Przejdź do komentarzyKopciuszek
Tekst 10 z 12 ze zbioru: Potyczki Brunona
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2018-01-19
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń603

Pomimo tego, że przestał już ich nienawidzić bezwarunkowo, przeczuł komplikacje. Bliskie stosunki z elfami nie mogły zakończyć się inaczej, nawet jeżeli zajrzenie w o jedno miejsce za dużo było niezamierzone i nie z jego inicjatywy wynikło. Niezrozumiałym jedynie było i bolało i przygnębiało go przesadne zaangażowanie księżnej, przez które został skazany na ucieczkę z narażeniem na niemal bratobójcze starcia. I tylko szczęśliwie udało mu się otrzymać dyskretnie glejt od księcia, zapewniający bezpieczeństwo przyjęcia u celu podróży. Odradzono mu jednak i z nie do podważenia naciskiem najprostszą z możliwych dróg.

Pod pozorem przejażdżki i po całodziennym myleniu tropów, dotarł lasami w pobliże wskazanego miejsca spotkania. Był pierwszy dzień pełni, a to wykluczało poruszanie się dalej po otwartej przestrzeni, dlatego zmuszony został do zatrzymania się na skraju lasu i uzbrojenia w cierpliwość w oczekiwaniu na obiecaną pomoc.

Zjawiła się pod postacią Karniła.

Bruno nawet niezbyt się zdziwił. Gdzieś w podświadomości zakodował sobie kierunek, w jakim udała się parka, kiedy ich widział ostatnio i mógł się spotkania z nimi spodziewać. Z tym że z ich dwojga, wolałby ujrzeć Talindę, gdyż nawet bez podtekstów stanowiła przyjemniejsze i weselsze towarzystwo.

— Tak i myśleli my, że to wy, tam... — zaczął Karnił, swoim zwyczajem patrząc spod oka. — Pomożem, tak. I u nas...

— Nie narażę was? — przerwał Bruno.

— Ukryjem. Nikt nie najdzie.

To go uspokoiło. W głosie wieśniaka, pomimo wyraźnego zakłopotania faktem pomagania akurat jemu, a co w świetle poprzednich wydarzeń musiało wywoływać w nim zawstydzenie, wyraźnie wyczuł pewność siebie bez śladu przestrachu.

— Tylko niewygoda konia czeka — kontynuował przybyły. — A i was te nockie, bo w izbie goście i lepiej, co by o was nie znali.

----------

„Kijaszek” zaprotestował i zatrzymał się tuż przed wejściem w furtę, i tylko wyszkolenie powstrzymało go przed wyrwaniem cugli z rąk Bruna i pierzchnięciem w las. Na chwilę przed trudnym do rozpoznania odgłosem, wycie przypominającym, wydobywającym się gdzieś z wnętrza chałupy. Ale gdy zamierzał o to zapytać, wycie zagłuszono gromkim śpiewem, popartym kilkoma różnorakimi instrumentami.

Muzyka wraz z towarzyszącymi jej wywrzaskami była chaotyczna i mało przyjazna. Jakby wiejska orkiestra dobrze zachlała, a potem grając, biegała po chacie wraz z uczestnikami uczty, potykając się o sprzęty i innych ludzi, by im umyślnie przeszkadzać.

— Napiliś i dokazujo! — wyburczał Karnił z niechęcią.

Bruno nie wyczuł w tym ani lekceważenia, ani pogardy czy wstydu. Zamiast tego, usłyszał jakąś niewypowiedzianą groźbę. Jakby dawano mu do zrozumienia, żeby się trzymał z daleka i nie ważył wtrącać. I w tym wypadku koń zdawał się stawać po gospodarza stronie, wręcz zapierając się nogami przed wkroczeniem w obejście, a co Karnił skwitował krótko.

— Zły w izbie człek jest — oświadczył. — Nawet wasz czuje. — Wskazał ogiera z podziwem, lecz i tutaj z niechęcią, a co Bruna zirytowało.

— Po co, tak, mnie tutaj prowadzisz?! — warknął.

— Kazali. Tam... — Wskazał ręką stajnię i obaj zmusili ogiera, do przejścia na tyły budynku.

----------

Skrytka była rozległą piwnicą i sądząc po sprzętach w niej zalegających, często używaną. Wejście ukryto na zewnątrz, pod rozrzuconym rzadko nawozem dla niepoznaki, ze spadem dla zwierząt przystosowanym. Odnosiło się jednak wrażenie, że raczej z myślą o wozach ładownych i Bruno odczuł niepokój. Tuż przy granicy, wyraźnie przestępcza skrytka, a on miał przecież na sumieniu kilku zbójów. Fakt, pochodzących nie z tej strony rzeki i nawet sądząc po stroju Karniła, nie z tego kraju. Tylko, czy tamci zbóje nie żyli aby w zgodzie z tymi tutaj wieśniakami albo co gorsza, czy nie bawili właśnie w ich chacie. Ponownie poczuł się tak, jakby już dawno na wojnę dotarł.

Ogier dostał owies i wodę, Bruno chleb, zimne mięsiwo i... wodę. Ten z pozoru mało znaczący fakt nieco go uspokoił, gdyż zrozumiał, że przynajmniej nie próbują go upić. Dla obu także, posłanie stanowiła gruba warstwa słomy.

----------

Wypoczął w zamku wystarczająco i nie przejął się przewidywanym brakiem snu, ale jazgot wydobywający się z chaty wkrótce zelżał, by w końcu całkowicie zamrzeć. Spał jednak czujnie i lekko, rano obudzony ledwie słyszalnym zaśpiewem.

Pierwszym, co rzuciło mu się w uszy i oczy, była żałość wyzierająca z dziewczyny, w której ku swemu zdziwieniu rozpoznał Talindę.

Przedtem nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłaby mieszkać w tym samym domu co Karnił, a tak się działo i wyglądała na smutną, zupełnie odmiennie od zapamiętanej, zadowolonej z życia. Obserwował ją przez szparę, pomiędzy podwaliną a podłogą, jak nucąc, nabierała wodę ze studni, odsłaniając wysoko nogi. Nogi smukłością i delikatnością niepodobne do pospolitych wiejskich zdradzające wyraźnie przynajmniej półelfie pochodzenie.

Zawstydzony swym podglądactwem przeniósł niechętnie wzrok wyżej. No i tak. Dekolt wydawał się całkiem spory, gdy pochylona przelewała wodę z czerpaka studziennego do kubła. Tu jednak widok był skromniejszy, gdyż przysłaniał go duży, zbudowany z owalnych, kolorowych, drewnianych części naszyjnik. Bruno widział go i przedtem, więc prawdopodobnie była to jedyna dziewczyny ozdoba. A potem spojrzała w jego kierunku, bez trudu odnajdując oczy w szparze. Z tamtym dawniejszym, wesołym, prowokacyjnym błyskiem, który wywoływał w nim dreszcze. Zastąpionym jednak natychmiast łagodną melancholią.

----------

Patrole pokazały się dwa w ciągu dnia, ale oprócz zdawkowych pytań nie okazały wnikliwszego zainteresowania obejściem, jak się Bruno dowiedział później, samego starszego wsi. Ich wypuścili jednak wieczorem dopiero, a i to na krótki spacer, ogiera na powrót umieszczając w skrytce.

— U nas konie takowe nie bywajo — wyjaśniał niemożność postawienia go otwarcie w stajni ojciec Karniła, Wikor. — Takiego i u elfów mało widywać...

„Kijaszek” zresztą nie protestował, ciągle parskając nieufnie na widok domostwa.

Bruna zaproszono do izby. Na wieczerzę i nocleg w innej, bardziej ludziom przystosowanej skrytce. Talindę widział przy tym tylko przez chwilę. Zmęczona, najprawdopodobniej całodziennymi obowiązkami, zdołała mu przesłać nikły uśmiech, zaraz znikając wraz z dwiema innymi dziewczynami w przyległym pomieszczeniu.

— Siostry nasze — poinformował jeden z bliźniaków, starszy brat Karniła.

Bruno wytrzeszczył oczy. Okoliczności, w jakich zastał Karniła z Talindą, nie wyglądały na stosunki siostrzane.

— Jania i Stenia — odezwał się ten na Bruna reakcję, przesyłając oczami wyraźnie czytelną prośbę. — Talinda sierota. Znaleźlim w lesie. Z dziesięć roków już mija...

Bruno zawstydził się. Powinien był się domyślić obcego jej pochodzenia po samym dziewczyny wyglądzie. Jani i Steni brzydkimi nigdy by nie nazwał, ale była to uroda rumiana, wiejska, otwarta. W Talindzie wyczuwało się niepokojącą tajemniczość.

— Pytać nie będziem, czemu — zamknął temat Wikor, widząc Bruna gapiącego się ciągle na drzwi, na których widniały runa podobne namalowanym w domu zielarki Wali. — Ale czemu wy w tamto strone chcecie, a nie do swoich...?

Chłopak ocenił sytuację.

— Na elfkę jedną nazbyt łakomie spojrzałem — wyjaśnił tyle, ile uznał za słuszne. — A na Fryzjeryję walczyć jadę z krucjatyńskim złem. I tyle.

I tyle.

----------

Cztery kolejne dni różniły się jedynie ilością patroli. Od wzmożonego ruchu do liczby pięciu, do zanikłego całkowicie. I nudą, urozmaicaną jedynie sporadycznymi rozmowami z zajętymi pracą domownikami i rzadkim widywaniem Talindy.

Za dnia bywała wesoła i nie na pokaz, lecz z charakteru swego, popołudniami zaś zamyśloną się stawała. Ze wzrokiem skierowanym na las, jakby w oczekiwaniu na kogoś lub na coś, tęsknotą emanująca; a wieczorami zmęczona i smutna, który to widok drażnił go i irytował.

— Ona za parobka u was czy za siostrę? — zapytał szóstego dnia rano, nie wytrzymując wreszcie, gdy Karnił powiadomił go, że nazajutrz najprawdopodobniej go poprowadzi.

Byli sami, nie licząc kobiet pracujących w pewnym oddaleniu przy darciu pierza z gęsi.

— Robi tyle, co inne, tylko delikatna ona — odpowiedział Karnił wymijająco. — I dobrze wiecie, co nie siostra mnie ona...!

— Żona też nie! — syknął Bruno.

Widać było, że trafione zostało w punkt, tylko reakcja nastąpiła niezrozumiała. Karnił najpierw zamierzał coś odpowiedzieć, ale najwidoczniej uznał, że to nie gościa sprawa. I tylko spojrzał na niego wymownie, lecz bez wstydu, a za to z widocznym bólem.

Bruno odczytał go prawidłowo.

— Musisz coś zrobić! — orzekł z przekonaniem. Odpowiedzią było bezradne wzruszenie ramionami, a po chwili na podwórze wpadł jeden z bliźniaków: Sańko i powstało zamieszanie.

Kobiety zerwały się, a Talinda podbiegła do nich pochylona i najwyraźniej przestraszona.

— Skryj się! — wydyszała, ciągnąc go za sobą do izby. — Obcy, dziwny... jakiś... taki... — dodawała poszarpanym zdaniem. — Sańka mówi, że młynarz... pokazywał... — Sama zniknęła natychmiast w izdebce dzielonej z przybranymi siostrami i nie wychynęła z niej, dopóki tamten nie odszedł. Bruno, zachęcany do podobnego zachowania zamierzał się zastosować, ale spojrzał zza węgła i już z daleka poznał, że idącą postać może uznać za sobie znajomą.

To od niego rok wcześniej otrzymał sztylet dla szczególnej samoobrony, a już po wszystkim, nieznajomy, każący siebie nazywać: „Łowca”, pozwolił mu go zachować. Dlatego nie ukrył się, a przeciwnie, wraz z męskimi domownikami poczekał na spotkanie.

Pozostali rozpoznać ani sklasyfikować osobnika nie mogli, nie posiadali odniesienia do znanych im postaci. Przyszedł pieszo, a obecnie wnikliwie wpatrywał się we wszystkich, nie wyłączając Bruna.

Z wyglądu się nie zmienił. Nadal miał długie, siwe włosy i zmęczoną, przeoraną głęboką blizną i bruzdami twarz. I jak przedtem, dziwacznie i odmiennie od wojów się nosił. Zwykły pas, z cienką klingą przy nim, z bogato zdobioną runami i srebrem rękojeścią, a na plecach szeroki, rycerski, długi miecz. Nie miał zbroi ani nawet kolczugi, lecz kubrak skórzany i takież spodnie i buty. Bez tarczy, bez hełmu, bez herbu i bez uśmiechu.

Bruna rozpoznał i lekko skinął głową na powitanie, wzbudzając tym w gospodarzach niekłamane zdumienie i niepokój. A potem przemówił. Swym zmęczonym, głębokim, przepełnionym spokojną troską głosem.

— Od zła tropienia i ścigania ja jestem i zwą mnie Łowca — przedstawił się miejscowym. — I przyszedłem ja tutaj za złem z lasu, które na wioskę waszą nastaje — oznajmił. — Szuka czegoś i bardzo jest zawzięte. Nie odpuści...?! — zaznaczył wyraźnie, zawierając pytanie w tonie ni to troskliwym, ni złowrogim. — We wsi jest coś, co do wsi nie należy?! Wiecie, co...?!

----------

Nie mieli mu wiele do powiedzenia, a i sam Bruno wzruszył ramionami, gdy Łowca zapytał o dziwne czy niezrozumiałe wydarzenia, chociaż czuł przez skórę, że nie jest do końca szczery. Coś było niepokojącego w tym domu i zachowanie ogiera wieczorami na to wskazywało, lecz niczego złego od domowników nie zaznał, a przeciwnie, tak i też zła w nich zobaczyć, nie chciał i nie potrafił.

Czekali w napięciu na decyzję przybysza, a on nie odszedł ostatecznie, oznajmiając, że po wsi rozejrzeć się zamierza i że lepiej dla nich będzie, gdy zechcą współpracować. Wikor dał mu do pomocy Sańkę i poszli w wieś.

— On was nie skrzywdzi — próbował uspokoić gospodarzy Bruno, gdy tamten już się oddalił.

— Nie bojamy się go — odparł Wikor. — Znamy takich — oświadczył, i w jednym, i w drugim wypadku kłamiąc.

Bruno uznał, że rozumie taką postawę i niespecjalnie się tym przejął, ale już kilka chwil później pomyślał o nich inaczej. Gdy w pojedynkę wszedł do izby, ujrzał Talindę piecyk czyszczącą, umorusaną uroczo z pozoru, a co on uznał za celowe; natychmiast wykorzystującą nieobecność innych i pokazując mu swoje nadgarstki. Widniały na nich wyraźne sińce świadczące o pętaniu dziewczyny.

— Musisz mi pomóc! — wyszeptała. — Będziesz wiedział... — I natychmiast wróciła do pracy, aby inni nie spostrzegli kontaktu.

----------

Pod wieczór wyprowadził ogiera, przygotowując się do zwyczajowej przejażdżki, a Sańko właśnie powrócił, oznajmiając ciekawym wieści i zachowania Łowcy, że tamten niczego nie znalazł i wioskę opuścił.

Na ich twarzach Bruno zauważył jednak wzrost raczej napięcia niż ulgę i coś mu zaczęło się w głowie roić. Tyle że do niczego przyczepić się nie mógł, oprócz ewidentnie złego, lecz przecież dosyć pospolitego traktowania sieroty. I wtedy powstał rumor.

— Nie ma Talindy! — zawołała przerażona Jania.

----------

— Głupia dziewka! — skwitował podenerwowany Wikor, gdy już przeszukali obejście, a widząc podchodzącego Bruna, dodając pospiesznie: — Wiecznie jej w głowie wycieczki po lesie, po ciemnicy! Znaleźć trza... — Chciał dodać coś jeszcze, ale to Bruno dokończył:

— Zanim zrobi to Łowca...?

Odpowiedziało mu milczenie.

— Kim ona jest?

— Nie twoja to rzecz! — odparł niechętnie Karnił. — Źle, że ty tutaj przybył...

Bruno się wściekł.

Miał po dziurki w nosie oskarżania go o rzeczy, których nie popełnił i całe zło na świecie. Odnosił wrażenie, że gdziekolwiek się znalazł zaraz miano do niego o coś pretensje.

— Tak i na mnie czas! — orzekł, nie chcąc wszczynać rozległej kłótni wypominaniem im siniaków na Talindzie. A poza tym właśnie dotarło do niego znaczenie ostatnich słów dziewczyny.

Sprzeciwili mu się, gdyż rozkazy wyraźne co do niego mieli i stanęło na tym, że on pomoże im ją odnaleźć i dopiero odejdzie. I jak ustalone przedtem zostało: z przewodnikiem.

----------

Już w lesie, kilkakrotnie dawał pozostałym do zrozumienia, że coś widzi, ciągle obierając kierunki odmienne od prowadzącego do wcześniejszego miejsca spotkania z baraszkującą parką, a po godzinie zaproponował rozdzielenie się.

— Oddaj mi ją! — wyrzucił na pożegnanie Karnił zza zaciśniętych zębów.

Stojąca przy nim rodzina patrzyła z wyraźnym, niekłamanym współczuciem.

Bruno skinął zgodnie głową, ale na usta cisnęły mu się słowa wyrzutu i wypomnienia Karniłowi niedostatecznego dbania o Talindę.

Bo czyż mogło być inaczej, skoro uciekła?

Znalazł ją po kwadransie, chociaż nie ściśle tam, gdzie nastąpiło ich pierwsze spotkanie, a bliżej rzeczki, ukrytą w przybrzeżnych zaroślach. Wyglądała jak zwykle wieczorami, zmęczona i zasmucona.

— Może ty przy nadziei jesteś? — zapytał, jak uważał, domyślnie.

— Nie jestem. — Jej smutek się pogłębił. — Zaczekamy do nocy...

— Powinniśmy wrócić — zasugerował.

— Nie! — zaprotestowała, wskazując ręką ukryty tobołek. — Muszę odejść i oni to wiedzą, tylko... — Zagryzła wargi. — Poprowadzę cię na Fryzjerię i tam już każde w swoją stronę... — Oczekiwała z wyraźnym niepokojem jego reakcji, a jemu nie chciało się z nią kłócić, więc przytaknął. Pamiętał jednak niekłamaną troskę i ból Karniła i był prawdziwie rozdarty na dwoje przy ich odmiennych racjach.

Na teraz zamierzał być przy dziewczynie. Patrząc na nią, miał wrażenie, że bez pomocy zemrze w kilka chwil.

----------

Szli już od pół godziny, gdy księżyc zniknął za gęstą chmurą i las stał się natychmiast zwartą, czarną ścianą. Talinda jednak nie zwolniła, pospiesznie brnąc gąszczem, jakby tylko samo poruszanie się zapewniało jej bezpieczeństwo; idąc przed siebie pewnie, dopóki nie zaczęła opadać z sił.

Dość nagle zastygła oparta o drzewo, a Bruno natychmiast pomyślał, że jednak go okłamała i następstwa jej kontaktów z Karniłem zaczynają dawać o sobie znać. Osunęła się na kolana.

— Muszę chwilę odpocząć — wyszeptała. — Tylko nie rozpalaj ogniska — zaznaczyła płaczliwie.

Postąpił dokładnie na odwrót, a jej zabrakło sił, aby się temu przeciwstawić.

----------

Patrząc na nią, zrozumiał, że muszą zawrócić i solennie rozpoczął obiecywanie sobie twardego wstawiennictwa za dziewczyną u jej przybranej rodziny.

Gdy zapłonął ogień, usłyszał ją.

— Naszyjnik — wydobyła żałosne, szarpiące mu serce wyrzutami sumienia. — To on wysysa ze mnie życie. Pomóż mi!

Chciało mu się zaśmiać na tę babską fanaberię, ale odczytał ją jako majaczenie chorego człowieka.

— Zdejmij go ze mnie — prosiła. — To on nie pozwala mi odejść...

Nie uwierzył, lecz podszedł i przyklęknął, by dla świętego spokoju zastosować się do życzenia. Ogier parsknął zaniepokojony.

— Odsuń się od niej! — doszedł go jednocześnie spokojny głos Łowcy. — To tego szukałem...

----------

Bruno posłuchał o tyle, że wstał z klęczek. Znaczenie słów dochodziło do niego powoli, przedzierając się przez gąszcze niedowierzania i pułapki zaprzeczania.

— Nie możesz jej skrzywdzić! — zaprotestował wstrząśnięty, niczego nie pojmując. — Spójrz na nią! — krzyknął z pretensją, wskazując znękaną Talindę, która zerwała się teraz i słaniając na nogach, próbowała zrobić kilka kroków oddalających ją od przybyłego.

— A ty na swego ogiera... — odrzucił łowca. Bruno odwrócił głowę.

Trwało to ułamek chwili, lecz zanim wrócił spojrzeniem na wojownika, ten ciął swym ozdobnym mieczem.

Ogier wierzgnął i zarżał przerażonym tonem, jakiego chłopiec nie słyszał u niego nawet przy całej bandzie atakujących strzyg i odskoczył na kilka sążni, nie przerywając parskania.

— Uspokój go i się odsuń! — Bruno usłyszał polecenie. — I teraz sobie na nią popatrz!

Posłuchał i ujrzał leżącą, skuloną Talindę i obok niej przecięty mieczem naszyjnik.

Przez chwilę oddychała szybko, świszcząco, by powoli zacząć się uspokajać, a on pomyślał, że chyba ozdoba jest rzeczywiście czymś, co więziło ją i wysysało z niej życie. Uśmiechnął się z ulgą, gdy zaczęła oddychać w równym tempie, chociaż ogier ciągle jeszcze wierzgał z zamiarem ucieczki.

Patrzył z nadzieją, jak unosiła się, przyjmując pozycję raczkującego dziecka i na takie wyglądając w półmroku. Jak drży, najpierw ledwie zauważalnie, skamląc przy tym głosem zbitego psiaka, a zaniepokoił na nowo, dopiero gdy przeszła w skowyt.

W krótkim czasie wysokość dźwięków podniosła się do tonów przeszywających na wskroś i wywołujących przerażenie w nim samym i w koniu. Siwowłosy spokojnie uniósł miecz.

Do obozu wpadł Karnił z braćmi i ojcem.

— Zostaw!!! — krzyknął rozpaczliwie, przy pomocy ojca zarzucając na szalejącą Talindę, kopiącą ziemię już szponiastymi łapami, rzadką metalową sieć.

Krzyknęła, w ludzkim odruchu bólu, do połowy przemieniona w coś porośnięte sierścią i zaczęła powracać do ludzkiej postaci.

----------

— To twoja wina!!! — wrzasnął Karnił nienawistnie w kierunku Bruna, aż stado nocujących w koronach drzew wron odpowiedziało gniewnym, zwiastującym śmierć krakaniem.

— Niczyja to wina — sprzeciwił się Łowca, ciągle trzymający w ręku obnażoną klingę. — Prócz losu złego, który ukąsił. — Wskazał przy tym orężem na Talindę. — I czas już jej męki zakończyć! I twoje...

— Nie! — Karnił zasłonił sobą dziewczynę. — Obronim ją! Jak dotąd! Jak latami robilim!

— Nie kłam. Nie chroniłeś jej latami. Nie zdołałbyś...

— Od małej ona u nas! — poparł syna Wikor.

— Ale nie od dziecka on z nią w bliskości, tylko od niedawna — oświadczył wojownik głucho. Bez pretensji czy przygany. Tonem oznajmującym. — Zetknęli się i obudzili zło, a ono usłyszało i idzie k`wam chmarą, której się nie oprzecie...!

Na te słowa Karnił nie zaprotestował. Opuścił głowę, zacisnął pięści i drżąc z tłumionych emocji, wydobywał spod zaciśniętych szczęk wycie ni to, ni jęk.

— Tyle zyskacie, co pogrom całej wsi — dodał Łowca.

— Tak broń nas! — zawołali bliźniacy.

— Pomogę... — wtrącił Bruno, lecz przybysz nawet nie odpowiedział. Nie miał w zwyczaju naśmiewać się z nieszczęsnych.

Karnił jęczał, czując oddech wyroku, a Talinda leżała skulona, wstrząsana łkaniem.

----------

Nikt nie przeszkadzał, gdy po chwili ciężkiego milczenia, Karnił pochylił się nad kochanką ani nie zaprotestowano, gdy zdejmował z niej sieć. Przestała się trząść i oddała mu spojrzenie pełne żalu i bólu, protestując natychmiast, gdy wziął do ręki naszyjnik.

— Nie chcę już pęt. — Spróbowała się uśmiechnąć. — Spójrz...!

I on i jego rodzina, zwrócili głowy w kierunku przez nią wskazanym. Ale nie Bruno, zahipnotyzowany jej chwilowym, odmiennym wyglądem.

I patrzył teraz w jakimś zaczarowanym, spowolnionym obrazie, jak dziewczyna zrywa się, by jednym skokiem pokonać przestrzeń, oddzielającą ją od Łowcy.

Ten także zachował czujność. Nie musiał jednak wykonywać mieczem żadnych ruchów, Talinda wycelowała sama.

  Spis treści zbioru
Komentarze (8)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
"Bruno się wściekł.
Miał po dziurki w nosie oskarżania go o rzeczy, których nie popełnił i całe zło na świecie. Odnosił wrażenie, że gdziekolwiek się znalazł zaraz miano do niego o coś pretensje."

Tak maja ludzie z karyzmą. Zwracają szczególną uwagę poprzez siłę sympatii, która emanuję...
Pretensje mają tylko ci, którzy nie rozumieją tej szczególnej, naturalnej życzliwości.

Generalnie trochę zakodowany ten Kopciuszek, przeczytałam dwa razy, ale poczytam jeszcze w ramach ulubionej dedukcji...
avatar
trochę spoiler, ale musiałabyś znać treść główną, więc raczej nie znajdziesz zakodowanych wieści. No, oprócz moich przemytów.
Ta cząstka została napisana na temat - Głową muru nie przebijesz.
Udało się?
avatar
Tak. Udało się.
Poza tym Talinda i wszystko co się wokół niej dzieje...ciekawie. Motyw z naszyjnikiem.
Szczególnie interesujący opis relacji jej i mężczyzn.
Dbanie o nią, traktowanie jak małej dziewczynki, która nie musi się obawiać burzy...
Chętnie czytam.
avatar
Felicjanno,
ja chyba popełniłam błąd.
"Dbanie o nią, traktowanie jak małej dziewczynki..."
może powinno być: jak małą dziewczynkę?
i
kolejny błąd: karyzma...a powinno być po polsku: charyzma.

Wszystkiemu winna ta emigracja!
Aż mi wstyd.
avatar
zrozumiałam, a przejęzyczenia, heh, nie ma się czego wstydzić.
dzięki za odwiedziny i pozdrówka
avatar
Dzięki Felicjanno,

niestety zdarza mi się popełniać błędy.
kiedyś byłoby to raczej niemożliwe, ale z biegiem lat jakoś mi się plącze j. niemiecki i wtedy mam wątpliwości: stylistyka itd.
Mam nadzieję, że nie przeszkadza Ci również fakt, że jestem emigrantką, bo ostatnio przeczytałam na Publixo dosyć krytyczne zdania o Polakach , którzy zdecydowali się na emigrację.
Ale skoro mi odpowiadasz na komentarze i nie ignorujesz emigrantki, to chyba mogę tu gościć?
Miego dnia. Pozdrowienia.
avatar
nie przejmuj się kołtunami. Jak nie emigranci to co innego. Wieczny wrzód w dupie im tkwi. Popsuta krew.
Każdy ma prawo żyć, gdzie chce.
Pozdrawiam i zawsze będzie mi miło, także gdy znajdziesz mankamenty.
Należę do tych, co chcą się uczyć
Pozdrówka
avatar
Felicjanno,
dzięki za miłe słowa.

Nie walcżę nigdy o empatię i zrozumienie, to nie mój styl, ani charakter. Biorę udział w dyskusjach, ale chętnie wśród ludzi o obiektywnych poglądach.
Chemia między ludźmi, albo istnieje, albo nie. Najważniejsze jest moim zdaniem, obiektywne podejście do każdej kwestii. Ale to moja dewiza.
Niechaj każdy sobie myśli jak chce i ocenia jak chce.
Ja wyciągam tylko wnioski i to mi w zupełności wystarczy.

Odnośnie mankamentów w prozie, czy wierszykach, to przyznam szczerze, że zwracam szczególną uwagę na treść, przekaz, emocje, ekspresję, dopatruję się różności maniery duchowej. Tak odczytuję.
Oczywiście dostrzegam błędy ortograficzne, stylistyczne, ale nie jestem polonistką i dlatego nie czuję się kompetentna, aby poprawiać publicznie innych.
Jest tu sporo kompetentnych ludzi, znających j. polski perfekcyjnie, ich uwagi są cenne.

Miłej niedzieli Felicjanno.
© 2010-2016 by Creative Media
×