Przejdź do komentarzyWyższość prozy nad poezją
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2017-01-26
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1196

26.01.


Poeci  cenią się bardzo, aż za bardzo. „Ja, poetka” zwykła mawiać pewna znajoma mi wierszopiska,która posiada niesamowitą umiejętność rymowania, ba, nawet wypowiadania się na każdy temat rymowaną siekanką, za to poetyckiego talentu już nie ma owa pani za grosz.


Wbrew pozorom proza jest sztuką nader trudną. Tu naprawdę potrzeba wielkiego kunsztu, żeby:


a) dokładnie sobie zaplanować  (a przede wszystkim zrealizować) uprzednio opracowany konspekt,


b) tak ożywić własnych bohaterów, aby podczas lektury nie przypominali papierowych manekinów,


c) nadać dialogom giętkość oraz plastyczność, opisom natomiast wierność i wiarygodność. Ponadto: umiejętnie postarać się rozkręcić akcję i to zarówno w dłuższych jak krótszych formach prozatorskich.


Niedościgłymi dla mnie mistrzami są nasi wielcy realiści, ale nie tylko. Bo choć sama nie za często zajmuję się tego rodzaju pisaniem, to  jednak mistrzostwo narracji wykreowanej złotym piórem tego bądź innego autora, stale oraz wciąż będzie u mnie wzbudzać niekłamany podziw.


Latem minionego roku zabrałam się za napisanie czegoś, co od biedy nazwać by można opowiadaniem stworzonym z myślą o jednym z literackich konkursów. Przygotowany tekst, mimo że nie został wysłany, to stał się on poniekąd dowodem na „wyższość prozy (prozy, nie eseistyki) nad tak nadużywanym „ poezjowaniem”.


W świetle niniejszego, uprzejmie proszę Czytelników o wyrozumiałość dla poniżej zaprezentowanego (u)tworu:


„Lecz kiedy zamkniesz oczy, zawsze myślisz o mnie” (Jan Lechoń: „Mickiewicz zmęczony”)


Wciągnął a następnie wydął policzki: Gillette przesunęła się miękko po natłuszczonej skórze podbródka. Nigdy nie używał mydła, niechętnie elektrycznej golarki.


Oliwka pachniała lawendą i mirrą, żel pod prysznic jeszcze parował świeżą wonią w skapującej gąbce, zęby wypucowane Ajoną, tylko te pod oczami worki oraz przygaszone tęczówki. No tak, prawie 48 godzin bez snu.


Czuwał przy umierającym, ale czy musiał?  Pewnie nie, wystarczyło przecież pójść z Sakramentami do nieprzytomnego Wacka, by go - jako tako - zadysponować na śmierć. „Wacek był wierzącym, choć niepraktykującym – zapewniała Alicja dawna szkolna koleżanka Krzysztofa  - i bardzo dobrym człowiekiem” -  sucho załkała.


„Ale dlaczego wiedząc o terminalnej chorobie nie uregulował tych spraw odpowiednio wcześniej?”, zapytał z lekka skonsternowany. „Bo widzisz, Krzysiu - odpowiedziała zrozpaczona – on nie przypuszczał, że to tak szybko pójdzie…”


I poszło, wręcz ekspresowo, iż nie trzeba było uśmierzać odleżyn. Pielęgnacyjne balsamy oraz maści jeszcze nierozpakowane, podobnie z materacem. Chory leżał nieprzytomny i jedynie jego język obracał się wiatrakiem we wpółuchylonych wargach, gdy ręce ułożone grzecznie wzdłuż ciała czekały jakby na trumnę.


Nachylony Krzysztof udzielił absolucji. Wtedy otworzyły się oczy chorego: rozświetliły i zapatrzyły w bliżej nieokreśloną przestrzeń. Poruszyła dotąd bezwładna prawa dłoń zakreślając w powietrzu nieporadny znak krzyża. Wtedy Krzysztof wpuścił mu do ust kropelkę konsekrowanego wina.


Wacek umarł wczesnym rankiem na dzień następny. To nie żona, lecz Krzysztof przymknął mu powieki, ponieważ umęczona Alicja spała w sąsiednim pokoju ciężkim snem osoby, którą opuściły wszystkie siły. Zbudzona, natychmiast zaproponowała gościowi śniadanie. Wypił kawę z mlekiem, zjadł kajzerkę z masłem, poprosił o łyk aroniowej nalewki, zapalił papierosa. Mszę odprawi wieczorem. Już po spotkaniu z Blanką.


Brewiarz



„Już wschodzi zorza poranna,

Zabrzmiało niebo weselem

I ziemia śpiewa radośnie,

A piekło jęczy w udręce.


Bo Król tak bardzo potężny

Zniweczył moce śmiertelne,

Podeptał władzę Otchłani

I więzy jeńców rozerwał.


Gdy kamień w grobie Go zamknął

…”

tyle widział i będzie jeszcze widzieć śmierci. Tyle razy ocierał śmiertelny pot; mył unurzanych w kałowej smółce umarłych, bo luzowały zwieracze; tyle razy wdychał zaduch konania aż się zdążył odczulić; tyle razy intuicyjnie oglądał odłączającą się od ciała duszę; tyle razy widział ten niebiański spokój na  znaczonych cierpieniem twarzach. Wacek wyglądał podobnie:


„…O stań się, Jezu, dla duszy

Radością Paschy wieczystej

…”

Gdzie przebywa poza ciałem Wacek? „Regina coeli  laetare, allelluia. / Quia quem meruisti portare, allelluia. / Resurrexit  sicut dixit, allelluia…” Blanka opisywała mu w jednym ze swych listów, sen: szła z mamą Natalią podmiejską drogą. Jeszcze niby resztki przyrody, lecz krajobraz żałośnie zdegradowany. Obie panie podążały wydeptaną ścieżką w stronę niezabudowanego placu, względnie przeznaczonego pod zabudowę nieużytku, kiedy stanęła im na przeszkodzie siatka, zaś za tą siatką - cudowny staroświecki sad. Świeżo pobielone drzewka i wyprostowane gałęzie owocowych drzew tak jak to na przedwiośniu bywa. Wygracowana ziemia, skąd przebijały nieśmiałe kiełki traw; gdzieniegdzie radowały się rozchylonymi płatkami wiecznie kwitnące stokrotki.


„Mama chciała pójść przez ten ogród na skróty, ja jej nie pozwoliłam – relacjonowała. Powiedziałam, że nie można deptać po czyjejś ciężkiej pracy, skoro się w niej nie uczestniczyło. I wtedy wyraźnie usłyszałam głos: `Ten sad to granica równoległych światów. Po drugiej stronie też mieszkają ludzie, pracują, cieszą się, a czasami smucą. Na ciebie jeszcze nie czas.”


Światy równoległe: otwarte drzwi albo okno. Pustki i bezdroża czy może miasta psychodeliczne? Bieg przez białosrebrny tunel bądź kręcenie się w kółko wśród pozamykanych na głucho domostw?

„Panie, Ty przeszedłeś drogę męki i krzyża,

spraw, abyśmy cierpiąc i umierając w zjednoczeniu z Tobą, z Tobą również zostali wskrzeszeni.”

O, tak wskrzeszeni. Jedni ku wiecznej chwale, drudzy ku wiecznej zagładzie. Rozświetlone spojrzenie Wacka potwierdzało niejako, że:


„Królu chwały, oczekujemy dnia Twego objawienia; daj, abyśmy oglądali Twoje oblicze i byli podobni do Ciebie.


Ojcze nasz.”


Wróżba doskonała



Tylko sobie powmawiać, że zaraz się zaśnie. Zmęczenie żaden sen, a jeśli nawet już, to bardziej przypomni czuwanie tykającego budzika, gdzieś na pograniczu jawy i równoległych miejsc aniżeli konkretny odpoczynek. I ta po tylu, tylu dekadach – randka. Spotkanie z kobietą życia – jakby wbrew im obojgu. Jej oraz jemu, a przecież tak się kochali. Mądrze, dojrzale, z wyczuciem serc, bez samolubnego, wzajemnego wchodzenia sobie w drogę.


Nie potrzeba retrospekcji: Blanka niby mickiewiczowska Maryla pojawia się niezmiennie pod powiekami w chwili głębokiego zanurzania w pluszową ciemność nocnego niebytu. I zawsze, nawet wówczas, kiedy z nią stracił zupełny kontakt, jej tamta dziewczęco-kobieca postać spływała orzeźwiającą wonią rozkwitających lip po wczesnoletniej gwałtownej burzy. Blanka, tajemnicza pani z dotychczas niedostępnego mu świata.


Uniwersyteckie miasto nie było metropolią; tu znali się wszyscy ze wszystkimi, a jeżeli się nawet nie znali, to na pewno poznali. Chociażby z widzenia.

Podobnie było z Blanką. Zatrudniana w rozmaitych naukowych, historyczno sztucznych, znaczy muzealnych instytucjach, pisywała do literackich tygodników, tłumaczyła (bardzo zresztą wiernie i pięknie) poetyckie teksty, miała wielu znajomych twórców w rozmaitym wieku, ponieważ – jak zabobonnie szeptano sobie na ucho – jej recenzje przynosiły autorowi szczęście, czyli rozgłos.

Blanka od polityki stroniła. W momencie, kiedy zostawała jej tylko naga pensja to wspomagała się korepetycjami bądź technicznymi tłumaczeniami do Dederonu, ponieważ tu przede wszystkim miała znaczenie znajomość fachowych terminów, nie bezbłędna gramatyka.

Blanka była egerią, dlatego niechętnie szła przed szereg i zawsze wybierała doradztwo w miejsce rządzenia. Nie lubiła tłumów, kryjąc się dyskretnie za plecami ówczesnych celebrytów, jakkolwiek sporo z nich ją znało. I to - podobno - nieźle.


Krzysztof miał ambicje. Oczywiście literackie. Marzyła mu się kariera dramaturga ewentualnie prozaika. Albo filmoznawcy. Blanka prócz tego, że mu się bardzo podobała, mogła też się okazać niezwykle pomocna. Zwłaszcza w udzielaniu zbawiennych rad.


Poznał ją przy jednym z klubowo-kawiarnianych stolików. Przedstawił ich sobie wspólny znajomy, który następnie – w wolnych chwilach oraz bez świadków – opowiedział im, kto kim jest oraz co sobą reprezentuje. Wtedy Krzysztof całkowicie postradał dla lady rozgorączkowaną głowę.


Ich miłość? Szalona i spełniona dokonana wyłącznie z jej inicjatywy, lecz na pewno nie z kaprysu. Bo ukochana fatalną kobietą nie była, wręcz przeciwnie: pojawiała się zawsze, gdy zaistniała określona potrzeba udzielenia nagłej pomocy.


Siedział więc teraz sobie przy kawie oraz Pepsi zupełnie nieświadomy, że obok niego w kawiarnianym ogródku przysiadła także potężna Cyganka. A on urody raczej chłopczykowatej oraz analogicznej postury. Oczywiście musiała go zaczepić, proponując wróżbę.


- Dziękuję, nie trzeba, nie wierzę  –  bez przekonania usiłował spławić babsko.


A jużci: „nie wierzę”, powiedzieć to kutej na cztery kończyny Romce z wielkim, ropiejącym strupem na czole.


- Ej, cudny chłopczyku, ty nawet nie wiesz, jakie cię spotka szczęście. Ty nawet nie wiesz… - ciągnęła obrzydliwie kleistym jak rozgrzany asfalt, głosem – ty nie wiesz, że jeszcze dziś twoja lalunia zostanie twoją…


- Lalunia? Nie mam żadnej laluni… – lekko się zawahał.


- Nie masz? No połóż, chłopaczku, jedną ze stóweczek na lewej dłoni a dowiesz się wszystkiego. Nie żałuj biednej Cygance, nie żałuj! Masz ich sporo…


Tak, miał. Fakt, posiadał ich niemało, gdyż wreszcie pozbierał różne zaległe wypłaty za te swoje najrozmaitsze umowy o dzieło.


Ponieważ bezczelna baba świdrowała go podbitym okiem (drugie miała zaklejone) więc sięgnął niechętnie do jednej z kieszeni.

Cyganka w mgnieniu oka wyrwała mu z ręki banknot, obrzydliwie rechocząc jak to jej śliczny chłopyś uiścił się z zapłaty. „Jeżeli chcesz wiedzieć więcej, to połóż drugą stówę. Lalunia kochać będzie dotąd, dopóki nią się nie znudzisz.”


- Co takiego? – wrzasnął niby ukłuty – Czy ja kiedykolwiek miałbym się nią znudzić?


- Hej, Krzysiu, nie dawaj się wrabiać – zawołał w obcym języku osobliwie mu znajomy, kobiecy głos, a następnie po polsku do Romki:


- Zjeżdżaj, bo możesz oberwać! Ode mnie, torebką.


Blanka usiadła z impetem, po czym upiła z jego szklanki Pepsi.


Mickiewicz zmęczony


Już na dobre ucichła nękająca go od godziny mucha, wyłączyła swój warkot w klasztornym ogrodzie  kosiarka, przesunęło się o ileś, ileś promieni coraz bardziej i bardziej rozpalone słońce, a on niby ten Mickiewicz, który „bardzo wiele cierpiał i był już zmęczony” zasypiał patrząc znowu jak ona idzie sobie i idzie niczym w tej nadniemeńskiej, wyśpiewywanej przez Jana Bohatyrowicza, pieśni, tą wysoką, o jakże wysoką górą, podczas gdy on niczym przycupnięty pod kalinowym liściem owad, tkwi w swojej dolinie i tkwi.
















  Spis treści zbioru
Komentarze (4)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Słowa, słowa, słowa. Jak ktoś nie poznał Homera i małej, ludzkiej potrzeby stania się jak Achilles bogiem, niech lepiej nie pisze. Serdecznie na zgodę, Leo
avatar
Wyższość prozy ma się tak jak ilośc przeczytanych książek befano-nie oszukując nikogo,dziś króluje wyższość kiełbasy krakowskiej generalnie królewskiego stołu-a nawet przepisów na szybki obiad,domowy obiad albo egzotyczny obiad nad prozą i poezją:)
avatar
Aha,dodam,że znam bardzo niewiele osób,które czytają poezję,spoza forum.Może to także kwestia środowiska,ale jednak.
avatar
Co do wyższości prozy nad poezją nie będę się wypowiadał, gdyż nie czuję tematu. Czuję w sobie wyższość tej formy wyrazu, którą w danej chwili wybieram,a raczej tej, którą moja podświadomość wybiera, gdy zaczynam pisać.
Przeczytałem z zainteresowaniem tych kilku różnych, jakby fragmentów, większych tekstów. Dziennik ma swoje prawa, chodzi różnymi, niekoniecznie uporządkowanymi w jakimś konkretnym celu, ścieżkami.
© 2010-2016 by Creative Media
×