Przejdź do komentarzyMajorka' 29 X 2006 r.
Tekst 9 z 23 ze zbioru: Listy do Pawła. Palma de Mallorca
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaproza
Data dodania2017-03-30
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń1112

Dzisiaj byłam w katedrze, którą widziałam wcześniej jedynie na zewnątrz, bo dla zwiedzających, Bóg wie czemu, ją zamknięto.


Kiedy tam wchodzisz z tych potoków oślepiającego światła, jest wprost przytłaczająco zwalisto ogromna! Dopiero po chwili wzrok jakoś się przyzwyczaja, i można coś w tych *ciemnościach* rozeznać.


Sądząc po napisach na płytach nagrobnych w kamiennej podłodze, gdzie w kryptach pochowano, jak myślę, miejscowe znakomitości, świątynię tę zbudowano w XIII - XIV wieku, czyli... może ona mieć nawet 800 lat z okładem! Szacowny zabytek... I, co dziwne, wcale nie wygląda, jakby ją potem przez następne stulecia *sztukowano*, poprawiano czy dorabiano inne, w innej już modzie, nowe jej skrzydła czy kolejne nawy. Chyba stoi od zawsze taka sama - jak ten zamek niezdobyty Castillo Bellvar *Piękny Widok* - niezmienna od poczęcia.


U nas, wieloletnie często, wszelakie wojny stuletnie, przetaczające się przez Europę z zachodu na wschód i z północy na południe (i vice versa), co Pradziad nasz w krwawym pocie czoła był podźwignął i murem ogrodził, w perzynę wszystko w jeden dzień obracały, bo zdobywca jak nie ogniem i mieczem, to złodziejskimi łapami w ruinę i nędzę Polskę zamieniał i zamieniał, i końca temu nie było! (Szwajcarzy skąd leżą na tych swoich bankach i frankach? Ano, stąd chyba, że niebotyczne, ubogie w kopaliny i ziemię orną Alpy te ich z lodowcami i niedostępnymi turniami zatrzymywały wszelką ekspansję i te wichry wojen - i kolejne tamtejsze góralskie centusiowe generacje w odwiecznym pokoju wciąż tylko dokładały i pomnażały ten dobrobyt swój i swojego od zawsze wolnego kraiczku!)


Wystrój wewnątrz tej cud katedry jest dzisiaj głównie barokowo-rokokowy. Bajecznie pstre przeogromne witraże, kaplice, jak u nas, poświęcone miejscowym świętym - i, jak u nas... remont! Ano, właśnie. Pisałam chyba o tym wcześniej już: wszędzie cholerny remont. To dlatego była wtedy zamknięta.


(dzień później, 30.10.2006 r.)


Wszystkie bloki w Palmie mają cechę wspólną, różną od tego, co widujemy u nas, na naszych nowych osiedlach: wszędzie okna i wszystkie balkony, choćby nie wiem, ile pięter liczył sobie budynek, mają identyczny fason, identyczny kolor i są wykonane z identycznego materiału. W Polsce *każdy sobie rzepkę skrobie* - tutaj, na Majorce obowiązuje rygorystyczna zasada *ma być, jak w projekcie*. To ujednolica całość i sprawia, że estetyka elewacji jest zachowana na wieki wieków. Też się tutaj na wszystkich balkonach suszą jakieś wieczne majtki nie majtki, też kanarki i papużki w klatkach wniebogłos *się wydzierają* i doniczki z kwieciem wszędzie wiszą, nikt jednak niczego nie przemalowywuje, nie *upiększa*, nie przefasonowywuje. Jak balkon - to balkon, nie samowolka-weranda! jeśli zieleń balustrad - to wszędzie na wszystkich kondygnacjach ta sama zieleń, a nie tylko u sąsiadki! Efekt wizualny jest o wiele bardziej klasyczny, czysty w formie.


Jak miasto walczy o tę czystość szerzej, z tym brudem i śmieciami, już trochę Ci, Pawełku, pisałam. Zamiatacze ulic są tu wszechobecni (sami panowie zresztą) - w świątek, piątek i w niedzielę; śmieciarki krążą non-stop; samochody-polewaczki-zamiataczki docierają na okrągło na glanc i puc - na błysk! - każdy centymetr jezdni i każdy krawężnik. Pojemniki osobno na plastik, na szkło, papier, na puszki, na kapsle i na śmieci organiczne stoją co 100-200 m, i można do nich wrzucać swoje worki TYLKO W GODZ. 19-23:00, inaczej zapłacisz karę. W innych - tych *lepszych* - kwartałach stoją również charakterystyczne śmietniki-młyny, do których co wleci, to pod ziemią zmielą na pył (wiem to od tej mojej superowej p. Basi). Dla krajów strefy podzwrotnikowej, takich jak Hiszpania, sterylna czystość i cogodzinna higiena nie są jakimś rodzajem ciężkiej manii kompulsywnej - a warunkiem `być albo nie być`!


(31 X)


Taka data tutaj - to jakaś miejscowa wariacja święta Halloween, u nas w kraju znanego głównie z amerykańskich przekazów (na tych ich filmach zawsze z dyniami o strasznych-strasznych *oczach* i jeszcze straszniejszych *zębach*)


Dzieciaki z wymalowanymi fantastycznymi buziami - przerażającymi tymi *gębami/mordami* - poprzebierane za czarne wampiry, diabły, czarownice i upiory, tego wieczoru straszą każdego, kto się im tylko napatoczy; *wystraszyły* również mnie, pochyloną nad wózeczkiem z Marijką. Ogólnie jednak mało okropnie było, chociaż co chwilę wybuchały jakieś petardy, i niektóre wampiry wyglądały naprawdę *feste jak żywe*. Jak w każdym ulicznym teatrze, tak i tu: wszystko zależy od poziomu odgrywanej sztuki tak w scenografii, jak w sztuk Mistrzu.


A propos teatru. Jest również w Palmie, a jakże! p. Basia jednak twierdzi, że od lat... w remoncie. A nie mówiłam? To prawdziwe nieszczęście, że jak nie sezon ogórkowy - to inne roboty malarskie, jak nie dyrektor do bani - to bilety za drogie, jak nie plajta - to widz nie dopisał itd., itd., itp. Dlaczego to, co tak dla nas bezcenne - wiedza o drugim człowieku i wzruszenie, jakie daje oko w oko z Wielkim Dramatem - dlaczego jest to tak cholernie wszędzie, w Polsce czy gdzie indziej - zawsze tak niedostępne?!


Po południu zwiedziłam tutejszą *dzielnicę handlowo-artystyczną* (jedno wabi drugie - i odwrotnie). Jak i u nas, wygląda to mniej więcej podobnie: wąskie na dwa dziecięce wózki z mamą i tatą deptaki pośrodku, a po obu stronach niekończący się szpaler eleganckich magazynów i sklepów, w których - wedle słów chętnej do takich wyjaśnień mojej p. Basi - robi się nie tylko *eleganckie* oficjalne (i legalne), ale także i te szemrane interesa (na Zachodzie? szemrane??) i ponoć jubilerzy tutejsi np. często *wciskają przysłowiowy kit*, sprzedając niekumatym nowobogackim podrobione *perły, złoto i diamenty*...


Ale... dlaczegóż by i nie?? W Polsce też na każdej nieledwie wadze - niedowaga; zamiast jogurtu - jogurt przeterminowany; zamiast adidasa - chińszczyzna; bierzesz kredyt na ludzki procent, a wyskakują ci małymi literkami te procenty dużo większe, nieludzkie... Cwaniactwo i prymitywne naciągactwo są ponadnarodowe! Od ojca/matki zależy, czym ta skorupka za młodu nasiąknie - i czego potem żadne kije z tyłka nie wybiją :(


Już w drodze powrotnej na jednym z takich deptaków usłyszałam duet męsko-męski z towarzyszeniem gitary klasycznej (jeden z tych śpiewających także grał) - i było to CZYSTE PIĘKNO... Obaj panowie śpiewali, jak za dawnych Dickensowskich czasów - o których infantylnie już myślałam, że razem z Davidem Copperfieldem odeszły na zawsze w niepamięć - śpiewali... *do kapelusza*, chociaż mogliby występować i w Carnege Hall!


Dalej nieco, na Pl. Major jakiś *dżin ze Wschodu* (pewno Hiszpan z Zachodu) przy muzyce indyjskiej kitarry (z magnetofonu) wyczyniał wprost na tym bruku na macie niesłychane wygibusy ze swoim własnym ciałem; *spał na gwoździach*, jak wąż przenicowywał się i zrzucał skórę, do tego ekwilibrystyka z własnymi członkami... istne wężowidło, Mateczko święta! I cały ten cyrk - też *do kapelusza*.


Nieopodal na sąsiednim rynku cała galeria malarska na świeżym powietrzu: przepiękne jakiejś Artystki (siedziała bezczynnie na murku z pachitoską tuż obok) w sepii, duże, w skali 1:1 portrety - i tuż pod jej nosem nieledwie innego *tfurcy* straszliwe primitivo, idące jak te bułeczki... te koszmarki kaczorki donaldki i te fiki miki myszki miki! Tych cudownych jej, stylizowanych na stare fotografie portretów nikt nie kupował, za to chała wzięcie miała... Jak to jest, że Mistrz zwykle pierwej musi umrzeć, żeby go świat kiedyś w końcu docenił?


Tłumy nieprzebrane przewalają się od rana do późnej nocy po tych artystycznie handlowych uliczkach, i coraz mniej w nich turytów... Idzie zima...


Przedwczoraj wskazówki zegara przesunęliśmy o godzinę w tył, i jutro śpimy dłużej. Platany gubią swoje brązowe liście, jak u nas, w G. Wiele palm już *uczesano* w koński ogon i zawiązano wszystkie liście w wiecheć, niektóre owinięto *pod szyję* matami - i czuć, że lato (choć to jesień) ma się już ku końcowi...


Ale nadal biegamy *z krótkawkimi rękawkami* albo w tych koszulkach na ramiączkach, i ciągle, jak w odurzeniu, kwitną jakieś niebieskofiołkowe glicynie i krwiście czerwono - euforbie, u nas znane jako kwiaty Bożego Narodzenia. Tutaj ta *gwiazda betlejemska* - to potężne, o tej porze płonące krwistym pieniącym się karminem... drzewo! Widok ten dech w piersi zapiera!

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Dzięki za solidne kawałki barwnej egzotyki, soczystym językiem zaserwowanej.
© 2010-2016 by Creative Media
×