Przejdź do komentarzyDziki Gon
Tekst 11 z 12 ze zbioru: Potyczki Brunona
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2018-01-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń1338

Przechadzali się z „Byłym”, który ciągle nie chciał zdradzić swojego imienia, rozmawiając o sprawach zwyczajnych i błahych, a i od wojny dalekich, by chociaż przez chwilę odciąć się od trosk z nią związanych, gdy powrócił w niepełnym składzie jeden z patroli. Usłyszeli, jak woje „meldują” Gonburajowi:

— Dziki nadchodzi!

— Dziki idzie od zachodniej!

A po chwili, niczym echo odbite od gwaru samego, mrożące krew:

— Nadchodzi Dziki Gon!

Matwiej, o którym wszyscy w wiosce mówili, że ma ponad sto lat (69), pośród wielu swych opowieści zawarł i taką o tym zjawisku, zwyczajowo zaznaczając przed opowiadaniem, że to kolejna z ludzkich bajd. W tym wypadku jednak z podwojonym zastrzeżeniem, że w każdej bajdzie ziarnko albo i kilka prawdy tkwi, boć ludziska przecie nie poznawaliby legend, jedynie wycia wiatrów słuchając.

Brunon obecnie, będąc niemal dwa lata poza domem, zdołał wiele doświadczyć, skorygować, a i potwierdzić ze słów starego i nauczył się do niczego z góry nie uprzedzać. Tak wieść o Dzikim Gonie, idącym, jak zaraz dopowiedziano, gdzieś z szefskich bagien, przyjął spokojnie i bez panicznego strachu. Zdziwiła go za to reakcja Fryzjerów.

Wojna stanęła na etapie równowagi, a Krucjaci nie panoszyli się już bezkarnie po kraju, tkwiąc w twierdzach przeważnie i po kilku solidnych laniach, broniąc ledwie wybiórczo własnego osadnictwa. Fryzjeryjczycy poczuli się pewniej, lecz brakowało im siły, która przeważyłaby szalę ostatecznie i oto w tym szefskim przybytku magii szansy dla siebie upatrywali, a co Brunona zdumiało.

Podejrzewał tę siłę o pochodzenie obce i jeżeli idące na nich, to raczej jako niebezpieczeństwo. Czy to pod postacią widm, pędzących po niebie w zgiełku i rozszalałych polowaniem, czy też, w co bardziej był skłonny uwierzyć, żywej bandzie szalonych rycerzy, upojonych trunkiem i mordem na niewinnych. Tymczasem Fryzjery zaczęli się poklepywać po plecach, jakby w najeździe tym dzikim, szansę dla ostatecznego odwrócenia losów wojny upatrywali. I Brunon się skrzywił na ich zachowanie.

Zaprzęgnięcie do współpracy, a nawet wykorzystanie samych następstw czarnej siły jako chrześcijanin w duchu odrzucał. Przede wszystkim zaś uważał zjawisko za tak nieobliczalne, że wszystkim bez wyjątku, którzy będą mieli nieszczęście na jego drodze się znaleźć, zagrażające. A tymczasem miejscowi, jeden przez drugiego zapewniali, że zbliża się i że na pewno nadejdzie, a sam Łamacz zacierając łapska, stwierdził, że sprzęgnąć będzie się można i trzeba, i Psiakość wziąć w końcu. Brunon usilnie próbował sobie przypomnieć, czy przypadkiem Dziki Gon nie może mieć wpływu samą swą nazwą złowrogą na pomieszanie w głowach, bo tak Fryzjeryjczycy zaczynali się zachowywać. A „Były”, co zrozumiałe u człeka ze święceniami, był jeszcze bardziej zaniepokojony.

— To po to ja chrzciłem ich...?! — zaburczał jedynie dla Brunona wiadomości. — Po to?! By z siłami nieczystymi się teraz zbratali...?! Tak Krucjaci zaraz z wieściami pójdą po krajach wszelakich, że chrzest Gonburaja, a i Fryzjeryji całej, fałszywym...!

— No, proszę! Co też inni powiedzą...! — zauważył Brunon złośliwie. — A ja już myślałem, że tobie o duszyczki owej owczarni chodzi...?

Były obrzucił go niedobrym spojrzeniem.

— A ciebie to nie martwi? — zapytał wymijająco.

— A ty w ten pogański, Dziki Gon, wierzysz? — padło w odpowiedzi.

— A czemuby i miałbym nie uwierzyć?! Tak Krzyż walczy od wieków z siłami pogańskimi, to i na rzeczy coś jest...

Brunon uznał, że nie będzie się takiej racji sprzeciwiał. „Były” kontynuował.

— Coś zrobić trzeba. Przemówić im do rozsądku... Zło czai się wszędzie...

Obaj stali na rozległym placu i patrzyli na zadowolonych wojów. Niektórzy powrócili po pierwszej dziwacznej euforii do rozmaitych obowiązków albo nie mając akurat nic do roboty, pozbijali się w beztroskie, kilkuosobowe grupki, gdzie raz po raz wybuchały swary, okraszane gromkimi śmiechami.

Jakby nic się nie stało, jakby wojna nie trwała, podjudzali dobrotliwie lub mniej, adwersarzy do pojedynków, albo też odprawiali świńskie, rubaszne zaloty do licznych w osadzie dziewek.

Nie był to widok ludzi, czymś się zamartwiających. Morale nigdy nie było tak wysokie i Brunon wiedział, że dobrze byłoby to wykorzystać. Tylko czy we współpracy z czymś, czego nie rozumiał.

— Tak — przyznał. — Najbliższe siedzi w Psiakości.

— Ech, Bruno! — żachnął się „Były`. — Myślisz, że zło na świecie, to tylko Krucjaci?!

— I wszystkie misjonarze — na wpół zakpił chłopak. — No i gdzieś tak óśm z dziesiątki herbowych świń...

Odpowiedzią było krótkie parsknięcie śmiechem, zaraz zakończone konspiracyjnym szeptem.

— Dobrze, że cię Pizzeryja nie słyszy...

Nastąpiło zgodne skinienie głową. Stosunki pomiędzy rycerstwem pizzeryjskim, a fryzjeryjskimi wojo-chłopami nigdy nie były tak dobre i nie należało ich psuć.

— Z Pizzeryją porozumieć się trzeba i przeciwstawić...

— Ani się waż! — sprzeciwił się Brunon z rozgniewanym wyrazem twarzy. — Nie przybyłeś tu rozłamu czynić, ale pomagać i jednoczyć!

— Coś zrobić trzeba... — Zmarkotniał Były.

----------

Gwiazdy zniknęły nagle, a wiatr rozpanoszył się na dobre w koronach drzew, wydając całą gamę złowieszczych dźwięków, potęgujących w Brunonie niepewność. Nie było już wątpliwości, że coś się zbliża od zachodu i z terenów dla rycerstwa niedostępnych, prosto z Bagienek Pospolitych. I włos mu zaczynał się jeżyć na głowie, gdyż te mógł przebyć jedynie miejscowy chłop albo banda upiorów, a poprzez wycia i trzaski dobiegł do grodu słaby jeszcze, ale odgłos tętentu kopyt.

Brunon, z wyboru i na prośbę „Byłego”, stojący w bastionie na warcie, z niepokojem wpatrywał się w niebo, rozświetlane dalekimi światłami błyskawic. Uznając, że to iście idealna sceneria dla piekielnych zastępów, pragnących wjechać w ludzkie siedziby w odpowiedniej oprawie, oczekiwał niewiadomego z niepokojem.

Same odgłosy burzy jeszcze tu nie dotarły, ale tętent się wzmógł i nie było już sensu się oszukiwać, że to złudzenie. Obok niego stanął Gonburaj.

W przeciwieństwie do chłopca, widoki na niebie go nie zainteresowały. Patrzył w mrok, w kierunku drogi z bagien, najwyraźniej podekscytowany. Przy czym, w świetle pochodni Brunon zauważył wprawdzie niepokój na jego twarzy, ale zamiast strachu widocznie malowała się tam nadzieja.

— Jest! — krzyknął nagle wojownik.

Na drodze ukazały się światła pochodni. Wielu. I jak ognisty wąż sunęły prosto ku nim.

----------

Oddział był liczny. Brunon ocenił go już po chwili na kilkuset jeźdźców i tylko nie był jeszcze pewien, czy nie przybywa we wrogich zamiarach. Jednak pomimo oddalenia, szybko rozpoznał jadących z przodu, uśmiechniętych Walerka i Mintaja, których osobiście wysyłał rano na codzienny patrol. A sam Gonburaj kogoś więcej, gdyż zakrzyknął radośnie, zupełnie nieprzystojnie zabijace i zbiegł pospiesznie na dół.

Otwarto wrota i woje zaczęli wjeżdżać, budząc natychmiast niemal wszystkich mieszkańców warowni, wylegających pojedynczo i grupkami na plac. Łamacz witał się z nimi radośnie i krzykliwie, a już wylewnie, długo pozostając w mocnym uścisku, z jednym z pierwszych przybyłych.

Po chwili wrzasnął głośno, przywołując Brunona, a gdy chłopiec zszedł, wzruszonym głosem poinformował:

— Mój brat, o którym myślałże ja czasami, że juże w zaświatach!

— Dziki Koń — przedstawił się przybyły.

  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
nie przejmuj się tym. Opowiastki nie są powiązane fabularnie tak, że stracisz coś, jeśli sens jakiejś Ci umknie.
Każda mówi o czymś do zastanowienia. I albo uderza, bo obchodzi albo nie, bo nieistotne.
Czasami mam ochotę pisać w stylu, który zacytowałaś od początku do końca, ale za dużo we mnie miasta.
Pozdrówka
© 2010-2016 by Creative Media
×