bliskich, a także Twoich własnych,
trzeci - nie znam historii związanej z Wileńszczyzną i dla mnie wszystkie fakty, wydarzenia, o których napiszesz, to będzie bardzo ciekawa podróż w przeszłość i nieznane.

Powodzenia :) kciuk w górę za ten fragment, który tu opublikowałeś.

.
avatar
Dobrze się zapowiada Twoja książka, bardzo dobrze. Daj znać jak się ukaże. Pozdrawiam i życzę powodzenia w pisaniu. P.S. Mo wujek przeszedł podobny szlak bojowy, tylko że z Pierwszą Armią i jako saper.
avatar
Dziękuję, Piórko :) Jak napisałem powyżej, chcę ją ukończyć pisać w tym roku. Wtedy w przyszłym powinna się ukazać.

Marianie, mój ojciec walczył wpierw w oddziale AK na Wileńszczyźnie, potem uciekł z konwoju NKWD, potem... potem... a później brał udział w walkach II Armii WP. Dużo przeżył... Kostusze uciekał spod kosy kilka razy w czasie wojny.
Oczywiście dam znać, ale to za rok. Teraz wydano moją drugą książkę "Młodości szczęśliwa". Jest już na moim profilu. Pozdrawiam :)
© 2010-2016 by Creative Media
×