Przejdź do komentarzyKwadriduum cz. XII.
Tekst 12 z 14 ze zbioru: Kwadriduum
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2018-05-18
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń579
Kwadriduum (XII.)

Oto zwiedzając wyjątkowo ciemne i zatęchłe zaułki miasta posiadł on niesamowite zdolności: picia z sześciu butelek jednocześnie, `zerowania` -jak to się mawia w żulomowie - półlitrówki czyściochy bez zakąski, bez zapijania. Alkohol, niczym brzydki i wyrodny bliźniak Red bulla dodawał i dodaje mu skrzydeł podczas częstych przepraw z policją, ucieczek przed strażą miejską, kradzieży sklepowych. W etylowej głowie Damiana toksyczny płyn, w jaki wsiąkł i od jakiego skisł, jest sokiem z gumijagód, tajemną substancją, po wypiciu której można biegać, skakać, latać, pływać - że znów użyję kryptocytatu.  

Pijaństwo - szczere i pilne, przykładanie się do niego, w końcu: bycie biegłym w zawodzie alkoholika, jest według dziewięciopolskiej odmiany Wieniczki Jerofiejewa czymś równym byciu dobrym na przykład w szachach; nie żeby zaraz mistrzem świata, ale zwyczajnie dobrym, sprawnym zawodnikiem umiejętnie rozgrywającym kolejne partie.   

Jeśliby iść tym, wódczanym tropem, do kolekcji panu da Vinci-bis brakuje jeszcze takich przymiotów, jak nałogowy hazard, uzależnienie od pornografii, masturbacji, internetu, narkomania i tym podobne. Tyle jest jeszcze pięknych dziedzin sztuki, rzemiosła, nauki, tyle pasji, w które można wsiąknąć po uszy, zatopić się w nich po szyję. I zgnić tam, zostać przez nie zżarty.   

Co, boisz się? Czy zwyczajnie brak ci kasy, by dać sić pochłonąć przez kolejne - w twoim mniemaniu - zainteresowania? Rozwijaj je pomału, raczysko, arytmia serca, obturacyjna choroba płuc czekają. Spróbuj być jak Keith Richards, albo Mick Jagger, zrób z życia diabelski młyn. Skończ jak Amy Winehouse, albo na detoksie, cholerny poszukiwaczu wrażeń, studencie nałogistyki, tępaku biegnący z notatniczkiem w ręku na pierwsze zajęcia z demonologii. Tajny uniwersytet działa w zgliszczach dyskoteki. Każdy z wykładowców ma przekrwione oczy i rozdwojony język. Notuj uważnie, co wysyczą, skrzętnie zapisuj każdą bliznę, pryszcz, szankier.  

- No, co tam?  

- Pamiętasz Ziele na kraterze? - wypala niespodziewanie Damian.   

- Yyy... Co? Lektura. Szkolna, z resztą. Chyba o wojnie. Drugiej Światowej. Nawet pamiętam, kto to napisał...A co jest grane? Gorzej ci, kurwa?  

- Daj spokój z książką. Też nie czytałem. Sam tytuł zobacz: chwast wyrasta w miejscu, gdzie uderzył albo meteoryt, albo wybuchła bomba.   

- Po bombie to bardziej lej...Ile tego masz?  

- Czego?  

- Gówna psiego. ZIELA.   

- Jezu, Florek - przestań. Już nie handluję. Niczym, nawet trawą. Tak się kuźwa śmiejesz z warsztatów Remiego, a zobacz - one są naprawdę konstruktywne. Wiesz, ile książek o alkoholu przeczytałem, bo on mi polecił? Wzrastanie, rozumiesz - podnoszę się z kolan. Z pozycji embrionalnej, rozwijam skrzydła. Pierwsze piętro, idę ostrożnie i patrzę pod nogi, drugie, trzecie... Potem tylko - ramiona szeroko -i fruuuu...  

- Co ty pieprzysz?   

Otworzył mi się wczoraj czakram. Dziurka taka wymyślona w głowie. I, skupiony jak jasna cholera, bo to podczas medytacji było, patrzę, patrzę w nią, zaglądam, wciskam się do środka... A tam siedzi facet. Jogin-nie jogin - myślę, bo on jakoś mi tak na Hindusa wyglądał. Śniada karnacja. Ale nie, zaczęliśmy rozmawiać i okazuje się - Polak, tylko zarośnięty i opalony. Bezdomny, też lubi wypić. Ty wiesz, ile on mi rzeczy naopowiadał? Żesz kurwa, tylko nie pamiętam nic... Ale gadał i gadał, mądrości. Uliczne. Prawdy ludu, historię od zarania dziejów. Komuch, bo ciągle nawiązywał do walki klas, proletariuszy i tak dalej. Nie próbował przekabacać, bo chyba wyczuł, że ja nie z takich, co by się dało...  

Kryję twarz w dłoniach, staram się nie słuchać, nie widzieć, a przede wszystkim nie czuć niczego, co jest wokoło. Dał się omamić sekciarzom, idiota! Schlali go, podali halucynogeny - i masz - guru we łbie. Spotkanie na najwyższym szczeblu. `Ta karczma Delira się nazywa, kładę areszt na waszeci` - powinien mu na koniec powiedzieć jego mądry zwid.   

Idziemy, a może bardziej przemykamy się na Uryniów. Tam może jeszcze nie dotarli demolkarze, znajdzie się taksówkę, czy nawet, od biedy, zapieprzy się komuś rower. Mamy dość, obaj potrzebujemy choć chwili spokoju.   

Damian odłączył się od procesji, bo ma jakieś nie cierpiące zwłoki sprawy w Grzymielinie, bredzi coś o domu po babci, który ma, zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego, w ciągu najbliższych miesięcy musi przerobić na fabrykę, najlepiej konserw, albo ceramiki sanitarnej, bo tylko takie istnieją w okolicy.  

- ...za co dobuduję pieprzone hale, dwa piętra, czworaki, kurwa, dla nieistniejących pracowników? Może jeszcze mi każą hotel robotniczy postawić... I nie obchodzi ich, że od zawsze to był dom prywatny - równo w połowie dzielnicy - osiedla, w drugiej - obszar przemysłowy. Odgrodzili barierami, niedługo pewnie będą budować mur, jak swego czasu w Berlinie... - jęczy kumpel. Utyskiwania na bareiczną wręcz głupotę urzędników przeplata oczywiście, jak każdy nowo wciągnięty do grupy sekciarz, który, świeżo przeszedłszy pranie mózgu nie może nawijać o niczym innym, jak o pięknie i wolności, jaką mu i światu całemu daje jego wiara, z nawijkami o literaturze. Filozofuje mu się też nielicho, przyznaję, że nie podejrzewałbym Damiana o taką, ba - o jakąkolwiek głębszą refleksję. Odkąd go znam, zawsze uważałem za człowieka straconego na własne życzenie, dobrowolnego więźnia celi śmierci, przegrańca wyznającego jedynie kult śmierdzącego płynu.   

- Chodzimy po przeszłości. To specyficzny rodzaj ziemi. Łapiesz? Jest sobą w pełnym tego słowa znaczeniu, jednak... nie dla nas, a dla przyszłych pokoleń. My widzimy ją jedynie w postaci larwalnej, nierozwiniętą, jako banalną i niedostrzegalną teraźniejszość. To suchy chleb powszedni. Żyjemy bez popity - zaczynam pseudoerudycką ściemę.   

- No - potakuje niemrawo neofita.  

- Nie sposób oczywiście zajrzeć za zasłonę, zobaczyć teraźniejszość w pełni rozkwitu, dojrzałą, znaczy - spełnioną, przeżytą. Możemy jedynie z różnym skutkiem wieszczyć, zgadywać, jaka będzie osiągnąwszy wiek średni, wczesną starość, wreszcie - gdy się ziści, po prostu stanie. W większej części jest zagadką, której rozwiązanie przyniesie jej śmierć, odbierze całą tajemnicę. Ma w sobie wiele z kota Schrödingera, tylko, że ona zawsze jest martwa. Żyje jedynie w przyszłości, w dążeniu do niej. Przyjście na świat, ugruntowanie się, zapuszczeni korzeni równa się...  

- Skończ.  

- Czemu?  

- Ona ciągle trwa. Jak wąż Uroboros pożera swój ogień i kręci się w kółko. Nie ma początku, ani końca.   

Na moment odejmuje mi mowę. Damian - zaskakujesz mnie. Mówisz jak ktoś wykształcony, żeby nie powiedzieć - inteligentny (powszechnie wiadomo, że to dwie różne płaszczyzny, często niestykalne).   

- Jest jak ruch obrotowy Wszechświatów (nie mylić z planetami, oczywiście) - bez celu, praca pro forma, bezideowa, nie zainicjowana przez jakiekolwiek bóstwo.   

- Gdzie pełzli... szliście? Dziś Światowy Dzień książki, czy co? Urodziny Szekspira? - nerwowo zmieniam temat, próbując zamaskować  zaskoczenie. O mały włos, a zblamowałbym się przed kumplem piernicząc farmazony. Nieźle się wyrobił, sekciarze wleli mu do łba parę litrów oleju. Silnikowego, z pierwszego tłoczenia. Nie zależy mi, rzecz jasna, na dobrej opinii u takich jak on; naiwny adept literatury i wszystkiego, co zawiera alkohol może mnie uważać za skończonego debila, złodzieja, albo i nawet zoofila, w duchu mam tę trwającą od dzieciństwa ćwierćprzyjaźń, po prostu do stolika dosiadł się wyjątkowo nabzdyczony jegomość, fanfaronisko z posrebrzanymi bokobrodami. Felicjan Dulski, dwulicowy krygant, krępator, jednocześnie - człowiek szalenie samotny, odrzucony przez otoczenie bez wyraźnych powodów, jak kania dżdżu pragnący akceptacji, zrozumienia, zwyczajnej bliskości innych osób, żałośnie zamknięty w sobie tęsknoduch, dla którego istnym zbawieniem jest choćby krótka rozmowa z kasjerką w supermarkecie.   

- Gdzież tam! - oburza się Damian.  

- Słyszeliście, ze Szymczuk wrócił? Nie ogarniasz, co się w kraju dzieje? Niby skąd to pospolite ruszenie? Za cztery dni anektujemy Hospodarstwo Partenopejskie! Wiesz, co to oznacza, jaką potęgą będzie Jedenastopolis?   

- Jakoś straciłem rachubę - kto, z kim i o co się tłucze - rzucam od niechcenia. Mam dość polityki, ta odmiana dżumy wisi w powietrzu, zatruwa rzeki, pola, jeziora. Od niej pleśnieją pomidory, w zasiekach pojawiają się wołki zbożowe, a starym babom wyrastają kaszaki w miejscach, o których wolałbym nie mówić. Jestem chory na Sejm, Senat, trybunały wszelakie. Mój ustrój został zainfekowany przez ustrój państwowy.  

- ..opowiadający się przeciwko izolacjonizmowi, mający na celu jak najszerszą integrację... - nakręca się młody Karoń, syn - jak wieść gminna niesie - TW Macieja. O tym, że ojciec Damiana w późnym Peerelu wydał połowę kolegów z pracy słyszałem już w podstawówce. Takie plamy trudno wywabić, jeszcze ciężej - zamaskować, przykryć naszywką. To czarna oliwa, która zawsze unosi się na wierzchu.  

- Karolina gdzieś znikła. Pobiegły z Olką w stronę Hildermanówy... Nie chciałem się rozdzielać, ale co ja mogę? Jak się uprze, wariatessa, to nie ma zmiłuj.  

- Jeszcze nie dojrzała, by zacząć szukać.  

- Czego?   

- Osoby, przecież wiesz.   

- Jakiej? Jezu, człowieku - rzygam. Idę. Pa. Z tobą nie da się gadać. Pierdolisz coś półsłówkami, albo jesteś jak twój stary - przodownik, kurwa, pracy. Radio Erewań znowu nadaje.   

- Jej nie będzie przeznaczony brodacz z walizką. To za głupie, zbyt proste i w ogóle siakieś takie nie na miejscu. Płycizna intelektualna, żadne wyzwanie. Rozumiesz, Florek - ona potrzebuje prawdziwego zadania! Ma być trudne, pełen artyzm do tego. Gra, której reguł nie opanuje pierwszy lepszy śmiertelnik, człowiek z ulicy. Jak ty, albo ja, nie przymierzając. Bawić się w zwidy, gonić starucha  rozdającego kasę za bezdurno - może byle kto.  

Odwracam się, pochmurnieję. W jednej chwili toksyczne niebo spada z firmamentu, walą się rozdęte ciężkimi gazami, trujące chmury. O milimetry mijają moją czaszkę, jakimś cudem nie zostaję przygnieciony skamieniałym, wodnym roztworem całej tablicy Mendelejewa. Nie, nie ma przecież przypadków, unikam sprasowania z konkretnego powodu.   

Wulkan za plecami wybuchł na dobre, wyrzuca z trzewi zimne opiłki, grudki siarki i egzotycznych przypraw dostępnych jedynie w zamorskich krajach, takich jak Nibylandia, czy Seeland.   

`Sie ściemnia` - słyszę, jak grupka białopiórych dziewczyn intonuje niewiele młodszą ode mnie piosenkę Manaamu. W ich głosie, niewrzaskliwym zresztą, nierockowym, w głosiku bardziej spokojniusim, wspólnym, płyną wolne od toksyn, prawdziwe chmury.   

Dawid patrzy, nieco zbaraniały, jak zaciskam pięści, czerwienieję, krew niemal wylewa mi się przez nozdrza. Myśli może, że mam atak cyklofrenii, albo dostałem zawału, udaru, boli mnie coś, rozrywa od środka.   

A ja słucham, staram się wyciszyć wewnętrzną rewoltę. Mówię ciepło, kojącym tonem do siedzących przy spróchniałym stoliku postaci. Obłaskawiam je. Cicho, cicho, zdrowaśmariołaskiśpełna. Zobaczycie, zaraz okaże się, że nie ma żadnej wojny, mumię Szymczuka dojadają mole, niedługo na środku Placu Pokoju pojawi się nowowybrany szef rządu. Na plecach będzie mieć napis: OBSŁUGA TECHNICZNA. Poczekajcie, opowiem wam bajkę o płonącym barakowozie. Stoi w pobliżu cerkiewki. Kiedyś mieszkał w nim mój kumpel, Eryk. Ale zgasł. Wszystko powoli dogasa. Nie dmuchajcie na żar.  

`Przedstawione sytuacje zostały zainscenizowane, są niebezpieczne, nie próbuj ich naśladować` - czytam na transparencie niesionym przez girlaski w różowych mundurach. Młodsze wersje Ciccioliny, żołnierki ze Związku Celebrytek Wyklętych, albo Powstańczej Armii BDSM, paradują dumnie przez kraj, któremu puszczają szwy. Wylewa się żółć, jad, ekskrementy, cieknie płyn mózgowo-rdzeniowy, wysypują się podrabiane dukaty i czerwońce.  

Mijam grupkę groupies, a przynajmniej tak wyglądające amokistki. Siedemnaście, w porywach dwadzieścia dziewczyn w identycznych koszulkach z twarzą idola - kanadyjskiego pop-piosenkarzyny (nie pamiętam nazwiska zapiewajły, ale to nie szkodzi). Idą gęsiego, naprzeciw wojnie, hordom rozszalałych postwięźniów. Strach? A co to takiego? `Nie bój się, nie lękaj się, Justin sam wystarczy` - odgaduję ich motto.  

Jedna z nich przypomina Karolinę. Rysy twarzy - zupełnie inne, grubsze, jest ostro ciosana, dziubata - jak mawiała moja babcia. Nosata, jędzowata mała wiedźma. Włosy, chód, nawet buty - podobne do Karolinich. Chyba fiksuję, zaczynam tęsknić za zdradziecką...   

Ech, cholercia - oczywiście. Wolność od ciebie skutkuje, jeśli nie od razu strachem, to niepewnością, ostrą jak okruchy butelki po berbelusze. Jesteś kochanym pupilkiem, kotem, który chodzi swoimi kurwiścieżkami i gdy nie wraca zbyt długo - zaczynam się niepokoić, oczami wyobraźni widzę go rozjechanego na placek, krwawy naleśnik, wgniecionego w jezdnię. Niepokój wzrasta, nie mija doba, jak wręcz drżę o jego życie.   

Nie mam oczywiście zamiaru, wzorem Kargula z idiotycznej komedii, trzymać go na uwięzi, przywiązywać powrozem do budy. To by było niehumanitarne, zaraz interweniowaliby Tactolionianie (Tactolionici? Jak to poprawnie odmienić?), zabuliłbym słony mandat, może nawet trafiłbym pod sąd. Skrzyknięty z Remitów, członków literackiej sekty.  

`Uwolnijcie Barabasza!` - krzyknęłabyś. `On - niech siedzi do usranej śmierci, sczeźnie w ciemnym lochu, pokoju bez klamek, pośród ścian obitych różową gąbką. Niech śpi na łóżku bez materaca, pręty wżerają mu się w plecy. Zasłużył, szmaciarz. Rozdał taką kasę przypadkowym ludziom, zdefraudował wręcz, sprzeniewierzył majątek narodowy... Wiecie, ile krajów można by za tę forsę kupić, by potem, całkiem legalnie doszyć do Jedenastopolis, gdyby nie ten debil-dobroczyńca?` - wtórowałaby Olka, ozdabiaczka murów.   

Nóż pod żebro wbiłyby obie, kolektywnie, solidarnie, na pohybel antymaterialiście. Śmiałem je zdradzić, wiedząc, w jak fatalnym położeniu się znajdujemy, w zasadzie bez powodu, a może z tylko sobie znanych przyczyn, bo najpewniej kryją się za tym jakieś mroczne i lepkie sprawki, parszywe motywy, o których wolałbym milczeć, nikt przecież, zdrowy czy chory na umyśle, nawet najbardziej zidiociały pensjonariusz psychiatryka, nie pozbywa się przecież kasy ot tak sobie, ku chwale ojczyzny, czymkolwiek teraz jest; bo mając pełną świadomość, ze jesteśmy bezdomnymi pariasami, wyrzutkami poza nawias społeczeństwa ja-kretyn nad kretynów, rozdałem na prawo i lewo całą zawartość walizki. Nie zostawiłem sobie nawet banknotuncia.   

Przyglądam się uważnie kumplowi. Heh, jak to czasami w życiu bywa... Los niekiedy jest bardzo przewrotny. Oto niejaki i nijaki Damian Karoń-pijak celebrujący chorobę, człowiek, z którego niekiedy szydziłem i którym skrycie pogardzałem, przyniósł mi rozwiązanie zagadki. Losidło wybrało doprawdy osobliwego posłańca, trzeźwiejący deliriant, teraz, jak się okazuje - sekciarz, aspirujący do miana literata wyznawca kałamarza jest archaniołem Gabrielem, który zwiastuje mi prawdy, objawia rozwiązanie szarady, nad jaką się głowiłem.   

Dzięki niemu poznaję ścieżkę przez pole minowe, zostaje mi wskazane sekretne sekretne przejście, w dłoń - wciśnięta kartka z szyfrem do skarbca mądrości.   

Aby się dopełniło, nie wiem jeszcze co, jakieś misterium, muszę... złożyć starca od walizki. Do kupy. Poważnie, nie przesłyszeliście się, moi kochani przodkowie, istnieje człowiek - puzzel, zaklęty, zakodowany, osoba rozwarstwiona, ukryta w innych. Rozrzucony przez niekiedy istniejącego stwórcę po całym świecie. Mężczyzna poszatkowany przez piły motorowe wycinające puszczę amazońską, zmieszany z piaskami pustyni Kalahari.   

Mam iść przed siebie, na oślep, bez jakichkolwiek planów czy map, udać się na poszukiwanie tych części składowych, rozpocząć bez grosza przy duszy tułaczkę po całej Błękitnej Planecie, przemierzyć matuszkę Ziemię wzdłuż, wszerz i po przekątnej nie wiadomo ile razy, by zbierać artefakty mężczyzny, być archeo- i geologiem, patomorfologiem, złodziejem, kiedy będzie trzeba - Kubą Rozpruwaczem, ginekologiem-amatorem, szamanem i seryjnym mordercą. Oto przychodzi mi się zmierzyć z... globem, jego ogromem. Poznać go, poczuć, przeżuć, doświadczyć na własnej skórze razów, cięgów, tysiące razy spalić oczy, przebić płuca, zedrzeć usta, podeszwy, dłonie, schodzić się, zużyć podczas wędrówki. Musze być karany, odsiadywać wyroki za pobicia i włóczęgostwo, każdą z dłoni, za kradzieże mieć obciętą przynajmniej dwukrotnie; mam umierać nabity na pale, być rozdeptany słoniem, rozwleczony przez zdziczałe psy, ludy pozacywilizacyjne, być gwałcony, torturowany na wszelakie możliwe sposoby, oddawać życie podczas religijnych fiest, być wiecznym barankiem ofiarnym.pokutnikiem i zarazem katem, tonąć w wodach Tygrysu i Orinoko, wypluwać żołądek wspinając się na Śnieżnik, czy K 2. Musze pęknąć w środku i na zewnątrz, zarówno w przenośni, jak i najbardziej na serio, niemetaforycznie oddzielać się od kości i łączyć na nowo, biec, upadać, gryźć suchą ziemię Nigru, znów powstawać.  

Mam zbierać starca, odnajdywać, niekiedy milimetrowe fragmenty jego kości w szkieletach żywych ludzi, Greków, Irakijczyków, Meksykanek, ale i wykopywać je z cmentarzy w Osetii Południowej, Omanie, czy Dżibuti.   

Jeden włos z brody człowieka-układanki (nie mylić z bohaterem filmów z serii Piła!) wyrasta z brwi pewnego Singapurczyka, mieszkańca wioski na kompletnym odludziu.   

Centymetr kwadratowy skóry spod pachy rozczłonkowanego dziadygi jest ukryty pod wrakiem ciężarówki stojącej w Rangunie, inny - to listek czerwonego cedru kanadyjskiego, który rośnie pod Ottawą.   

Rogówka filantropa - zakopana gdzieś w Wałbrzychu, trzecia część paznokcia lewego kciuka - w Nauru (dokładniejsza lokalizacja zostanie mi objawiona, gdy tylko jakimś cudem się tam znajdę), jedna jego rzęsa spoczywa całkiem niedaleko - u pani Stasi Mikulskiej, mojej dawnej nauczycielki niemieckiego, za obwolutą książki pod tytułem `Wpływ kinezyterapii na poprawę sprawności ruchowej` (wydawnictwo Niebieski Kruk, 2019 r.). Miła kobieta (o ile jeszcze żyje) powinna pożyczyć. Trzeba będzie tylko skłamać, że to dla zniedołężniałej, wymagającej opieki cioci Halinki spod Wadowic.   

Odłamek kości piszczelowej lewej - wciśnięty za obraz (`Jezus uciszający morze`, swoją drogą - odpustowe badziewie w przepastelowanych, mdłych barwach) wiszący w dużym pokoju mieszkania państwa Gustawa i Anny Jabłońskich, zamieszkałych w Toruniu przy ulicy Baraniaka 48/52 (szare, pogierkowskie bloczysko, z oddali wygląda, jakby było z tektury). Pukać głośno, pan domu ze względu na wiek ma lekki niedosłuch.   

Szukasz nadgarstka, Florciu? Proszę bardzo: prawy - wmurowany w fundamenty Burdż al-Arab, nie mam pojęcia, jak go stamtąd wydostaniesz.   

Drugi? Spoczywa pięćset kilometrów na północny wschód od Wołgogradu. Idź po omacku. Więcej się nie dowiesz, to niespodzianka.  

Aha, mam biec. Via Crucis, Autostrada Dolorosa usłana będzie cierniami - i to nawet nie róż. Będą mnie kłuć niezdezynfekowane igły przebijające worki z odpadami medycznymi, mało sterylne noże gwatemalskich zakapiorów, gdy szukając półmilimetrowego fragmentu dwunastnicy wtargnę na ich teren.  

Nikt nie zliczy, ile razy zamarznę na Antarktydzie, zeżre mnie coś w dżungli, utonę w cieniuchnych rzeczynkach gdzieś pod Verdun, czy innymi Siemiatyczami, zostanę rozszarpany przez dziką zwierzynę (supermarketowi ochroniarze, urzędnicy fiskusa, hordy komorników, Tactoliończycy), lub, gdy pomylę drogę i niechcący zawędruję w przyszłość - spłonę na stosie rozpalonym przez wiecznie łasych krwi katów z Kongregacji Nauki Wiary.  

Patrzę ci w oczy, Damian, i wiem, że muszę skundleć (nie skundlić się - to różnica!), stać się wielorasowy, głodny surowego mięsa, odporny na zimno, wiatr; w jednej chwili zhardzieć, zmężnieć, pokryć się grubą sierścią. Mam mieć ostry, sokoli (choć psi - sic!) wzrok, czuły węch. Bez tego nie dostrzegę linii papilarnych człowieka do ułożenia, nie wychwycę w języku zakhawa ani jednego dźwięku ze specyficznego narzecza, odmiany wszechmowy, jakiego używał ofiarodawca.  

Znoś, Florku, mówisz, mozolnie, pomaleńku, w plecakach, siatkach, reklamówkach z logami lokalnych dyskontów, taszcz w kieszeniach, nawet tych ukrytych (służby celne nie śpią, kto wie, o co byłbyś oskarżony, gdyby podczas kontroli granicznej znaleziono przy tobie na przykład ludzkie śródstopie, czy płuco), pod czapką, za cholewami, relikty człowieka wielokrotnego, mężczyzny-całej cywilizacji. Pod przypałacową kapliczką, w której koczujesz, wykop dół, krypteńkę i składuj w niej fragmenty ciała starca. Kolekcjonuj relikwie, niech wewnętrzny kompas, echolokacja, szósty i dziewiętnasty zmysł prowadzą cię do celu. Zdzieraj się w drodze i odradzaj, scalaj  ciało. Swoje i jego.   

Karolina z Olką na początku mogą mogą być niezadowolone, że wreszcie poznałeś swoje przeznaczenie, co więcej - że to nie one ci je objawiły, nie im przypadła ta nikczemna nieco i pompatyczna rólka, niby żywcem przeniesiona do realu z kart grafoopowiadania twojej dziewczyny.   

Prorokuj, ale nie wypowiadając ani słowa, wieszcz, przepowiadaj przyszłość całym sobą - mimiką, gestykulacją, nawet sposobem, w jaki się poruszasz. (wiecznie biegiem, choćby truchtem, gdy będzie braknąć ci sił, obowiązkowo - z nosem przy ziemi!).  

Węsz, spijaj znaki z dróg Senegalu, schłeptuj ścieżki morskie, białe, ledwie widoczne arterie powietrzne. Układaj człowieka, a na chwilę przed jedną z twoich ostatnich śmierci spostrzeżesz, że jest zwojem, wyszedł ci polireligijny rodał, masz przed sobą całkiem zwyczajny, nienatchniony tekst. Czytaj go pobieżnie, odwrócony plecami, a najlepiej - będąc w innym województwie. Wystarczy, ze o nim pomyślisz - słowa posłusznie, gęsiego wmaszerują ci do głowy. Pojmiesz, za czym tak goniłeś. Będzie warto, zobaczysz. Nie bój się przygody przygód, najciekawszych z wojaży, jakie można sobie wyobrazić!   

Przeistoczony w zwierze, globtrotera, tułacza, mistyka, bluźniercę, masochistę doświadczysz tego, o czym nawet nie śniło się twoim rówieśnikom! No już, wyrastaj z pieluch, bierz plecaczek, kanapusie, scyzoryk, kompas, zakładaj mundurek harcerski! Nie jesteś ciekaw, jak wygląda świat leżący za dywanikiem, za progiem? Masz umysł ciasny, jak twój dawny pokój, zawężony do łóżeczka, szafki, na której trzymasz ulubione misie, resoraki. Chodź, daj rękę. Nie opieraj się, po co te dąsy? Mam ciągnąć na siłę?   

Zobaczysz, będzie fajnie, bojuchu. Poznasz nowych ludzi, szczepy bakterii, zakumplujesz się z nieznanymi odmianami chorób tropikalnych. Zwyciężysz je, strawisz na obiadek, albo to one ciebie zjedzą. Tak czy siak - ktoś będzie syty.  

Zobacz - tu Damian w myślach otwiera książeczkę dla dzieci - to tygrysek. Chcesz się przekonać, jak ostre ma ząbki? O - a to trochę niegrzeczna pani (tu zza pazuchy wyjął sczytane czasopismo medyczne), w mądrej gazetuni piszą, że brzydko się bawiła i teraz ma za swoje. Znajdź ją, daj buziaka - może ozdrowieje.   

Niedługo nabędziesz nowe umiejętności: przede wszystkim regeneracji, nawet, jeśli zostanie z ciebie jedynie garść popiołu, nadpalona kość - w ciągu nocy odrośniesz z niej cały, wskrzesisz się sam, bez niczyjej pomocy. Będzie to wiec cud większej wagi, niż zmartwychwstanie Łazarza, czy tego jak mu tam, cieśli.   

Nauczysz się cierpieć, wyostrzą się twoje zmysły, szczególnie wrażliwość, arogancja, egoizm. Dobrze powiedziałem - nie uczucia, a zmysły. Będziesz przetwarzał świat na swoją modłę, przepuszczał przez siebie. Nabawiwszy się blizn, odmrożeń, ran, zrozumiesz, że jesteś twardszy, niż wszystko naokoło. Zmienisz się jednocześnie pozostając monolitem. To otoczenie się odkształci pod wpływem twojego dotyku.  

Gromadź artefakty. Zrozum - przecież jesteś bezpłodny, czujesz wyrwę w genach, wiatr zamiast DNA. Jedynym dzieckiem, jakie możesz począć jest ten człowiek-rebus. Jałowe drzewo w ten nieco pokrętny sposób wyda owoc. Sztuczny, obcy, ale w najgłębszym rozumieniu tego słowa, jak najbardziej twój. Usynów go, Flor, stwórz mu namiastkę rodziny. W atrapie zameczku czarnymi paznokciami wydrąż dół, bunkier głodowy, gdzie będzie mógł się zrastać, sklejać z kawałków. Nie karm go, nawet promieniami słonecznymi, niech żywi się wyłącznie pragnieniem, niedosyt będzie jego siłą napędową, najsilniejszą z możliwych motywacji, by być czytelnym, sklejać się w jak najwyraźniejsze pismo. Bez niego nic nie osiągniesz, rozpłyniesz się w gorącym błocie.   

- Wiesz co? Spierdalaj! - rzucam nieoczekiwanie (teraz już dawnemu) kumplowi w twarz. Zanim zdąża się odszczeknąć, roztrajkotać w myślach swoje mutyczne filozofie, podbiegam do stojącego pod wypalonym szkieletem kiosku cinquecenciaka, jakby nigdy nic zajmuję siedzenie po prawicy kierowcy - osobnika płci kiedyś-żeńskiej. Wrzeszczę do babiny, że ma jechać, byle dalej, przed kurwa siebie, czy ona oślepła, że tak się gapi, jak ciele na malowane wrota, wojna jest, rebelia, nie widzi? I że gówno mnie obchodzi, na kogo czeka, nawet na męża Kujapy, czy leśnego papieża, ma przekręcić kluczyk, tak, no dawaj, ruro, póki jestem spokojny i grzecznie proszę, zaraz nas złapią literaccy sekciarze, remici i wleją do gardeł i tyłków zawartość pięciolitrowych kałamarzy, teraz jedynka, nie stój na biegu  jałowym, wystarczy, że ja jestem wyjałowiony i sterylny, jedynkę wrzuć, co mnie obchodzi mąż? Może nic mu się nie stanie, rozszalali uciekinierzy z więzień i psychuszek nic mu nie zrobią, a jeśli nawet - to nie mój problem, dorosły jest, no jedźże, babo, zobacz - biegną, kurwa, troglodyci z Tactolion, chcesz dostać tonfą przez ryj?Nie? To na co jeszcze... Wrócimy po pana Staszka, obiecuję, jak zamieszki przycichną, jesteś normalna, stara krowo? Za Niemca też tak stałaś, jak była łapanka? A może do twojej rodzinnej wsi nie dotarła Druga Wojna Światowa, ani wszystkie następne, tam ciągle jest Pierwsza Rzeczpospolita, na spowitym pajęczynami tronie siedzi mumia Władysława Walezego-Jagiełły? To nie Lipce Reymontowskie, tu się żyje szybciej, mamy oświetlenie ulic, kanalizację i nowe konflikty, bomby kasetowe, tak, z samolotów spadają składanki disco polo Wiosna `97, mikrofale, nawet większość z nas umie się podpisać. Nie do uwierzenia, co?  

...odjeżdżamy z piskiem opon, zostawiając zbaraniałego Damiana w samym sercu trzęsienia ziemi. Za plecami ejakuluje wulkan.  

 

 

XV. Quetzalcoatl idzie na piwo  

 

Kobieta, gdy mija jej pierwszy strach, szok, gdy tylko sczaja, że nie ma co się bać wilka złego, bo ten nieokrzesany i wrzaskliwy Australopitek-słowotoczniak, który niespodziewanie wparował jej do auta nie jest żadnym porywaczem, ani tym bardziej terrorystą, nie ma pod ciuchami pasa szahida, maluśkiej bazooki, czy choćby pistoletu na wodę, że jestem jedynie szarym obywatelem, zdesperowanym, chcącym znaleźć się jak najdalej od placu boju, ośmiela się nieco, zagaja rozmowę.   

Streszczam pokrótce, że uciekamy przed przeznaczeniem, a jest nim faciu do poskładania (tu kierująca robi wielkie oczy, jej dziwna mina świadczy, że na bank uważa mnie za jednego z samooswobodzonych czubków), anarchią, która wyrosła z powodu ogłoszenia pokoju i niejako naprzeciw niemu.   

Dowiaduję się że mężulo, być może świeć już panie nad jego duszyczką, miał problemy urologiczne i wojna nie wojna - musiał pójść w ustronne miejsce. Przyprze człowieka i nie ma zmiłuj.  

- Ja tam w politykę nie wierzę. Staszek zawsze mówi: `Oni wszyscy, Heńka, należą do jednej partii - partykularystów, są jak grabie, co zawsze - do siebie i do siebie wszystko ciągną: pieniądze, władzę, brud najróżniejszy. Tam nie ma czystych, nie ubabrzesz się choć trochę, jak przez całe życie siedzisz w chlewie ze świniami?`.  

- Poniekąd - racja. Choć atrofia chyba sięga głębiej, do rdzenia. Raczysko przeżarło tkanki miękkie, gangrena toczy środek, esencję społeczeństwa, ustroju. Nikt nad nami nie panuje, Jedenastopolis na długo, zanim przybrało obecny kształt i nazwę zaliczało się do państwa upadłych, gdzie już tylko duchy straszą, w budynku parlamentu, na sali obrad bezdomni urządzili koczowisko. Co przez to rozumiem? Masę solną, z której są zrobione szczeble naszej klatki - gada przeze mnie Nietzsche w różowym mundurze, satrapa panujący nad pozostałymi osobowościami.   

- ...to jedynie jedynie farsa odgrywana dla zamydlenia nam oczu, kabaret na żywo, słono opłacany z kieszeni podatników. Nie trzeba być filologiem, filozofem by sczaić, kto de facto sprawuje władzę: pieniądz, najlepiej wirtualny, waluty rzekome, efemeryczne, wprowadzane do obiegu koraliki, zęby fok, jenotów, malowane na zielono bocianie dzioby. Szamani w tym kraju mają najlepiej, poprzejmowali banki i giełdę. Mówi się: wszystko zamknięte, dopiero ma ruszyć odbudowa, sprowadzi się sztab zagranicznych ekspertów, by pomogli postawić gospodarkę na nogi, od nowa nauczyli Polaków, jak się zakłada firmy, kupuje w sklepie, co to w ogóle są akcje, czym si,ę różnią od weksli, gazetek reklamowych, od papieru toaletowego. Pieprzenie! Nie potrzebujemy reedukacji, na dodatek nic nie zamarło, działa rynek finansów... gdzie pani jedzie?  

- A tu, niedaleko. Romek, syn mojej Beatki, czyli wnuk, tu mieszka. Z dziewczyną, wiesz pan, Florku? Poznali się może z pół roku temu i już razem...  

- ...choć jest ukryte przed wzrokiem maluczkich, czyli nas. Żyje, pracuje na pełnych obrotach, w drugim obiegu. Emitują akcje, obligacje, bydlaki, dla samych siebie, drukują weksle. Zadłużyli Polskę  samego diabła... - ciągnie niezrażony gadacz-tropiciel teorii spiskowych.   

Starsza pani okazuje się być nad wyraz towarzyska, nie pytając, czy spieszy mi się dokądś, objeżdża wszystkich swoich bliższych i dalszych znajomych, krewniaków, pociotków. Oczywiście - ze mną. Siedzę na pokładzie pancernego cinquecento, czołgu i zarazem samolotu na czterech kołach, który jakby nigdy nic, śmiało i niespiesznie sunie przez zgliszcza. Autku, jak i jego kierowcy niestraszne wywołane pokojem (sic!) zamieszki. Oboje, jakby dotknięci demencją (samochodowi jeszcze szło by wybaczyć) nic sobie nie robią, a może raczej nie chcą dostrzegać księżycowego krajobrazu, jaki roztacza się wokoło.   

Uliczne burdy zakrywa się milczeniem, odwraca od nich wzrok, skupia go wyłącznie na drodze, myśli się jedynie o dotarciu w jednym kawałku (uwaga na latające śmietniki i koktajle Mołotowa, cegły i płyty chodnikowe!) do Grażynki, Marka, tego, co miał ułożyć płytki, ale już trzeci tydzień się ociąga, odebrać od Krystyny książki (albo pożyczyć jej nowe - wybaczcie, średnio uważnie słuchałem), skoro już jesteśmy na Marchlewskiego - jak moglibyśmy nie wstąpić do Danusi? Tyle lat człowiek jej nie widział, a kontakt telefoniczny to przecież nie to samo, co spotkanie na żywo. O - jeszcze Gienek - prosił bym wpadła, chyba już skończył malować obraz, chce się pochwalić; to nic, że nie lubię abstrakcji - nie obrazisz się, młody człowieku, jak wpadnę na kawę do starego znajomego, prawda? On jest dla mnie jak brat. Z jego żoną, Janką, znamy się jak łyse konie, razem pracowałyśmy w Technohurcie, ona była kierowniczką...  

I tak odwiedzamy różne Bogusławy, Romany, Józefów. Nie chcę wysiadać, wysłuchiwać wciąż tej samej, geriatrycznej śpiewki o lekach, artretyzmie, innych dolegliwościach wieku starczego. Za każdym razem zostaję wręcz siłą wywleczony z samochodu. Mam się przedstawiać `Michał, najlepszy kolega Romka`. Nie pytam o motywy, bo tych, jak podejrzewam, zupełnie brak. Znudzony jak mops biorę udział w szopce, dla świętego spokoju nie oponuję. Bezczelni egoiści wstali od stolika, pozostały po nich jedynie kłęby papierosowego dymu.  

Zapełniam biały i matowy, bezrobotny, próżniaczy czas, zabijam chwile. Z ledwie dostrzegalnym uśmieszkiem obserwuję, jak zdychają z nudy, kurczą się, zwijają z mdłości, by po chwili zmienić się w popiół.   

Nachodzi mnie myśl (wiem, czym ryzykuję, kochani antenaci!): czy emeryci, w ogóle starcy, nawet aktywni zawodowo, żyją w innej czasoprzestrzeni, ich sadyby są wyjęte spod jurysdykcji obecnych czasów, nie podlegają twardym prawom: strachowi, płomieniom?   

Budynki - tak, do was mówię - też macie Alzheimera, podobnie, jak wasi mieszkańcy? Wszędzie, gdzie trafiałem ciągnięty przez panią Henię, nie mogłem się dopatrzeć najmniejszych nawet śladów wojny. Mieszkania i domy jak z zachodniego katalogu z lat sześćdziesiątych: mebelki na wysoki połysk, na błyszczącej fornirem ławie - bieżnik, serwetunie wydziergane na szydełku, paprotka w cementowej doniczce, zestaw kawowy z fajansu, do tego, obowiązkowo - paczka klubowych, lub popularnych (zdarzają się malboraski i chesterfieldy).   

Z adapteru leci szlagier najpopularniejszego ostatnio zespołu Wały Andegaweńskie, coś o nie wyciaganiu wraku Wilhelma Gustloffa, bo tam ciągle tańczą duchy zakochanych par.  

Odwiedzam miejsca zanurzone w formalinie, herbaria, w których mogę podziwiać z odrazą (sic!) zasuszonych ludzi w ich środowisku naturalnym, razem z nimi oddychać wonią naftaliny, mysich ekskrementów, oparami wody kwiatowej Zyta Deluxe.  

Pani Henryka - właścicielka polskiej wersji DeLoreana, cofająca się w przyszłość. Leciałem wraz z nią do peerelowskiego miasta zapomnienia, odgrzebywałem je z kurzu. Ukryte pod grubymi warstwami kurzu i śmierci czekało, aż się zjawimy by je podźwignąć, ożywić. Byliśmy restauratorami, ratownikami medycznymi wykonującymi masaż serca, parą swego rodzaju archeologów.   

Staszek, biedaczyna, został zapomniany,w  ciągu paru chwil rozwiał się w niepamięci. Nie ma po kogo wracać, pewnie już go zjedli ludożercy- kryminaliści, rozszarpały hordy wściekłych pacjentów Dadźborówki. Nie można się oglądać, trzeba jechać jak najszybciej przed siebie. Czyli - w przyszłość.Przyznaję - na początku naszej peregrynacji po biedadomach koleżanek pani Heni chciałem oponować, najzwyczajniej w świecie rozedrzeć ryło, wyzwać od stetryczałych kretynek, porywaczek niewinnych mężczyzn (przecież to ja wsiadłem do jej auta, nie na odwrót!), ale odpuściłem. Przy stoliku siedzi wyłącznie dżentelmen, delikatny, zahukany, zbyt miły aby żyć śmieć się nazywać mężczyzną, ludzik w pomarańczowych ogrodniczkach i słomkowym kapeluszu, rudobrody Amisz cierpiący na osobowość unikającą, chorobliwie nieśmiały poeta-samozwaniec, któremu wrodzony introwertyzm nie pozwala zapisać się do jakiejkolwiek sekty. Pojęcia nie mam, skąd znalazł się w mojej głowie i co zrobił z pozostałymi postaciami. Pożarł je?   

Człapię z półprzymkniętymi oczami, piję tysięczną kawusię zbożową z mlekiem, albo i bez, wdycham siwe kłaki. Powietrze jest przesycone kurzem, latają w nim włosy staruch, psia i przede wszystkim kocia sierść, zarodniki pleśni, grzyby najprzeróżniejsze.   

Zmieniony w pokornego baranka daję się wlec na pogaduchy z nieznanymi ciotkami-Klotkami, moherowymi paniusiami. Obwąchują mnie ich pinczerki, chiuaua, ocierają się o mnie Persy i Syjamy. W głębi półuśmiecham się sarkastycznie. Patrzę beznamiętnie na przesuwające się przed oczami kadry. Żaden mnie nie dotyczy, nie dotyka. Miałem do wypełnienia misję: złożyć do kupy człowieka. Usynowić. Wypiąłem się na posłannictwo, więc pewnie teraz los się zemści, do tego w najmniej oczekiwany sposób: zginę przygnieciony wypadłą z samolotu lodową bryłą ekskrementów albo zabłąkaną częścią Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, która jakimś dziwnym trafem nie spłonęła w atmosferze, spadnie na mnie cegła w pozbawionej prawie całego dachu cerkiewce Eryka, albo gruchnie mi na łepetynę jedna z żelbetowych ścian pseudozameczku.   

W ostateczności: zejdę ze sceny na wieczna nudę, pęknie mi serce i mózg podczas jednego z babciopodwieczorków.   

Podobno za cztery dni ma się dokonać Ostateczne Przeistoczenie, krajowi wyrosną orle pióra, pozłacany dziób. I poszybuje w przestworza, Stupolis wyleci z map i globusów, opuści zbyt ciasna i przaśną, za bardzo zaściankową Ziemię. Kraj zamieszkany przez samych mesjaszów uda się na poszukiwania równych sobie, podobnie wzniosłych i patetycznych sojuszników. Będzie przemierzać przestrzeń kosmiczną unoszony na skrzydłach archanielskich, a grać mu będą surmy zbrojne, kobzy, dudy, drumle i okaryny. Bo czymże jest Europa, jeśli nie bałaganem smrodliwym, kloaką wręcz, w porównaniu z krajem Lechitów?   

Ech, czy na pewno chcę to oglądać? Przecież to może być kolejny odcinek mockumentu kręconego przez macherów, w celu oszukiwania tłumów. Prawda to szyfr zawarty w ciele faceta, którego jakoś niespecjalnie chce mi się szukać. Damian, pijacka morda, wyłuszczył mi reguły gry, w której nie mam ochoty brać udziału. Czekam na wykonanie wyroku, jaki dostanę za ową odmowę (Śmierć! Ukrzyżuj! - wrzeszczy podburzony przez Sanhedryn motłoch).   

Nie gonię cieni, sam jestem jednym z nich. Z dnia na dzień czuję, jak dokonuje się we mnie zeszkielecenie, przeobrażam się w zgorzkniałego kościotrupa, postać z przeszłości.

wersja do druku
  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×