Przejdź do komentarzyMeandry
Tekst 14 z 19 ze zbioru: Wycinki z odkurzonych zszywek
Autor
Gatunekpublicystyka i reportaż
Formaartykuł / esej
Data dodania2018-09-30
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń597

MEANDRY


Mogłem wyprzedzić historię. Co, wydaje się to nieprawdopodobne? Ja też w to nie wierzyłem i, mówiąc prawdę, nie wierzę dzisiaj. Ale cóż znaczył mój odosobniony głos wobec osądu wszystkowiedzących. Dziesięć lat przyśpieszenia. Niby to niewiele, a jednak...

Tego dnia czułem się wyjątkowo źle. Kotłowanina myśli sprawiła, że praktycznie nic z tego, co działo się wokół, nie docierało do mnie. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to mój czyn jest przedmiotem posiedzenia egzekutywy. Jak przez mgłę docierały do mnie stawiane zarzuty.

- Kapitan Szpilka swą bezmyślną pisaniną próbował podważyć pryncypia socjalistycznej odnowy realizowanej przez naszą partię. Swoim nieodpowiedzialnym czynem sprzeniewierzył się marksistowsko-leninowskiej ideologii. Postępowanie to jest szczególnie groźne, gdyż rzuca cień na postawy oficerów ludowego Wojska Polskiego, których jest jeszcze reprezentantem. Jest to woda na młyn „Solidarności” - kontynuował Gedymin. Podniosłem znużoną głowę i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z powagi sytuacji. Kilka par oczu patrzyło na mnie z trudnym do rozpoznania wyrazem. Spojrzałem na twarze zebranych, próbując rozszyfrować ich zamiary.

- Czego oni ode mnie chcą? - myślałem. - Co ja takiego zrobiłem? Czy naprawdę wierzą w to, co mówią?aa

Proszę powiedzieć, jak doszło do napisania tych ohydztw i z czyjej inspiracji to nastąpiło? - wyrwało mnie z zadumy kategorycznie postawione pytanie.

Czasami próbuję coś pisać – rozpocząłem mętnie. - Próbowałem nawet publikować. Teraz było podobnie. Temat przyszedł sam. Hasło socjalistyczna odnowa było na ustach prawie wszystkich w naszym środowisku. Zacząłem je odnosić do codziennej rzeczywistości i analizować najprzeróżniejsze sytuacje. W konfrontacji z realiami wyglądało to, mówiąc oględnie, różnie. W ten sposób powstał cykl fraszek o wspólnym tytule „O odnowie”. Chciałem w nich pokazać, i chyba mi się to udało, że codzienność nie zawsze przystaje do tego, szczytnego w założeniach hasła, którego nie miałem zamiaru podważać.

Nie wiem, kiedy skończyło się to szczególne zeznanie. Uświadomiłem to sobie dopiero wtedy, gdy zorientowałem się, że mam odpowiadać na najprzeróżniejsze, nie zawsze czytelne dla mnie pytania. Nie rozumiałem nawet, o co byłem pytany i nie wiedziałem też, co odpowiadałem. Zapamiętałem tylko to, że Papryka pytał z przerażeniem w oczach, czy zdaje sobie sprawę, co by się stało, gdyby fraszki trafiły w ręce opozycji i czy przypadkiem komuś ich nie przekazałem. Stanowczo zaprzeczyłem, chociaż nie do końca to było prawdą. Wysłałem je przecież do kilku gazet, w tym do jednej wojskowej i wiem, że przynajmniej dwie z nich zakwalifikowały do druku po kilka fraszek. Z oczywistych względów zapobiegłem ich publikacji.

Pytań było wiele, oceniających wypowiedzi również sporo. Byłem zdenerwowany i roztrzęsiony. Pojawiający się w takich sytuacjach niesamowity katar i towarzyszące mu łzy dały o sobie znać. Być może przyjęto to jako wyraz skruchy, ale naprawdę nie to zaprzątało moją głowę. Myślałem tylko, dlaczego zostałem zadenuncjowany. Kartki z fraszkami przecież nie ukrywałem, widziało je kilku kolegów i wszyscy wyrażali opinie, że są trafne. Nie przyszło mi nawet do głowy, że ktoś może je opacznie zinterpretować i wywołać taką burzę. Kartka zupełnie przypadkowo trafiła do rąk sekretarza podstawowej organizacji partyjnej Srebrnego. Dowiedziałem się o tym wówczas, kiedy ku mojemu największemu zaskoczeniu zostałem przez niego wezwany na rozmowę.

Kto zainspirował towarzysza do napisania tych fraszek, w jakim celu były pisane i kto współuczestniczył w ich tworzeniu oraz w wykonaniu rysunku towarzyszącej jednej z nich? - usłyszałem nieznoszące sprzeciwu pytanie. Były i inne pytania oraz próby przekonania mnie, że swoim czynem podważyłem jedność państw socjalistycznych oraz zwartość Układu Warszawskiego. Nie pomogły próby tłumaczenia i wyjaśniania. Rozmowę zakończył stwierdzeniem, że jeszcze nie wie, co zrobi, ale na pewno sprawy nie puści płazem. I rzeczywiście przekonał mnie o tym za kilkanaście minut.

Szef, popularnie zwany Żarówą, wezwał mnie niespodziewanie. Leżąca przed nim znana mi kartka oraz towarzyszący mu zawsze w trudnych sytuacjach Jajuszko mówiły same za siebie. Zwyczajowo usłyszałem, że ukończone studia oraz tytuł magistra zobowiązują do myślenia. Nie rozwodził się długo. Stwierdził tylko, że karze mnie naganą ustną, a kara ta ma wytrącić argumenty z rąk Srebrnego, gdyż na pewno nie będzie on chciał dać za wygraną. Rozumiałem szefa doskonale i wiedziałem, że musiał tak postąpić. Byłem mu nawet w swoisty sposób wdzięczny. Jednak niespodziewanie okazało się, że konsekwentny w swoim działaniu Srebrny wrócił do pokoju Żarówy i obcesowo zażądał zwrotu kartki. Na nic zdały się tłumaczenia, że zostałem już rozpatrzony i otrzymałem stosowną karę. Ta pierwsza i jedyna kara w moim życiu przestała praktycznie istnieć. Zastąpiła ją wielka niewiadoma, chociaż mogłem przypuszczać, co się święci. W ten oto sposób służbowy tryb rozpatrywania miał zostać zastąpiony drogą partyjną, co dla mistrza Pelczarka, którego podejrzewałem o wkroczenie do akcji, było zwykłą formalnością, by nie powiedzieć kaprysem.

- Pytam jeszcze raz – dotarł do mnie flegmatyczny głos Gedymina – jak towarzysz z perspektywy kilku dni ocenia swój czyn?

- Co mam odpowiedzieć? - myślałem. - Nie słyszałem przynajmniej połowy pytań, nie trafiały do mnie wyrażane opinie i oceny. Nie wiem nawet, co odpowiadałem

Moje rozmyślania zostały nieoczekiwanie przerwane zaskakującym kopnięciem pod stołem w nogę. Podniosłem głowę i spojrzałem na siedzącego obok Janusza Bujkonta. Czułem, że chce mi coś powiedzieć, ale z oczywistych powodów nie może. Zrozumiałem jego intencje i postanowiłem iść na całego.

- Wiecie, towarzysze! - wystrzeliłem z grubej rury. - To wy, właśnie wy, otworzyliście mi oczy. Dzięki wam mogę właściwie postrzegać otaczający świat. Jestem wam za to wdzięczny.

Uśmiechy na twarzach potwierdzały celność strzału. Pozostała tylko formalna narada, podczas której miała być podjęta odpowiednia decyzja. Kilka minut oczekiwania trwało niemal wieki, po których usłyszałem, że rozmowa osiągnęła cel, a ja zrozumiałem popełniony błąd i wyrażam pełną skruchę. Postanowiono równocześnie, że o całym zajściu i decyzji egzekutywy powiadomiona zostanie organizacja partyjna na najbliższym zebraniu. Czułem się zdruzgotanym zwycięzcą. Byłem zadowolony, że zaplanowana podróż służbowa zaoszczędzi mi uczestniczenia w zebraniu. Dawało to bowiem szansę uniknięcia dodatkowych i niepotrzebnych wstrząsów. Rzeczywistość miała jednak okazać się bardziej skomplikowana niż przypuszczałem. Dowiedziałem się o tym z ogłoszenia, na którym dokonano zmiany terminu zebrania oraz uzupełniono jego porządek o sprawy personalne. Nie miałem żadnych wątpliwości, o co chodziło i nie myliłem się. Okazało się, że decyzja egzekutywy nie wszystkich usatysfakcjonowała. Przypuszczałem wówczas i do dzisiaj nie zmieniłem w tej kwestii zdania, że mógł to zrobić jedynie Pelczarek. Zresztą swoje wielkie zaangażowanie w tę sprawę potwierdzał wielokrotnie, używając publicznie niewątpliwie wyszukanego określenia: „Niektórych toczą procesy gnilne. Fraszki piszą”. Za jego sprawą słowo fraszka stało się synonimem wszelkiego zła, podłości i zepsucia.

Do zebrania postanowiłem przygotować się starannie. W tych czynnościach nie byłem jednak osamotniony. Mój główny adwersarz, czyli Srebrny, ruszył również pełną parą. W swoich przygotowaniach okazał się niezwykle przebiegły i wszechstronny. Wezwał do siebie Tadka Witczaka, Tadka Rzepę, Mietka Jakubca i Ludka Koszyka oraz postawił polecenia partyjne, aby zajęli jednoznaczne i zdecydowane stanowisko. Wybór akurat ich nie był przypadkowy. Wszyscy byli w zbliżonym do mnie wieku i stopniu wojskowym, co naturalnie powodowało, że byliśmy ze sobą w koleżeńskich układach. O wszystkim dowiedziałem się od Tadka Witczaka, który przyszedł do mnie i poprosił, abym mu wyjaśnił, o co w tym wszystkim chodzi, gdyż otrzymał niejasne zadanie. Wprowadziłem więc go w tajemnice mojego czynu, na co stanowczo oznajmił, że nie będzie zajmował się bzdurami i głosu nie zabierze. Tak też zrobił. Poza tą czwórką mieli mnie krytykować jeszcze inni, a żeby potępienie było pełne, zadbano o to, by ostre oceny padły także z góry. W tej sytuacji stanęło przede mną niesamowicie trudne zadanie. Wpadłem więc na pomysł, by w swej obronie wykorzystać „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, a czujność Srebrnego porównać do czujności wywiadowcy Bretschnajdera, który swoje spostrzeżenia skwapliwie notował na mankiecie koszuli. Natomiast swój występek chciałem odnieść do czynu Palivca, u którego w knajpie „Pod kielichem” muchy obsrały portret cesarza Franciszka Józefa, za co tenże został uznany za wroga Monarchii Austro-Węgierskiej oraz cesarza i skazany na więzienie. Planowałem również przestrzec przed przypływem nadmiernej czujności, gdyż mogłoby się zdarzyć, że kogoś, kto zarecytuje pierwsze strofy „Pana Tadeusza” lub zaśpiewa pierwszą zwrotkę hymnu narodowego można będzie uznać za nacjonalistę o wielkomocarstwowych skłonnościach, mogącym osłabić nasze sojusze obronne, a w konsekwencji doprowadzić nawet do rozpadu socjalistycznej wspólnoty. Myśli te, może nie do końca uporządkowane, przeniosłem na papier z nadzieją, że uda mi się je wykorzystać.

Zebranie miało odbyć się w sposób bardzo nowoczesny. Tak zresztą przebiegały nasze wszystkie zebrania. Muszę w tym miejscu zauważyć, że Okrągły Stół nie był pomysłem końca lat osiemdziesiątych. Jego idee praktykowane były na naszych zebraniach kilka lat wcześniej. Praktycznie nie powoływano prezydium i każdy mógł usiąść w dowolnym miejscu wokół stołów ustawionych w czworobok, o ile się oczywiście na to odważył. Znajomość swojego miejsca w szyku obowiązywała nadal prawem zwyczaju. Nie było też oficjalnego meldowania o gotowości do zebrania, chociaż wielu, głownie z kręgów elity władzy lub zbliżonych do niej, nie potrafiło pozbyć się pokornego skłonu głowy, charakterystycznego klaśnięcia dłońmi o uda i tak sprawdzonego zwrotu: „Melduję, towarzyszu”, „Tak jest, towarzyszu”. Demokratyczny charakter naszych zebrań był upowszechniany w tak zwanym terenie przez prasę wojskową.

Zebranie otworzył Gedymin, zastępca Srebrnego, i poinformował, że jego porządek został poszerzony o sprawy personalne; zakomunikował również, że przedmiotowa sprawa była rozpatrywana na egzekutywie, a następnie monotonnie przeczytał moje fraszki. W ten sposób treści, które miałem bezwzględnie wymazać z pamięci, dotarły już do kilkudziesięciu osób, a jak pokazała przyszłość, dotarły do szerszego kręgu. Inicjatorzy tego żałosnego spektaklu nie uświadamiali sobie, że mimowolnie stali się sprawcami upowszechnienia zła.

Frekwencja na zebraniu była wyjątkowo duża. Nie było chyba tylko mistrza Pelczarka. Atak rozpoczęła góra. Dominowali w tym Buczek, Tomaszek i Bieniasz. Po raz kolejny usłyszałem, że swoją bezmyślną i nieodpowiedzialną pisaniną naraziłem dobre imię oficerów, przez co puściłem wodę na młyn „Solidarności” i innej szumowinie. Następnie było trucie o naruszeniu pryncypiów socjalistycznej odnowy, osłabieniu sprawności obronnej Układu Warszawskiego oraz naruszeniu zwartości państw systemu socjalistycznego. Dowiedziałem się przy okazji, że najbardziej destrukcyjną wymowę miała fraszka o treści:

Zabrali fotel, znalazł się nowy,

skonstruowany w ramach odnowy.

Natomiast fraszka brzmiąca:

Może być brzydka, byleby nowa,

aby się mogła odbyć odnowa.

potwierdzała dość powszechną opinię, że moje rodzinnie życie wyraźnie odbiega od obowiązującej dewizy „Rodzina wojskowa wzorem rodziny socjalistycznej”.

Do rangi problemu podniesiona została ewentualność, że fraszki te mogłem napisać w służbowym czasie, co potęgowałoby ich destrukcyjny charakter. Szczególnie zaś potępiono fakt powielenia ich w sześciu egzemplarzach na służbowym powielaczu, przez co naraziłem swoją instytucję na stratę kilkudziesięciu groszy, chociaż papier był mój.

Tym jednostronnym zmaganiom towarzyszyły na szczęście momenty humorystyczne. Kiedy próbowano ustalić, w jakim czasie pisałem te bezeceństwa, Mitka podpowiedział mi szeptem słyszanym w całej sali, bym poinformował, że najczęściej wena twórcza nachodzi mnie na kiblu. W tym też czasie po sali krążyła tajemnicza karteczka, a z nią fala tłumionego śmiechu. Kiedy dotarła do mnie, z przyjemnością odczytałem króciutki tekścik:

Napisał fraszkę

i dostał w czaszkę.

Fraszka podobała mi się bardzo, lecz z przykrością muszę przyznać, że nie byłem jej autorem. A szkoda. Zaimponowało mi natomiast szczególnie to, że w tak idiotycznej sytuacji niektórzy potrafili się wznieść ponad to wszystko i zdobyć się na przedni humor. A autorem fraszki według mnie był Tadek Rzepa lub Wojtek Punar.

W tej sytuacji Gedymin również wykazał się dużym wyczuciem. Uznał bowiem, że nic tak nie rozładuje sytuacji, jak przerwa. Bardzo się jej bałem, gdyż nie wiedziałem, czy ktokolwiek odważy się podejść do mnie i porozmawiać. Mogłem się spodziewać, że jedyną rzeczą towarzyszącą mi podczas przerwy może być pustka. Myliłem się. Wokół mnie zebrało się wiele osób, a rozmowy raczej nie tyczyły rozpatrywanej sprawy. Zauważyłem jednocześnie, że elity trzymają się razem, natomiast w końcu korytarza stoi osamotniony Srebrny. Czułem, że coś go dręczy, był jakoś dziwnie smutny i jakby o wiele starszy niż w rzeczywistości. Było mi go nawet trochę żal i czułem, że sprowokowana przez niego cała awantura miała być przeciwwagą wobec czegoś, co go dotykało bezpośrednio. Wydawało mi się nawet, że tego wszystkiego żałuje. Dzisiaj, podobnie jak i wtedy, nie jestem w stanie stwierdzić, czy tak było w rzeczywistości, czy też chodziło o najzwyklejsze wykazanie się sukcesem. Ale to nie pasuje mi jakoś do przejawów rozsądku i rozwagi, jakie obserwowałem u niego wówczas i jakie dostrzegam obecnie.

W dalszej części zebrania wypowiadali się ci z polecenia partyjnego. Tadek Witczak, zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, nie zabrał głosu. Rzepa w typowy dla siebie sposób sprowadził całość problemu do kultury politycznej i świadomości historycznej. Mietek Jakubiec próbował bawić się w krytyka literackiego, natomiast Ludek Koszyk beznamiętnie uzasadniał, że wszystko miałoby zupełnie inny wymiar, gdybym dopisał, że fraszki są rodzajem satyry.

Żadna z tych wypowiedzi nie mogła usatysfakcjonować przedstawicieli władzy, gdyż wywoływały reakcje diametralnie odmienne od oczekiwanych. Przykładowo Antoni Pawlacz powiedział wprost, że po tym, co usłyszał od Bieniasza, gotów był uznać mnie za bezmyślnego kaskadera, ale obecnie nie widzi żadnej mojej winy, a wprost przeciwnie, dostrzega szukanie na siłę kozła ofiarnego. Podobnie wypowiadał się Krzysiek Wachowicz, który oznajmił, że jeżeli dojdzie do jakiegokolwiek głosowania, to nie weźmie w nim udziału, gdyż jest to strata ponad dwóch godzin dla kilkudziesięciu osób. Pozostałe wypowiedzi były podobne, a oskarżyciele powoli stawali się oskarżonymi. Do takiej sytuacji nie można było jednak dopuścić. Postanowiono więc udzielić mi głosu, ale, niestety, było to tylko pozorne udzielenie. Nie miałem możliwości wypowiedzenia się, a pozwolono mi jedynie odpowiadać na kolejne absurdalne pytania. Musiałem więc ponownie powtarzać kiedy, po co, z czyjej inspiracji i dlaczego. Moje skrupulatne przygotowanie zdało się na nic.

- Zapewniam was, towarzysze – mówiłem fałszywie – że na zawsze wypleniliście ze mnie wszelkie myśli o pisaniu czegokolwiek, a satyry w szczególności. Zrozumiałem swoje błędy, a wy mi w tym pomogliście.

- Nie, nie towarzyszu – usłyszałem głos Tomaszka – to nie o to chodzi. Czasy są ciężkie i trudne, przeciwnik nie śpi. Możecie się przecież przydać, wystarczy zrozumieć istotę zachodzących przemian i właściwie ukierunkować ostrze swojej satyry. W przyszłości postaramy się skorzystać z możliwości i umiejętności towarzysza. Ojczyzna oraz partia są i będą w potrzebie – zakończył zatroskany.

Nic nie odpowiedziałem na takie dictum, postanowiłem przemilczeć składane mi oferty, czym prawdopodobnie zaskoczyłem kierownictwo. W zaistniałej sytuacji wypadało zakończyć sprawę, lecz nie było żadnego wniosku. I wtedy ktoś niespodziewanie zapytał o stanowisko egzekutywy. Wtedy ku zaskoczeniu zebranych Gedymin poinformował, że egzekutywa postanowiła zakończyć sprawę na rozmowie. I znów padło przypadkowe i trudne pytanie. - Jak to właściwie się stało, że w ogóle podjęto ten problem i nadano mu taki rozgłos oraz dlaczego nie uszanowano decyzji egzekutywy? Wówczas ociężale podniósł się Srebrny i udając, że niby czegoś szuka w okolicy czubków swoich butów, powiedział, że to on przechwycił tę trefną kartkę i poczuł się w obowiązku poinformować o tym przełożonych. Dlaczego jednak sprawę wniesiono na zebranie, nie był w stanie odpowiedzieć, chociaż dał do zrozumienia, że decyzja egzekutywy nie satysfakcjonowała Pelczarka.

Po raz drugi w tym dniu było mi autentycznie żal. Miałem mu nawet za złe, że nie zrobił uniku, by nie uczestniczyć w zebraniu. Miał przecież takie możliwości, jak choćby niespodziewany wyjazd służbowy. Jednocześnie byłem pełen podziwu dla wykazywanej w tym momencie odwagi, co w dużym stopniu tłumiło niechęć, jaką do niego czułem.

Pozostał jeszcze ostatni problem, czyli głosowanie. Nie bardzo jednak wiedziano nad czym głosować. I wówczas Gedymin znalazł salomonowe rozwiązanie. Zaproponował mianowicie, aby – z uwagi na zrozumienie przeze mnie istoty popełnionych błędów i przeprowadzenie samokrytyki - ponownie przegłosować wniosek o zakończenie sprawy na rozmowie.

Głosowanie nie było jednomyślne. Kilku prawych towarzyszy, szczególnie zatroskanych o przyszłość Ojczyzny, Układu Warszawskiego i bloku państw socjalistycznych, konsekwentnie trwało przy swoim.

- I widzicie, że mówiłem prawdę. To tylko zdecydowanie i czujność pryncypialnych towarzyszy zapobiegły, sprowokowanemu przeze mnie, wyprzedzeniu naturalnego biegu historii. A kto wie, czy takie niekontrolowane przyśpieszenie nie spowodowałoby przypadkiem nieobliczalnego w skutkach kataklizmu.


Styczeń 1990 r. Rekonstrukcja zdarzeń z lutego 1981 roku. Zmienione zostały wszystkie nazwiska.



 


 


 


 


 

  Spis treści zbioru
Komentarze (10)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
W lutym 1981 roku obiecywałem, że satyry, a w szczególności fraszek, nigdy już pisał nie będę. W tym postanowieniu wytrwałem ponad 8 lat, chociaż do dzisiaj od tego momentu powstało ich chyba tylko kilkanaście lub kilkadziesiąt.
Teraz niektórych w oczy kolą moje limeryki, bowiem nie idę w nich po linii i na bazie oraz kpię sobie z ludzkiej głupoty, fałszu, obłudy, obskurantyzmu i zakłamania. Z tego też powodu byłem zbanowany na 14 dni.
Nic nie obiecuję, ale przyznam się, że przez te dwa tygodnie nie napisałem ani jednego limeryku i nawet nie czułem takiej potrzeby. Czy to będzie miesiąc, rok, czy też kilka lat, nie wiem. Oczywiście, mam ich sporo w zapasie, ale ostatni z nich powstał 15 dni temu. Ale w ciągu tych 14 dni uporządkowałem limeryki powstałe od wiosny tego roku i wydałem kolejny tomik zawierający 240 limeryków. Tytuł "Satyryczne kontynuacje".
Czy będą kolejne satyryczne kontynuacje, też nie wiem. Te dwa tygodnie obfitowały bowiem w przeróżne przemyślenia i refleksje.
avatar
cóż, pozostaje mi tylko powtórzyć za W. Allenem - mój brat znosi złote jajka. - Poślij go do lekarza. - Ale my potryebujemy złotych jaj.
avatar
W początkowej części przypadkowo niepotrzebnie wpisały mi się literki "aa", natomiast w części końcowej zabrakło zaimka "go" (było mi "go"). Brakuje też chyba jednej kropki na końcu zdania.
avatar
Dla mnie bezbłędne. Umykają mi większe brokuły
avatar
Jest sporo błędów konstrukcyjnych.
Interpunkcyjnych też :)))
Ale fajne są takie wspomnienia.
Napisane nieźle, choć nie mają pazura.
Witaj po rekolekcjach. :)
avatar
proszę wskazać błędy konstrukcyjne. nie zauważyłem ani jednego.
avatar
Bardzo dziękuję za komentarze. Proszę wziąć pod uwagę, ze tekst powstał i był publikowany 28 lat temu. Nic w nim nie zmieniłem. Sprawdziłem jedynie interpunkcję, żadnych błędów nie dostrzegłem, a jedynie zgubiłem kropkę po zdaniu: Nie wiem nawet, co odpowiedziałem.
Będę więc wdzięczny za wskazanie tychże błędów, ale również za wskazanie błędów konstrukcyjnych.
Co zaś tyczy braku pazura, to mogę się z tym zgodzić, ale chciałem wiernie oddać przebieg tych zdarzeń, więc nic nie chciałem robić na siłę.
avatar
I takie to były czasy, że przez "głupie" fraszki można było zostać wrogiem ustroju.

Ale mam déjà vu. Tyle lat minęło, komuna dawno się skończyła... a fraszki znowu mogą być przyczyną... wyklęcia :)

Janko, cieszę się, że już jesteś :)
avatar
pazur jest wielki. tak duży że trudno go dostrzec. wielki jak kawał historii w który się wrysował.
avatar
Przeczytałem jako "zatrzymane w kadrze", kawał historii.
Faktycznie, jest kilka potknięć w zapisie, nie wszystkie wynotowałem. Te, które wynotowałem:
(ten fragment zapisałbym inaczej, jako myśl, a nie wypowiedź?:
*- Czego oni ode mnie chcą? - myślałem. - Co ja takiego zrobiłem? Czy naprawdę wierzą w to, co mówią?
jako:
"Czego oni ode mnie chcą?" myślałem. "Co ja takiego zrobiłem? Czy naprawdę wierzą w to, co mówią"? (i jeszcze jedno podobne, w dalszej części)
- w kilku miejscach początek wypowiedzi bez myślnika.
*czy zdaje sobie sprawę - czy zdaję sobie sprawę
*moje rodzinnie życie - moje rodzinne życie.

Drobne to potknięcia, ale, jak czytam, tekst jest sprzed lat i niepoprawiany. Jednak jest opublikowany, więc naniosłem uwagi.

Treściowo jak w pierwszym zdaniu mojego komentarza. Po prostu lubię autentyki.
© 2010-2016 by Creative Media
×