Przejdź do komentarzyNa rozdrożu cz.1
Tekst 8 z 14 ze zbioru: Dawniejsze opowiadania
Autor
Gatunekromans
Formaproza
Data dodania2017-08-15
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń713

Budziłam się. Jeszcze raz sama w wielkim łóżku. Wraz ze świadomością budził się we mnie i narastał niepokój. Dlaczego? Przecież powinnam się cieszyć, bo to już dziś... Dziś miała się skończyć moja samotność. Od dziś miałam zacząć znów żyć. W ciągu tych kilku dni nieobecności Hansa zrozumiałam, jak bardzo byłam od niego zależna. Oczywiście brakowało mi jego obecności, jego bliskości, naszych rozmów i wspólnych rozrywek. Ale to nie na tym polegał problem. Chodziło o całkiem zwyczajne życie. Poczta przyniosła parę urzędowych listów, otwierałam je wprawdzie, jeśli zaadresowane były do mnie, ale ich treści nie starałam się zrozumieć. Węgiel się kończył, nie tylko ten w piwnicy, ale nawet i resztki w wiaderku przy piecu, więc trzeba by było telefonicznie zamówić nowy: zadzwonić do kilku handlarzy, porównać ceny. Pralka przestała działać, a ja nie miałam nawet pojęcia, co zrobić w takim wypadku. But z odklejającą się podeszwą mogłabym zanieść do szewca, niby nic trudnego, ale jeszcze nigdy nie zrobiłam tego sama, więc tymczasem przestałam wychodzić z domu. Wydawało mi się, że zbliżała się pora na doroczny przegląd u dentysty, możliwe, że miałam już zamówiony termin. Hans będzie wiedział, na wszelki wypadek nie zaglądałam do kalendarza, po co się niepotrzebnie denerwować. Poza tym potrzebowałam paru książek, żeby przygotowywać się do zajęć na uniwersytecie, a nie wyrobiłam sobie - przepraszam - Hans nie wyrobił mi jeszcze karty bibliotecznej.

Do tego wszystkiego potrzebny był mi Hans. Bez niego czułam się zagubiona i niezdolna do życia. Cierpiałam z powodu tej niesamodzielności, wstydziłam się jej.... i nie robiłam nic, żeby ten stan rzeczy odmienić. Hans załatwiał to wszystko dla mnie, wiedziałam, jak mało go to bawiło. Kiedyś, gdy musiał dla moich spraw wstać bardzo wcześnie rano, powiedział mi, gdy skarżyłam się na jego zły humor, że więcej nieprzyjemności znoszę walcząc z nim o tę pomoc, niż gdybym się wreszcie przełamała i nauczyła samodzielności. Oczywiście miał rację, wiedziałam jednak z całą pewnością, że są to rzeczy, których absolutnie nie jestem w stanie zrobić sama. Na samą myśl o zwyczajnym załatwianiu płatności na poczcie, dostawałam zawrotów głowy i oblewałam się zimnym potem.

Ten tydzień, który Hans spędził w Berlinie, ja, życiowa niedołęga, spędziłam na letargicznym przeczekiwaniu. Urzędowe listy kładłam na jego biurku, popsutych rzeczy nie używałam, terminy przeciągałam, a swoje własne potrzeby ograniczyłam do granic możliwości. Miałam na przykład apetyt na świeże bułki, ale nie mogłam przecież pójść do piekarni i zwyczajnie się o d e z w a ć. Z przykrością stwierdzałam, że z każdym dniem trudniej przychodziło mi obchodzić się bez Hansa.

No i dziś miało się wreszcie skończyć moje oczekiwanie. Hans wróci wieczorem i wybawi mnie ze wszystkich kłopotów. Tylko skąd ten niepokój kładący mi się na piersi coraz większym ciężarem? Zbyt wielki na to, żeby pochodził z lęku przed jego reakcją na brak węgla i cieknący kran. Ja znałam już jego wymówki, a on nie spodziewał się przecież, że w ciągu tych paru dni zmieni mi się charakter. Nie, ten niepokój był inny, jego przyczyna głębsza. To zaczęło się kilka dni temu. Bez żadnego logicznego powodu, bez żadnej przyczyny, nagle i niespodziewanie zaczęłam się bać. Poczułam, że tracę Hansa, że nigdy już nie będziemy parą, że on już nie jest mój. Nie miałam na to żadnych dowodów. Wręcz przeciwnie - telefonował często, a nasze rozmowy były pogodne i czułe.


Zawsze potem zastanawiałam się, skąd ja to już wtedy wiedziałam.


Otworzyłam oczy. Spojrzałam na pustą, ciemnobrązową ścianę. Nade mną z zakurzonego sufitu zwisała żarówka bez klosza. Lutowe słońce świeciło przez brudną szybę dużego okna. Parapet, stolik, regał i podłoga wokół łóżka zawalone były najróżniejszymi szpargałami, mniej lub bardziej brudna odzież wisiała na każdym krześle, na telewizorze stały filiżanki po kawie. Były ferie, jak przypomniałam sobie z ulgą, nie musiałam iść na zajęcia. Zresztą i tak prawie na nie nie chodziłam w tym moim pierwszym semestrze, bo deprymowała mnie moja tam samotność. Czułam się obco wśród hord zadowolonych z siebie niemieckich studentów. Zdawało mi się, że wszyscy się między sobą znali, a tylko ja nie znałam nikogo. Nawet i to, że wcale nie miałam ochoty ich poznać, bo byli tacy młodzi, tacy dziecinni, tacy pewni siebie, pogłębiało uczucie osamotnienia.

Nie studiowałabym, gdyby nie Hans. Nie znaczy to, że nie chciałabym. Teoretycznie od dawna wybierałam się na studia i często o tym mówiłam, ale to Hans skompletował i złożył gdzie trzeba moje papiery, to on znalazł dla nas mieszkanie w tym mieście uniwersyteckim, to on chodził ze mną do dziekanatu i pokazał mi potem, gdzie mam jakie zajęcia. Nie robił tego chętnie, ja też wstydziłam się być tak przez niego prowadzana za rączkę, ale cóż mogłam na to poradzić? Sama utknęłabym już przed postawieniem pierwszego kroku.

Spuszczając nogi z łóżka patrzyłam na nędzne resztki węgla w wiaderku koło pieca. Razem z tym, co uda mi się zebrać z podłogi w piwnicy, starczy akurat na dzisiaj. Jutro Hans będzie musiał zamówić nowy, i dodatkowo kupić parę kilo w sklepie, drożej, bo od razu nam nie przywiozą. Będzie wściekły, że nie załatwiłam tego sama. Przez chwilę zdawało mi się, że rzeczywiście żałuję zaniedbania, ale gdy uświadomiłam sobie, że nie było jeszcze za późno, aby je naprawić, ogarnęła mnie znana mi dobrze, obezwładniająca niemożność. Najchętniej zagrzebałabym się z powrotem w pościel, pamiętałam jednak jak przez mgłę, że kładąc się spać, postanowiłam wstać dzisiaj wcześniej. Jakiś cel w tym miałam i choć nie wiedziałam już, jaki, podniosłam się z łóżka, i poczłapałam w stronę łazienki. Mieszkanie było duże, stare, zniszczone i dzięki temu względnie tanie. Nie odnawialiśmy go, gdyśmy się tu sprowadzili, nie stać nas było na to. No i teraz wszystko powoli nam się rozsypywało. W jednym pokoju nie działała już instalacja elektryczna, zlewozmywak przeciekał, a w łazience, kapelusikami w dół, rosły na suficie grzyby.


Widok tego mieszkania przygnębiał mnie, choć przewidywałam, że mnie rozczuli...


Przez oszklone drzwi na klatkę schodową usłyszałam, jak sąsiadka wychodziła ze swojego mieszkania. Przylgnęłam do ściany, żeby mnie nie zobaczyła, wstrzymałam oddech. Wszyscy lokatorzy unikali tej kłótliwej baby, a ja zwyczajnie się jej bałam. Wyczuła to i sprawiało jej przyjemność atakowanie mnie bezkarnie przy każdej okazji. Była głupia, więc jej zarzuty i zaczepki też były głupie, ale sparaliżowana strachem broniłam się tylko nieudolnie zamiast raz zdecydowanie powiedzieć jej, żeby się ode mnie odczepiła. Przed Hansem czuła respekt i przy nim potrafiła być dla mnie słodka jak miód.


Ostatnio była taka, jakby wiedziała, że Hans mnie porzucił.


Przeczekałam. Przeszła.

Weszłam do łazienki. Oparłam dłonie na umywalce i spojrzałam w lustro. Dopiero wtedy, w jednym ułamku sekundy przypomniałam sobie w s z y s t k o. Ogłuszyło mnie. Jak lunatyczka przeszłam do kuchni. Rozejrzałam się. Badałam wzrokiem każdy mebel, każdy jego szczegół. Niektóre przedmioty brałam do ręki, gładziłam ich powierzchnię, czułam wagę. Były takie jak zawsze, prawdziwe. Wyjrzałam przez okno i długo wpatrywałam się w znany sobie widok. Zastanowiłam się nad tym, co robiłam wczoraj i rzeczywiście przypomniałam sobie wszystko. Na prawdę dokładnie, ze szczegółami a nie tylko ogólną atmosferę dnia. Natomiast  t a m t o wczoraj bardziej przypominało silne, ale już odległe, dawne wspomnienie. Pamiętałam tylko to, co najważniejsze, ale nie potrafiłabym powiedzieć ani jak byłam ubrana, ani co jadłam na śniadanie. Byłam oddalona od tego dnia o osiemnaście lat i czułam to oddalenie. Moja teraźniejszość była teraz, tutaj, mimo, że wiedziałam, pamiętałam...

Poczułam się bezradna. Jak uda mi się spełnić to, co zamierzałam? Inaczej zaplanowałam sobie ten dzień. Tak, to dlatego postanowiłam wstać wcześnie pomimo ferii. Miałam obudzić się pełna energii i optymizmu. Miałam biegać radosna po mieszkaniu i z pobłażliwym rozczuleniem oglądać te stare graty i bałagan. Chciałam zaraz po śniadaniu zabrać się do załatwiania wszystkich zaległych spraw. Wszystkich! Planowałam przygotować wspaniałą, powitalną kolację i zaprosić na nią Georga, przyjaciela Hansa. W czasie tej kolacji no i potem, gdy zostalibyśmy sami chciałam być tak czarująca i beztroska, jak na początku naszej znajomości, a jednocześnie emanować siłę i zrównoważenie. Chciałam przy pomocy radia i czasopism zorientować się w aktualnej sytuacji politycznej i pokazać, że i o tym można ze mną rozmawiać.


Byłam pewna, że nie może mi się nie udać.


Co pozostało teraz z tych planów? Obudziłam się piętnaście minut temu i czułam tylko przytłaczający smutek, niepokój i bezwładność. Sensowne działanie i branie steru we własne ręce wydawało mi się w tej chwili zupełnie niemożliwe. To było tak, jakbym we śnie, i na podstawie we śnie tylko realnych przesłanek, podjęła decyzję dotyczącą jawy. Czegoś nie wzięłam pod uwagę. Zrezygnować? Dać za wygraną? Coś we mnie nie chciało się jednak jeszcze pogodzić z klapą już na samym początku. Musiałam się bronić. Przecież gdy podejmowałam tę decyzję, gdy układałam plan dzisiejszego dnia, nie śniłam! I jakie wydawało mi się to proste! Z rozgoryczeniem pomyślałam, że nie przewidziałam wszystkiego. Nie spodziewałam się, że przyjdzie mi walczyć nie tylko z losem, ale i z samą sobą. Celem mojej misji, moim zadaniem było nie dopuścić do tego, żeby Hans ode mnie odszedł, a już w tej chwili wolałabym tchórzliwie zrezygnować z pierwszej drobnej potyczki. Już zaczęłam się zastanawiać, czy koniecznie muszę mieć na śniadanie świeże bułki. Niestety czułam, że jeżeli nie pójdę do piekarni, mogłabym od razu zrezygnować z całego przedsięwzięcia.

- Pójdę - powiedziałam do siebie surowo.

Z miejsca ogarnęło mnie znane mi dobrze uczucie zdenerwowania. Myjąc się patrzyłam w lustrze na swoją twarz.


Tak się na to cieszyłam, byłam pewna, że jej młodzieńczy wygląd podtrzyma mnie tego dnia na duchu.


Teraz jednak, gdy przyglądałam się sobie, dominującym wrażeniem był tylko wyraz zastygłej rozpaczy. Nie ważne zresztą...

Jak automat ubrałam się i wyruszyłam do piekarza, jakbym szła dobrowolnie na własną egzekucję. Miałam jeszcze cichą nadzieję, że jest dziś może jakieś święto, i że wobec tego piekarnia będzie nieczynna. Była otwarta, a do tego pusta, nie zdążyłam więc ani odchrząknąć, ani jeszcze raz powtórzyć w myśli nieskomplikowanego zamówienia. Gdy pierwszy raz otworzyłam usta, wyszedł z nich tylko nieartykułowany pisk, musiałam odchrząknąć i zacząć od nowa. Poprosiłam o dwie „deseczki“1, ale przyzwyczajona do cudzoziemców sprzedawczyni zapakowała mi szybko bułki i zagadnęła na temat pogody. Jak zawsze nie znalazłam odpowiedzi, przytaknęłam w milczeniu, szybko wyszłam, a „do widzenia“ powiedziałam już na ulicy. Szłam do domu z rozpaczą w sercu, że się tak zbłaźniłam, przez co znów prawie zapomniałam po co się tu w ogóle znalazłam.

Wspięłam się cichutko po schodach na trzecie piętro, przekucałam się pod szybą i judaszem w drzwiach sąsiadki, i prawie bezszelestnie otworzyłam drzwi. Gdy przy kawie i bułkach uspokoiłam się wreszcie, zaczęłam myśleć rozsądnie. Nie chciałam rezygnować z podjętych zamiarów. Nie spodziewałam się wprawdzie takich trudności, ach, nie spodziewałam się wcale trudności, a gdy podejmowałam tę decyzję wiedziałam, że nie wymagam od siebie heroizmu. Stało się głupio, że w międzyczasie spałam, przez co po obudzeniu najpierw powróciły moje lęki i zahamowania, a dopiero potem przypomnienie.


Może, gdybym teraz odtworzyła sobie dokładnie, jak do tego doszło...


1 Brötchen = bułki; Brettchen = deseczki

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Niepokojąco prawdziwa postać narratorki. Wszyscy jesteśmy już uchodźcami...
© 2010-2016 by Creative Media
×