Przejdź do komentarzyMoja maskotka
Tekst 6 z 14 ze zbioru: Dawniejsze opowiadania
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2017-08-12
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń611

Moja maskotka



To był na prawdę przypadek, że znalazłam tę laleczkę. Przechodziłam właśnie przez dużą ulicę w niedozwolonym miejscu. Była jednak noc, samochody jeździły rzadko i nie widziałam powodu, dla którego miałabym iść do dość odległego skrzyżowania ze światłami.

Przez środek ulicy biegły tory tramwajowe i właśnie tam, na błyszczącej szynie leżała ta laleczka. Ktoś widocznie zgubił ją tutaj niedawno.

- No, moja droga - powiedziałam podnosząc ją - uratowałam ci życie. Za chwilę przejedzie tędy tramwaj i byłoby po tobie.

Na chodniku, w świetle padającym z wystawy obejrzałam swoje znalezisko. To nie była laleczka, jaką można kupić w każdym sklepie, została wykonana ręcznie. Przedstawiała młodego mężczyznę. Zachwyciła mnie staranność tej roboty.

Malutka woskowa figurka miała prawdziwe włosy i nawet zarost. Ubrana była w wełniany, kolorowy sweterek, dżinsy i tycie skórzane buciki.

Zrobiło mi się żal tego, kto tyle pracy i niewątpliwie uczucia zainwestował w swoje dzieło i tak głupio zgubił je tu, na środku ulicy. Gdyby nie ja, tramwaj unicestwiłoby to maleństwo w ciągu jednej sekundy.

Jako mała dziewczynka bawiłam się chętnie laleczkami. Teraz dawno już zatraciłam tę umiejętność. Dlatego też zdziwiło mnie trochę, gdy przyszedłszy do domu poczułam nieodpartą chęć zajęcia się wszystkim moim małym znajdą.

Z kilku pudełek od zapałek skleiłam zgrabną kanapkę, wyłożyłam ją watą i okleiłam sztruksem. Mój malutki mężczyzna wyglądał na niej tak, jakby wrócił właśnie zmęczony z pracy. Brakowało mu tylko gazety.

Wrażenie było tak sugestywne, że odruchowo spytałam go czy miał dziś ciężki dzień. Odpowiedź sama pojawiła się w mojej głowie i odtąd co wieczór rozmawialiśmy w ten sposób.

Nazwałam go Rudolf, choć niezbyt podoba mi się to imię, ale nasunęło mi się pierwsze i potem, choć bardzo się starałam, nie udało mi się zastąpić go innym.

Biedny Rudi, nie miał łatwego życia. Architekt z zawodu, dzielił pracownię z człowiekiem, który go nienawidził. W pracy, którą Rudi w zasadzie lubił, nie mógł się odprężyć, bo ciągle musiał być przygotowany na zaczepki i intrygi niesympatycznego kolegi. Wiedział jednocześnie, że nic nie da się zmienić, bo tamten po prostu zazdrości mu talentu. Próby zaprzyjaźnienia się doprowadzały do jeszcze ostrzejszych ataków.

Robiłam co mogłam, żeby podtrzymać Rudiego na duchu i przyznawał, że odkąd mnie zna, nie bierze już tej sprawy tak bardzo do serca. Zaczął nawet żartować na ten temat. Poza tym jego wróg od kilku dni jakby poniechał walki. Tylko jego przyczajone spojrzenie wzbudzało w Rudim niepokój.

- Jakby intrygował za moimi plecami i czekał teraz na efekty swoich poczynań.

- Nie martw się – powiedziałam, - teraz ja się tobą opiekuję i nic złego ci się nie stanie.

Nigdy jeszcze nie byłam tak zaprzyjaźniona że zwykłą lalką. Zdarzało mi się teraz, że gdy wchodziłam do mieszkania, już od drzwi zaczynałam opowiadać Rudiemu swoje przeżycia. A potem on opowiadał, to znaczy ja wymyślałam przebieg jego dnia i szło mi to nad wyraz łatwo.

Łatwo, a jednocześnie jakby niezależnie od moich zamierzeń. Pytałam na przykład, jak podobał mu się film, bo w drodze do domu wyobrażałam sobie, że Rudi poszedł do kina. On jednak odpowiadał, że wcale nie był w kinie i rozmowa brała całkiem inny obrót niż to sobie przygotowałam. Czasem mówiłam, że przykro mi, że zostawiam go na całe dni samego na półce.

- Na półce? To jakaś przenośnia? - pytał.

Cała ta historia ze znalezioną maskotką nie byłaby warta opisania, gdyby nie moja dziwna dzisiejsza przygoda.

Przechodziłam właśnie przez tę samą ulicę, co dwa tygodnie temu, kiedy to znalazłam moją laleczkę. Jak już powiedziałam, była to duża, w dzień bardzo ruchliwa ulica. Przechodzenie przez skrzyżowanie trwa na ogół długo, bo w połowie, na wysepce, przez którą biegną tory tramwajowe, znów trzeba czekać na zielone światło.

Wraz z grupką przechodniów przemierzałam właśnie pierwszą cześć. Pół kroku przede mną szedł jakiś mężczyzna. Nie mogłam oderwać wzroku od jego swetra - był identyczny jak sweterek Rudiego. Mężczyzna poczuł chyba moje spojrzenie, bo odwrócił się i spojrzał na mnie, zrazu obojętnie. Wywarłam na nim widocznie duże wrażenie, albo zainteresowało go, dlaczego tak się na niego gapię, bo patrząc na mnie, następne kroki zrobił prawie tyłem.

Znałam to skrzyżowanie i machinalnie zatrzymałam się na wysepce, ale on szedł dalej. Tyłem. Nawet zaczął się do mnie uśmiechać. W ostatniej chwili złapałam go za ten lalczyny sweter i rozpędzony tramwaj nawet go nie musnął.

Wrażenie było tak wielkie, że przez chwilę jeszcze staliśmy dygocąc i przegapiliśmy zielone światło.

Gdy trochę ochłonęliśmy powiedział, że uratowałam mu życie, choć właściwie to ja byłam przyczyną niedoszłego wypadku. Powiedział to i nie odchodził, a ja milczałam, bo jedyne, co mi przychodziło na myśl było zbyt głupie, żeby to wypowiedzieć. Że gdy zobaczyłam, jak idzie wprost pod rozpędzony tramwaj, miałam wrażenie, że to moja laleczka jest w niebezpieczeństwie.

Zaprosił mnie na kawę, z wdzięczności. Przedstawił się, na imię ma Rudi ...

W kawiarni dowiedziałam się o nim więcej, ale o tym nie napiszę, to zbyt nieprawdopodobne.

Siedzę teraz w domu, trzymam moją laleczkę w ręce i myślę, że się myliłam. Niepotrzebnie żałowałam tego, kto był jej twórcą i poprzednim właścicielem.

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
NAPRAWDĘ naprawdę dobro do nas bumerangiem wraca, także idąc do przodu prawie tyłem :)

W konwencji baśniowej bardzo tej prozie "do twarzy"
© 2010-2016 by Creative Media
×