Przejdź do komentarzyMaruda
Tekst 145 z 146 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2026-02-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń24

(z czegoś nowo pisanego)

(...)

W gorącą, lipcową sobotę wybraliśmy się do Brodnicy, odprowadzając jadącego tam kolegę. Takie dni wolałem spędzać w wodzie jeziora, rozkoszując się kilkugodzinnym pływaniem, słuchając poszumu sitowia i głosów krążących nad głową ptaków.

Czasem łączyłem jednak przyjemne z przyjemnym – wyprawę rowerową połączoną z przerwami na wspólne kąpiele w mijanych po drodze jeziorkach. Pływanie było wtedy zdecydowanie krótsze, najwyżej pół godziny, ale zmniejszenie tej przyjemności rekompensowała wspólna jazda na rowerach.

Tak było i z wycieczką do Brodnicy. Z powrotem miałem wracać tylko z koleżanką Anetą; z góry umówiliśmy się na dłuższe plażowanie nad jeziorem w Łasinie. W ostatnim momencie dołączył do nas kolega Benek, rzadko jednak z nami jeżdżący.

Słońce aż przypiekało, nie było najmniejszego powiewu wiatru, który by choć trochę łagodził ten gorąc. Wczesnym popołudniem, spoceni, dojechaliśmy do Łasina. Wreszcie jezioro!

Skręciliśmy z Anetą w kierunku plaży miejskiej. Benek zatrzymał się, zdziwiony:

– A gdzie wy jedziecie?

– Jak to, gdzie? – Zatrzymałem się też. – Nad jezioro, schłodzić się.

– A po co? Jedźmy do domu.

Jego odpowiedź dosłownie mnie zatkała. „Słońce mu głowę zbyt przysmażyło? – przemknęło mi przez głowę. – On się pyta, po co nad jezioro?!” – Spojrzałem na kolegę, ale wyglądało, że mówił poważnie. Niezbyt znałem jego upodobania, ale „jak można nie lubić jeziora w gorące lato?!”. To było poza moim obszarem pojęciowym.

– Jaja sobie robisz? – Wolałem się upewnić, aby czasem nie wyjść na człeka, który nie zna się na żartach. – Dobra, nie wstrzymuj, bo pływam w ukropie. Dawaj.

Aneta nie marnowała czasu na niemądre pogaduszki w tym gorącu i już wjeżdżała na plażę. Podążyłem za nią, rzuciłem rower na piasek i po kilku sekundach miałem na sobie tylko kąpielówki.

– Na długo wchodzisz? – Aneta rozkładała już kocyk.

– Na kwadransik. Potem trochę opalanka i jeszcze raz wejdę. – Wyciągnąłem swój ręcznik. – Mamy spokojnie godzinkę, półtorej.

Po zanurzeniu w toń jeziora od razu poczułem ulgę z ochłodzenia ciała a następnie radość z kąpieli. Pływanie - to jest to! Jedna z kilku najulubieńszych moich przyjemności, w okresie gorącego lata mająca u mnie najwyższy priorytet. Chłodniejsze dni też nie były przeszkodą, gdyż ciepła woda rekompensowała tę niedogodność. Od czasu, kiedy, lata temu, wypłynąłem daleko na dużym jeziorze i nagle zerwała się burza, zmuszając mnie do jej przeczekania w przybrzeżnej wodzie, w trzcinach i mulistym dnie, zanurzonym do pasa i ze złączonymi nogami – pływałem już tylko ostrożnie; długo, ale niezbyt daleko od dostępnego brzegu.

Po kwadransie wyszedłem z wody. Aneta leżała na kocyku, korzystając z promieni słońca. Benek siedział w kucki i wpatrywał się w nią, jakby jakowe dziwo oglądał.

– A ty co? – Zażartowałem, wyciągając się na swoim ręczniku. – Zakochałeś się w Anecie, to jej to powiedz, a nie patrz jak sroka w gnat.

Wzruszył ramionami i, nie odbierając mojego żartu, poważnie odpowiedział:

– Nie. Czekam, kiedy ruszymy.

– Byłam się wypluskać, ale Benek nie chciał. – Aneta włączyła się do rozmowy, nie otwierając oczu. – Powiedział, że poczeka na brzegu.

– Nie lubisz kąpieli? – Przyjrzałem się jemu uważniej. W dzieciństwie miałem za sąsiadów dwójkę dzieci i ich rodziców, którzy nigdy nie korzystali z plażowania; chodzili wyłącznie do pobliskiego parku i tam się opalali. Wszyscy uważali ich za wyjątek, a nawet lekko zdziwaczałych, gdyż mówili, że chodzą na „kąpiele słoneczne”. Kąpiele w słońcu?! Czy ktoś normalny może tak powiedzieć?! W słońcu można się opalać, ale kąpać tylko w wodzie!

Teraz, po bardzo wielu latach, zobaczyłem przed sobą podobnego osobnika. Życie nauczyło mnie przez minione dekady, że są różni ludzie, o różnych przyzwyczajeniach, więc i są unikający wody. Nadal ich nie rozumiałem, ale przyjmowałem, że są. To ich sprawa.

Natomiast moją decyzją było korzystanie z przyjemności, jakie oferowało gorące lato, tak często, jak było można. Wyciągnąłem się na ręczniku, nie czekając na odpowiedź Benka. Nie odezwał się i nadal siedział w kucki, więc zamknąłem oczy, aby korzystać z ciepła promieni słonecznych. Nawet nie poczułem, kiedy przydrzemałem…

– Jedziemy już? – Gderliwy głos Benka momentalnie mnie wybudził. Anetę też, która aż gwałtownie usiadła.

– Z choinki się urwałeś? – Przewróciłem się na brzuch. – Teraz nie gwiazdka. Zaplanowaliśmy przy powrocie jezioro i korzystamy.

– Nic nie mówiliście. – Pociągnął nosem.

– A pytałeś? Dołączyłeś do nas w ostatniej chwili.

Zamilkł. Zamknąłem oczy i znowu zapadłem w drzemkę.

– To co, jedziemy?

Kurde! Teraz już mnie lekko wnerwił. Nie można się nawet spokojnie poopalać! Usiadłem.

– Tak. Jedziemy… – zawiesiłem głos.

Od razu się podniósł i chwycił za swój rower. Jak on tak długo wytrzymał w kucki?! Szybko sprowadziłem go do parteru:

– …ale po jeszcze jednej kąpieli i opalanku. Mamy czas, dzień jest długi.

Znieruchomiał, zaskoczony. Otworzył usta, zamknął je i wreszcie wydusił:

– Powiedziałeś, że już jedziemy.

– Nie że już, tylko jedziemy. Po następnej kąpieli i słoneczku. Słuchaj do końca. – Z jednej strony mnie śmieszył, ale z drugiej zaczął wkurzać. Aneta cicho się zaśmiała i też przewróciła na brzuch. – Mieliśmy zaplanowane jezioro i korzystamy. Jeśli się śpieszysz lub nudzisz, to jedź. Nikt nikogo nie trzyma. – Wstałem i poszedłem do jeziora. Nawet nie oglądnąłem się, czy zdecydował  pojechać samopas.

Po drugim pływaniu zastałem to samo, co po pierwszym, jakby czas się zatrzymał – Aneta leżała na kocyku, a Benek siedział w kucki i wpatrywał się w nią. „Kurde, wytrzymały i… nie pojechał – przemknęło mi przez głowę. – Chce, niech czeka, tylko niech więcej nie marudzi.”.

Niestety. Ledwie doszedłem, od razu zaczął:

– To je…

– Nie. – Bezceremonialnie wszedłem mu w słowo. – Już mówiłem. Muszę wyschnąć, poopalać się.

Aneta stłumiła śmiech, zasłaniając dłonią usta. Usiadłem na swoim ręczniku:

– Aneta, chyba że się śpieszysz? – zagadnąłem, przymrużając oko.

– A co ty, przecież umawialiśmy się na plażę. Jeszcze trochę.

– No widzisz. – To już powiedziałem do towarzysza naszej podróży. – I ściągnij wreszcie ten łach z grzbietu. Korzystaj ze słońca, póki świeci.

Poleżałem na ręczniku dość długo, dłużej niż wcześniej zamierzałem. Kiedy wreszcie zdecydowaliśmy z Anetą, że „czas już w drogę”, mijała druga godzina plażowania. Nigdzie jednak się nie śpieszyliśmy, a marudzenie Benka puszczaliśmy mimo uszu. To on się do nas przyłączył, a nie my do niego. Chciał siedzieć dwie godziny w kucki, nierozebrany, to jego sprawa.

Ledwie wyjechaliśmy z Łasina, a nasz współtowarzysz, bez jednego słowa, gwałtownie przyspieszył. jak koń czujący już siano w stajni.

– A co mu się stało? – Aneta się roześmiała.

– Nie wiem. Nawet się nie pożegnał. Śpieszysz się też?

– A co ty.

– To jedziemy swoim tempem. Ale że siedział i siedział. Przecież mógł pojechać wcześniej, jak się śpieszył.

Benek szybko zniknął nam z widzenia za wzgórzem. Przejechaliśmy dwa pagórki i po kwadransie jazdy minęliśmy ostry zakręt szosy. Tu nas czekało małe zaskoczenie – stał tam Benek, oparty o rower. Minęliśmy go bez słowa; w lusterku wstecznym zobaczyłem, że dołączył do nas. Nie odezwał się, więc i my o nic nie pytaliśmy. Nadal pedałowaliśmy w spokojnym tempie, rozmawiając w dwójkę o wszystkim i o niczym.

Po następnym kwadransie jazdy Benek nagle znowu nas wyprzedził i zaczął się oddalać w szybkim tempie. Spojrzałem na Anetę:

– Co mu odbiło? – Nie wytrzymałem i dosłownie parsknąłem głośnym śmiechem. – Nie może się zdecydować, jedzie z nami, czy nie?

– Może mu słońce naprawdę za bardzo przygrzało? – Aneta też się roześmiała. – Nie wlazł ani razu do jeziora, to się przegrzał. Dziwny jakiś.

Naprawdę tak się zachowywał. Po półgodzinie jazdy znowu go zobaczyliśmy; czekał za jednym z zakrętów. Scenka się powtórzyła, jakby taśma filmowa zaczęła kręcić się w kółko – poczekał, aż go minęliśmy i znowu dołączył do dwuosobowego peletoniku, nie odzywając się słowem. Tym razem nie zakłócaliśmy mu ciszy niepotrzebną rozmową. „Może kontempluje? Może w ten sposób osiąga na rowerze stan nirwany? – Półżartem przemknęła mi myśl. – Różni są ludzie, a jego prawie nie znamy”.

Po chwili znowu przyspieszył, ale zatrzymał się już po kilku minutach, tak że nie straciliśmy go z oczu. Ten sam manewr powtórzył jeszcze dwukrotnie, prawie do rogatek Grudziądza. Tu się z nim rozstaliśmy, nie komentując jego dziwnego zachowania. Wystarczyło krótkie „cześć” na pożegnanie.

Pojechaliśmy, już tylko we dwójkę, w kierunku naszych domów. Przy rozstaniu Aneta zapytała:

– Rozumiesz coś?

– A co ja, psycholog kliniczny? – Wzruszyłem ramionami i cicho się zaśmiałem. – Nie wiem. W pracy obserwuję różne zachowania młodzieży, ale takiego czegoś nie przeżywałem. Chciał z nami jechać, potem nie chciał, znowu chciał. I ten jego wstręt do wody. A tam, jego sprawa. Nic nie mówił, to nie pytajmy. Na razie.

…Benek w następnych miesiącach jeszcze wybrał się z naszą dobraną grupą cyklistów dwa czy trzy razy. Zachowywał się w miarę normalnie. Może dlatego, że nie robiliśmy przerw nad jeziorem?

Potem już się nie pojawił. O tym powrocie z Brodnicy nie  nagabywałem go, ale faktycznie był jakiś dziwny – łatwo się obruszał, a z żartów nie potrafił się pośmiać.

Różni są ludzie… także wśród cyklistów.

  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×