Przejdź do komentarzyNarada w Zjednoczeniu
Tekst 137 z 138 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2026-01-05
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń74

(Wspomnienie. Poprzednia część, opublikowana trzy dni temu: ``MROŹNY, NOCNY MARSZ`. Czas: początek lutego 1982)


cd.

Przed godziną siódmą udałem się do wskazanego przez wartownika budynku dyrekcji. Sekretariat już był otwarty.


– Dzień dobry. Przyjechałem z Grudziądza, na naradę.


– Dzień dobry. Pan już, tak wcześnie? – Ładna sekretarka spojrzała na mnie ze zdziwieniem. – Narada rozpocznie się dopiero o dziewiątej.


– Wiem, ale nie miałem innego połączenia koleją.


– Pociągiem?! – Teraz jej oczy zrobiły się okrągłe ze zdumienia. – Nie przywieziono pana samochodem?! I szedł pan taki kawał drogi od kolei?!


Westchnąłem. „Gdybym był dyrektorem… Chętnie bym pospał w samochodzie, a osobisty kierowca w tym czasie przywiózłby mnie do samej huty” – pomyślałem z nutką rozmarzenia. Niestety, na tym etapie budowy rozwiniętego socjalizmu zwykłemu pracownikowi jeszcze nie przyznawano służbowego samochodu, chociaż nie miałbym nic przeciwko.


– Mój dyrektor nie mógł przyjechać – odparłem. – Jestem w zastępstwie. Tak, szedłem pieszo.


– Oj, to pan zmęczony i zmarznięty. Pewnie chce pan skorzystać z łazienki. Zaprowadzę pana. Zaraz zaparzę też kawę. Czy może herbaty?


„Kawę?! Pewnie mają prawdziwą, przecież jestem w dyrekcji dużej huty, a ten gorący napój to w dzisiejszych czasach rarytas”. – Uradowałem się na samą myśl o aromatycznym napoju.


– Jeżeli można, to z chęcią kawy się napiję. I dziękuję.


Zostawiłem kurtkę i sweter w małej szatni. W łazience umyłem się, aby trochę doprowadzić do porządku. Popatrzyłem w lustro, moja fizjonomia nabrała już rumieńców, nie było źle. Jednak co młoda dojrzałość, to młoda, szybko wraca do normalności.


Już odświeżony, usiadłem samotnie w dużej sali konferencyjnej. Kubek z gorącą kawą przyjemnie rozgrzewał dłonie. „W takich warunkach to mogę spokojnie czekać”. Na razie oddałem się leniwej nudzie, policzyłem krzesła przy wielkim stole, nakrytym zielonym suknem. Było ich trzydzieści. „Ho, ho, to zapowiada się duża nasiadówka, byle niezbyt długa”…


Czas wlókł się, ale wreszcie pół godziny przed zebraniem w sali zaczęli pojawiać się inni uczestnicy. Wielu musiało się znać wcześniej i to dość dobrze, gdyż słyszałem co chwilę: „Cześć, Grzesiek”, „Witaj, Jurek”, „O, Krzysiek. Przyjechałeś też? Dawno się nie widzieliśmy”, „Jasiu, a jak u ciebie? Jeszcze ciągniesz z produkcją?”.


Z pierwszym z przybyłych zdążyłem jeszcze wymienić kilka słów. Po wejściu od razu się przywitał:


– Dzień dobry. Jestem Nowak z Odlewni w Śremie. Dyrektor techniczny. A kolega chyba pierwszy raz?


Podniosłem się z krzesła i uścisnąłem wyciągniętą dłoń.


– Miło mi, ...owski. Tak, jestem pierwszy raz i – lekko uśmiechnąłem się – prawdopodobnie ostatni. Przyjechałem z Pomorskiej Odlewni w Grudziądzu, w zastępstwie dyrektora Kalinowskiego. Nie mógł przyjechać, więc mnie przysłał. Jestem zaopatrzeniowcem.


– Z zaopatrzenia? Nigdy nie mieliście lekko, ale teraz to wy na pierwszej linii ognia, że się tak po wojskowemu wyrażę.


– Niestety. Ciągle jesteśmy teraz w podróży.


Porozmawialiśmy jeszcze chwilkę, ale zaczęli już wchodzić kolejni uczestnicy, z którymi tylko się witałem. Poczułem się trochę nieswojo. Mój ubiór wyraźnie odstawał od ubrań innych, wszyscy byli w marynarkach, pod krawatami i w wyczyszczonych do glansu butach. Byli też dużo starsi, nobliwi, wielu z brzuszkami i łysawi. Wyglądałem przy nich jak marnotrawny syn, który przybył na wielką uroczystość rodzinną w starych dżinsach i pomiętej koszuli, do tego w mokrych, zimowych butach. Szybko mi jednak minął ten nastrój. „Jak mogłem wyglądać po nocnej podróży i kilkugodzinnym brodzeniu w śniegu? Mógł mnie szef uprzedzić, że naprawdę zjadą się same szychy dyrektorskie, wziąłbym w podróż chociaż krawat i lepszą koszulę czy spodnie. Sroce też spod ogona nie wypadłem, języka w gębie nie zapominam, a to ważniejsze niż ubiór”.


Moje przemyślenia przerwało wejście jeszcze jednej osoby. Wszyscy wstali na powitanie. „Oho, to pewnie ta najważniejsza szycha” – przebiegło mi przez głowę.


– Przepraszam, że pytam, ale jestem pierwszy raz, nie znam ludzi – szepnąłem do sąsiada. – To dyrektor zjednoczenia?


– Tak, to on.


Odetchnąłem. Wreszcie się zacznie ta cholerna narada. Dość się nabrodziłem w śniegu i naczekałem. Nie wiedziałem, czy dostanę to, czego potrzebujemy, ale miałem za sobą ciężkie fizycznie kilka godzin. Teraz, w cieple, mogłem łatwiej wytrzymać nasiadówkę.


Dyrektor przywitał się ze wszystkimi osobami, nie omijając mnie. Usiadł u szczytu stołu, pokazał ręką na krzesła i zagaił:


– Panowie, siadajcie. Ponieważ są dzisiaj nowi panowie, nie wszyscy się znamy, więc proszę, aby każdy po kolei się przedstawił.


„A niech to! Nie spodziewałem się tego. Ale czego się trapię? Zaopatrzeniowiec też człowiek, i to ważny w każdej firmie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach”.


Siedziałem w środku długiego rzędu krzeseł, czekając na swoją kolejkę. Przede mną inni się przedstawiali: „Krzysztof Góra, dyrektor zakładu…”, „Grzegorz Jankowski, zastępca dyrektora do spraw technicznych w fabryce…”, „Janusz Bukowski, główny technolog z…”, „Karol Kamiński, dyrektor z zakładów…”.


„Tak, tacy to samochodzikami w cieple poprzyjeżdżali, wyspani, wypoczęci, uczesani, pachnący wodami kolońskimi, a ja…” – skwitowałem w myśli z przekąsem.


– Zdzisław ...owski, pracownik zaopatrzenia z Pomorskiej Odlewni i Emalierni w Grudziądzu – oznajmiłem głośno. Nawet troszkę za głośno, ale właśnie przypomniałem sobie własną wędrówkę przez mroźne pustkowie sprzed kilku godzin i to, że oni przyjechali samochodzikami… Chociaż to nie ich wina, że ja w dużo gorszych warunkach dotarłem, gdybym dostał kierowcę z autem, też chętnie bym skorzystał. Jednak akurat w momencie przetrawiania w pamięci własnej podróży przypadła moja kolej na przedstawienie się, to i głos mimowolnie wszedł na wyższe diapazony.


Nagle znalazłem się w centrum uwagi pozostałych uczestników narady. Przerwali swoje szepty, rysowanie esów-floresów na kartkach papieru, czy też zwykłe kontemplowanie sufitu. Zaczęli spoglądać na mnie z zainteresowaniem, nie wiedziałem tylko, czy z szacunkiem, czy też ze zdziwieniem, jak na jakiegoś dziwoląga pierwszy raz w życiu widzianego.


„No co? Zaopatrzeniowca w podróży służbowej nie widzieli?!” – Siedziałem twardo na krześle, wyprostowany i patrzyłem pewnym wzrokiem na dyrektora zjednoczenia. „Jeszcze czego, że nie jestem dyrektorem, to mam się kurczyć? Zresztą, pomijając wrodzony brak tremy czy krępacji, przy moim wzroście miałbym i tak trudności z tym chowaniem”.


To była krótka przerwa, kiedy stałem się ośrodkiem zainteresowania pozostałych uczestników. Nawet dyrektor zjednoczenia, dotąd milczący, uniósł brwi i skomentował:


– Miał być dyrektor Kalinowski. Co się stało?


– Nie mógł przyjechać. Kończą się surowce, pilnuje na miejscu. Wysłał mnie, panie dyrektorze, gdyż jadę do Nowej Huty i po drodze…


– No taak… Każdemu się kończą. – Przerwał i po chwili kontynuował:


– Czym pan dojechał?


– Pociągiem, w nocy.


– Od stacji kawał drogi.


– Jakoś doszedłem, chociaż trochę ciężko, drogi zasypane.


– No taak… Taka i praca w zaopatrzeniu. – Zawiesił głos, postukał machinalnie długopisem w stół i na chwilę się zamyślił. – Ma pan spis waszych potrzeb?


– Tak, oczywiście. Potrzeba nam…


– To później je omówimy. Proszę kontynuować – wskazał na mojego sąsiada.


Zamilkłem. „Zainteresowanie moją skromną osobą ze strony szefa zjednoczenia pomoże czy przeszkodzi? Jestem tylko jednym z tysięcy pracowników, ale tutaj akurat okazałem się wyjątkiem wśród samego naczalstwa, samej śmietanki z innych fabryk. Pomoże to, czy przeszkodzi?” – dywagowałem.


Przedstawianie się pozostałych uczestników zakończyło część wstępną. Rozpoczęła się normalna narada, znana mi doskonale z własnej firmy – narzekania na braki surowców i półproduktów, na jakość, gorsze zamienniki, gonienie z planem. Kiedy przyszła moja kolej, przedstawiłem nasze problemy i potrzeby. Przydała się moja codzienna praca w dziale, poszło bez zająknięcia.


W trakcie wypowiedzi uczestników dyrektor zaglądał do swoich papierów i notował. Na zakończenie wyczytał, co, kto, ile i kiedy dostanie. Szybko zapisałem wielkości dostaw dla mojej firmy i porównałem z potrzebami. „Kurde, nie wszystko, co potrzebujemy, ale czy kiedyś było inaczej? Najważniejsze, że żeliwa do odlewów dostałem prawie tyle, ile miałem zapisane, do końca pierwszego kwartału chyba wystarczy. Produkcja nie utknie, byle terminów dostawcy dotrzymali”. – Trochę się uspokoiłem.


Po dwóch godzinach narada się zakończyła. Dyrektor przeczącym ruchem ręki powstrzymał protesty niektórych uczestników:


– Panowie, z piasku bicza nie ukręcę. Każdemu przydzieliłem tyle, ile mogę. Każdy ma te same problemy. Musimy przetrwać najgorszy okres, wiosną powinno się poprawić. Teraz zaś zapraszam na mały poczęstunek.


„Poczęstunek?!” – Dopiero teraz poczułem głód. Od razu soki trawienne zaczęły pracować ze zdwojoną intensywnością. Jednak człowiek to symbiotyczne połączenie fize i psyche. Wystarczyły usłyszane dwa słowa o jedzeniu, a już byłem gotowy do szybkiego uzupełnienia niedoborów odżywczych w organizmie.


Kiedy przechodziliśmy do sąsiedniego pokoju, dyrektor zjednoczenia zatrzymał mnie.

– Panie …owski, dobrze zapamiętałem?

– Tak, panie dyrektorze.


– Przydzieliłem panu trochę więcej, niż właściwie mogłem. Z rezerwy, która jest w mojej dyspozycji. Niech pan nie pyta, dlaczego. Ale dyrektorowi Kalinowskiemu proszę przekazać, aby nie wysługiwał się więcej zaopatrzeniowcami.


Zaskoczył mnie tak pierwszą, jak i drugą częścią wypowiedzi. W pierwszej chwili nie wiedziałem, co odpowiedzieć. W takiej sytuacji najlepiej mówić mało i neutralnie.


– Dziękuję, panie dyrektorze. Przekażę pana słowa.


„Aj! Przecież u mnie siedzą pewnie jak na szpilkach, nie wiedzą, co dostaniemy. Ja zaś przecież jeszcze nie wracam do domu”. – Musiałem ich jak najszybciej zawiadomić.


– Panie dyrektorze, mam jeszcze małą prośbę. Zaraz ruszam dalej na południe. Chciałbym poinformować mojego dyrektora, co dostaniemy. Ale teraz z telefonami różnie. Czy mógłbym wysłać telegram?


– Dobrze. Proszę napisać treść, a moja sekretarka wyśle. Życzę spokojnej podróży.


Poczęstunek smakował mi wybornie. Kanapeczki, szyneczki, ciasteczka, owoce, kawa, nawet kubańskie pomarańcze – wszystko ile dusza zapragnie, bez kartek żywnościowych i wystawania na mrozie w kolejkach! Nie żałowałem sobie. Porządnie na takie frykasy zapracowałem.


Po posiłku poszedłem do sekretariatu, napisałem treść telegramu z wyliczeniem, co, ile, skąd oraz kiedy możemy dostać i przekazałem pracownicy biura. Uczestnicy narady już stopniowo wychodzili i prawie każdy podchodził do mnie, wyciągając dłoń na pożegnanie. Niektórzy poklepywali moje ramię. Początkowo obruszyłem się: „Czy jestem koniem do klepania? Skąd ta poufałość? Nie jestem ich podwładnym, aby mnie traktowali w protekcjonalny sposób!” Kiedy jednak spojrzałem w oczy pierwszemu, który mnie klepnął, wyczytałem… uznanie? Przyjąłem więc to poklepywanie za dobrą monetę.


Podziękowałem sekretarce i już wychodziłem, kiedy zatrzymał mnie jeden z uczestników:


– Panie kolego…


„Ho, ho, ale awansowałem. Ze zwykłego zaopatrzeniowca na kolegę równego szychom” – pomyślałem odruchowo.


– …słyszałem, że jeszcze nie wraca pan do domu – kontynuował. – Gdzie pan mówił, że jedzie?


– Do Nowej Huty. Stąd pójdę na przystanek kolejowy albo autobusem po czternastej do Częstochowy, a później wieczornym pociągiem. Telefony praktycznie nie działają, więc muszę osobiście.


– To nie w moim kierunku, ale mogę podwieźć samochodem do kolei.


– O, dziękuję, z chęcią skorzystam.


Świetnie, są jeszcze dobrzy ludzie na świecie. Nie uśmiechało mi się ponowne kilkukilometrowe, zimowe maszerowanie przez zaspy śnieżne. „Może złapię wcześniejszy pociąg? To przecież uczęszczana trasa, magistrala węglowa ze Śląska na Wybrzeże. Prześpię się w Krakowie, rano do Nowej Huty, załatwię, co trzeba i wreszcie do domu”…

---

cdn. (pt. `PODRÓŻ W STANIE WOJENNYM`)

  Spis treści zbioru
Komentarze (2)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Niezwykle ciekawe, a nawet fascynujące wspomnienie.
avatar
Janko, często wspomnienia są dużo lepsze niż wymnyślanie wydarzeń. Korzystam z tego pełną garścią :)
© 2010-2016 by Creative Media
×