Przejdź do komentarzyK-X ląduje (4 cz.)
Autor
Gatunekfantasy / SF
Formaproza
Data dodania2019-04-13
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń437

K-X ląduje (4 cz.)



Jedyną opowieścią na tematy ziemskie, przy której dzieci zatrzymały się nieco dłużej, była opowieść Gryzia i w małych dodatkach małomównego Nosolka. Poważalscy opowiadali o swej wczorajszej lotniczej podróży znad morza, gdzie mieszkali wraz rodzicami. Ten temat wydał się rodzeństwu Śmieszalskich bardzo ciekawy, bo nieczęsto zdarzało im się latać w swoim życiu. Lot gołębiami z Gołębich Linii Lotniczych był też nie lada atrakcją, bo wysoko i daleko od ziemi. Księżycowemu zaś rodzeństwu wszystko wydawało się niezwykle ciekawe, co tylko ziemskie dzieci opowiadały.

Bracia Poważalscy, co nieco dramatyzując (zwłaszcza Gryzio), opowiadali jak to niebezpiecznie jest tak wysoko lecieć w czasie zmiennej pogody. A oni taką pogodę właśnie mieli. Zmieniała się jak w kalejdoskopie. Przez to ich lot był naprawdę niebezpieczny. Najpierw był straszliwy upał i kurzyło niemiłosiernie, że im aż w gardłach od tego kurzu pozasychało. Potem zaś musieli uciekać od naciągającej z zachodu burzy z piorunami. Udało im się uciec, bo gołębie leciały jak szalone, popędzane przez nawigatora z pobliskiej wieży nawigacyjnej. Lecz i tak przemokli do suchej nitki. Bo choć gołębie, zmieniając parokrotnie pułap lotu, zdążyły pięknym łukiem ominąć miejsce burzowego zagrożenia, to jednak zahaczyły o ramię czarnego chmurzyska i zanim zdołały się wyrwać z tego niechcianego objęcia, wszyscy byli już mokrzy jak szczury wodne. Ale najważniejsze, że byli uratowani. Potem mieli planowaną przerwę w locie, bo gołębie musiały przekazać i odebrać przesyłkę pocztową. Schodziły więc do lądowania na małej łące nieopodal dużego miasta. Wtedy Gryzio zauważył, że skórzany pasek torby pocztowej, którą gołąb przez niego zajęty miał zawieszoną na szyi, był zaplątany o jego łapy. Najprawdopodobniej stało się to podczas ich karkołomnej ucieczki przed zwałami granatowych chmur burzowych. Gryzio w mig zrozumiał, że mogą mieć poważne problemy przy lądowaniu. Długo się nie zastanawiając, natychmiast zsunął się z grzbietu gołębia i obejmując obiema nogami szyję nieszczęśnika, zawisł głową w dół. W takiej pozycji próbował odsupłać całą tę plątaninę. Był bardzo zdenerwowany tą sytuacją, gdyż do lądowania pozostało parę minut i nie wiedział czy zdąży. A co gorsza, bał się o rodziców, bo gdyby zobaczyli, co on wyprawia, mogliby dostać palpitacji serca. Ręce mu przeto drżały strasznie i dopiero nie mógł sobie poradzić z odsupływaniem. Tym bardziej, iż wszystko to działo się na dużej wysokości i przy dużej szybkości. Nosolek, który ze zgrozą obserwował poczynania brata, krzyczał, żeby uważał, bo zbliża się gołąb z papciem Dumkiem na pokładzie. Gołębie zwyczajowo lecą jeden obok drugiego, tak że podróżni mogą siebie widzieć, ale gdy podchodzą do lądowania, zmieniają szyk i lecą gęsiego. Tak było i tym razem. Na szczęście dla Gryzia. Do lądowania więc, jako pierwszy ustawił się gołąb z papciem Dumkiem, jako drugi — z mamcią Pogodną, jako trzeci — z Nosolkiem, i jako ostatni, przygotowywał się właśnie zdefektowany gołąb z Gryziem na pokładzie, a właściwie pod pokładem. I nagle, nie wiadomo co się porobiło, bo wbrew oczekiwaniom gołąb papcia zwolnił i zrównywał się z gołębiem Gryzia. Szczęściem w nieszczęściu, Nosolek, jako że dysponował szczególnymi zdolnościami węchowymi i wywęszył szybciej ten gołębi manewr — w porę ostrzegł brata. Gryzio pojął, że liczą się sekundy. Wtedy niewiele myśląc, zrobił użytek ze swoich pokaźnych i zdrowych zębów i w momencie przegryzł poplątany pasek z grubej skóry, tuż przy prawej łapie spanikowanego już gołębia. Wszystko zakończyło się w końcu pomyślnie. Lądowanie mieli spokojne i miękkie, a i torba pocztowa z całą zawartością była uratowana. Zsunęła się z szyi gołębia dopiero po wylądowaniu. Rodzice chłopców, nie świadomi rozgrywającego się w powietrzu dramatu, z zadowolonymi minami zeskoczyli na trawę. Po krótkim międzylądowaniu i załatwieniu spraw pocztowych szczęśliwa rodzinka Poważalskich znów wzbiła się wysoko w niebo. Pozostała część lotu odbywała się już bez większych problemów. Tyle że znów gorąco robiło się w powietrzu, bo słońce po krótkim odpoczynku na nowo zaczęło zabawiać się podróżnymi i strzelać w ich kierunku złotymi promykami. Jednak powietrze, po ulewnej burzy, choć ponownie stawało się gorące, było bardziej pachnące. Czemu dobitnie dawał wyraz Nosolek, kręcąc co rusz swoim kinolkiem. Inaczej pachniały lasy, nad którymi przelatywali, inaczej jeziora, a jeszcze inaczej rzeki. A już łąki, te to pachniały wręcz całą gamą upojnych zapachów. Akurat było po sianokosach i na niektórych łąkach oraz polanach skoszona trawa leżała porozrzucana i suszyła się w promieniach słonecznych. Na innych zaś stały uformowane już stogi siana, które również wygrzewały się w słońcu. Zapach rozchodził się więc niesamowity. Nawet na dużej wysokości. Wszyscy podróżni, lecąc znów lotem szeregowym, spoglądali na siebie i robili zachwycone miny. Mina Nosolka wyrażała nie tylko zachwyt, wyrażała upojenie. Nosolek czuł się jak w niebie… jak w siódmym niebie, jak to sam akcentował.

— Masz rację, Nosolku — powiedziała K-2 z równie wielkim zachwytem, i to na obydwu twarzach. — Te zapachy u was na Ziemi są zniewalające. To jest pierwsze moje największe odczucie, którego doznałam po otwarciu się włazu naszego statku kosmicznego.

— Poczekaj tylko, K-2! — prawie wrzasnął Gagatek. — Jak pójdziemy w głąb naszego lasu, to dopiero zobaczysz, jakie tam zapachy. Och, przeproszonko… poczujesz, jakie tam zapachy. A jak widać, masz też czym je wąchać, chyba nawet lepiej niż Nosolek, bo masz aż…

— No, no, Gagatku, nie rozpędzaj się za bardzo z tą swoją dokładnością — przerwał bratu Chwatko i spiorunował go wzrokiem. A potem już z uśmiechem zwrócił się do swoich księżycowych przyjaciół: — Powiedzcie mi, a ile wy właściwie macie lat?

— Ja mam dwanaście lat, a K-1 trzynaście — ochoczo odpowiedziała K-2.

— Lat świetlnych? — Gagatek błysnął inteligencją.

— Nie, ty już naprawdę przesadzasz, Gagatku! — wrzasnęła zdenerwowana Śmieszka i prawą ręką zamierzyła się, by dać bratu w ucho.

— Sieimieszko, nie! Daj mu spokój! — ze śmiechem zawołała K-2. — Lubię takie wesołe dzieci. A jego pytanie wcale nas nie obraża. — I patrząc na zaniepokojoną już z lekka twarz Gagatka, dodała: — Wiesz Gagatku, nasz wiek liczy się tak samo jak wasz. A dzieje się tak dlatego, że Księżyc i Ziemia znajdują się w tej samej galaktyce. W naszej Galaktyce. Lata świetlne dotyczą innych, odległych galaktyk.

— Zrozumiałeś, ty niesforny Gagatku? — spytała Śmieszka, uśmiechając się już. Po czym przedstawiła księżycowym przyjaciołom wiek swoich kuzynów i swojego rodzeństwa oraz swój.

— Czy ty wiesz, K-2, że u nas na Ziemi twoje imię jest też znane? — spytał Chwatko z zadumaną nieco miną. — K2, tak właśnie nazywa się najwyższy szczyt w górach Karakorum, drugi pod względem wysokości na Ziemi. Uczyłem się kiedyś o tym na lekcji geografii.

— Coś ty, Chwatko, naprawdę?! — z wielkim zdziwieniem, ale i z zainteresowaniem spytała K-2 i aż podskoczyła z wrażenia. — A gdzie on jest? Muszę go koniecznie zobaczyć!

— A, to daleko, bardzo daleko od nas — poinformował księżycową przyjaciółkę Chwatko, ale widząc jej w dalszym ciągu tak samo zaciekawioną minę, objaśnił: — Nikt z nas jeszcze tam nie był i K2 na oczy nie widział. Ani papcio Chwat, ani nawet dziadek Hardy. Dla nas to jest po prostu za daleko.

— Koniecznie muszę go zobaczyć! — z jeszcze większym naciskiem powtórzyła K-2. — Wiem, co zrobię. Poproszę ojca i dziadka, żeby w drodze powrotnej na Księżyc skierowali nasz statek kosmiczny właśnie na ten K2 i koniecznie obniżyli tam pułap lotu, abym mogła się temu szczytowi dobrze przyjrzeć. A gdy następnym razem znów do was przylecimy, to wam dokładnie opowiem jak on wygląda. Dobrze?

— To jest pomysł! — Chwatko wrzasnął podniecony. — Bo teraz z wami poleci nasz papcio Chwat, to i on by zobaczył to olbrzymie cudo naszego świata na swoje własne, papciowe oczy. A myślisz K-2, że twój dziadek i ojciec się zgodzą?

— Już w tym K-2 głowy — oznajmił ucieszony K-1. — Jak ona się czegoś uczepi, to nie ma zmiłuj. Tak długo będzie wierciła dziurę w brzuchu, aż osiągnie to co chce. A że ojciec i dziadek mają szczególną do niej słabość, to sprawa jest już tak jakby załatwiona.

— Chra, chrra, chrrra! — zaśmiała się serdecznie K-2, zgrzytając wspaniale, ku uciesze ludkowego grona. — Nie inaczej braciszku. Ma się te względy. Ale żeby je mieć, to trzeba sobie zasłużyć. A ja się bardzo staram. Czego nie można powiedzieć o tobie. Ale że jestem dobrą siostrą, to i tobie pozwalam korzystać z moich dziadkowo-ojcowskich względów. Tak że spokojne twoje głowy, dzięki K-2 zobaczysz K2.

— Wielkie dzięki, siostrzyczko — powiedział ubawiony K-1 i ustami dolnej twarzy wycelował w nią głośnego buziaka jak z dubeltówki, aż iskry przeleciały między nimi.

— Niech mnie bocian kopnie! A to co było?! Widzieliście?! — wrzeszczał Gagatek, patrząc na miny rodzeństwa i kuzynów. — Zrób tak jeszcze raz… Albo nie. Pocałuj tak Śmieszkę, K-1, proszę.

— Uspokój się już lepiej, bo ja zaraz ciebie pocałuję — syknęła do brata zawstydzona Śmieszka i znów wzięła zamach, aby dać mu w ucho. Lecz ręka jej zawisła w powietrzu, bo zobaczyła nadchodzących od strony lądowiska obu dziadków i trzech ojców.

— Jesteście grzeczne, moje dzieci? — spytał dziadek Hardy, przelatując wzrokiem po swoich wnukach, a że miny ich nie zdradzały niczego niepokojącego, dodał z tajemniczą miną: — Bo jeżeli tak, to my tu dla was coś mamy.

— Jeszcze jak grzeczni! Grzeczni… jak nigdy przedtem! — znów pierwszy wyrwał się Gagatek, zapominając już całkowicie o buziaku. Tak był przejęty tym „czymś”, co dziadek Hardy razem z dziadkiem K-X chowali za plecami, że nawet bajkowy pocałunek królewny z ohydną żabą nie przyciągnąłby w tym momencie jego uwagi. — Drodzy nasi dziadziusiowie, proszę, powiedzcie, czy to „coś” jeździ?

— No, a ten nieustająco ma tylko jedno w głowie — odezwał się papcio Chwat i z lekką obawą popatrzył na rozpromienionego syna. — Tak, to „coś” jeździ i nazywa się samopojazd ziemski, ale od razu zaznaczam, to znaczy, my wszyscy zaznaczamy, że tylko K-1 będzie go prowadził, bo tylko on otrzymuje od nas prawo jazdy. Zrozumiano? K-1 zna dobrze ten samopojazd i umie go prowadzić…

— Ach, papciu, błagam, nie rób nam tego — nie wytrzymał Gagatek, prawie już płacząc. — Przecież ja też… to znaczy my też chcemy jeździć…

— Nie martw się, Gagatku! — K-Y z szerokim uśmiechem na dolnej twarzy próbował uspokoić chłopca. — Wszyscy razem będziecie jeździć. K-1, trzymając za kierownicę, będzie prowadził samopojazd, a wy wszyscy będziecie za nim stać, jeden za drugim, i trzymając się swojej poręczy, będziecie razem z nim jechać. Ojcze i Hardy wyciągajcie w końcu ten samopojazd zza pleców, bo muszę dzieciakom wytłumaczyć w czym rzecz.

— Eee, to zwykła hulajnoga! — z niesmakiem skomentował Gagatek wygląd samopojazdu wystawionego przez dziadków na pokaz.

— Już ty się nie żołądkuj, Gagat — z podobnym niesmakiem zareagował papcio Chwat na komentarz syna. — Lepiej będzie jak się uciszysz i posłuchasz, co K-Y ma do powiedzenia.

— Otóż, moje dzieci, to nie jest żadna hulajżenoga, czy jak jej tam… — zaczął ponownie K-Y i puścił oczko do Gagatka. — Ale masz trochę racji, Gagatku, że z wyglądu ją trochę przypomina. Widziałem jej zdjęcie w naszej Encyklopedii Ziemi. Tyle że na waszej, aby jechać, trzeba się odpychać nogą, a nasz samopojazd, jak sama nazwa wskazuje, jedzie sam. Tylko trzeba nim kierować.

K-Y z wielką dokładnością zaczął tłumaczyć dzieciom jak się jeździ samopojazdem. Potem kazał K-1 zająć miejsce przy kierownicy, a pozostałym dzieciom ustawić się w szeregu według następującej kolejności: Gagatek, Gabcio, Śmieszka, K-2, Nosolek, Gryzio i na końcu Chwatko. Po czym rzucił rozkaz: — „Na przód! Do samopojazdu! Marsz!”. I kiedy dzieci domaszerowały do samopojazdu, rzucił kolejny rozkaz: — „Stop! W prawo zwrot! Prawa stopa na podłogę samopojazdu! Wykonać!”. Ku ogromnemu zdumieniu dzieci, oczywiście ludkowych, przed prawą stopą każdego z nich wyrosło coś w rodzaju poręczy. Ile prawych stóp, tyle poręczy. A to bardzo zaciekawiło Gagatka. Cofał więc swoją stopę z powrotem, poręcz się chowała, to znów stawiał ją na powrót na samopojeździe, poręcz się wyłaniała. I tak parokrotnie, aż go w końcu papcio Chwat zbeształ, to przestał, ale ciekawości swojej i tak nie zaspokoił. Było to widać po jego zawiedzionej minie. K-Y, widząc poczynania Gagatka, uśmiechał się radośnie, ale po chwili polecił wszystkich dostawić lewą stopę i rękami uchwycić się mocno poręczy. Kiedy jego polecenie zostało wykonane, wtedy nakazał K-1 zrobić próbną jazdę. Ależ była frajda! Dzieci były przeszczęśliwe. Aż piszczały ze szczęścia. A ich dziadkowie i ojcowie pękali ze śmiechu. Natomiast ich babcie i matki, zaniepokojone tak głośną wrzawą na podwórku, wybiegły wszystkie naraz z jaskini i z rozdziawionymi buziami wlepiały oczy w swoich najbliższych.

— Na litość Opaczności! Co tu się dzieje?! — wykrzyczała pytanie mamcia Radosna, która pierwsza z kobiet odzyskała rezon, i przekrzykując cały ten podwórkowy rwetes, usilnie nalegała na odpowiedź: — Czy w końcu się dowiemy, co tu się dzieje? Czy wyście poszaleli? Tym waszym hałasem cały las postawiliście na nogi z uszami na baczność.

— A dzieje się… dzieje! Same nie widzicie?! — z zachrypniętym od śmiechu głosem odezwał się papcio Dumko. — Nasze dzieci jeżdżą, i to nic nie robiąc…Po prostu jeżdżą! Widzicie to cudo techniki księżycowej?

— A czy to aby bezpieczne, to cudo? — nie przestawała pytać mamcia Radosna, patrząc z przerażeniem na samopojazd. — K-X albo K-Y, powiedzcie coś!

— Bądźcie spokojne, moje drogie! — K-Y, ciągle się śmiejąc, uspokajał kobiety. — Samopojazd jest nie tylko bezpieczny, jest niezawodny w każdej sytuacji. Ma takie oprzyrządowanie, że z całkowitym spokojem możemy nasze dzieci same puszczać na przejażdżki po okolicy.

— A do tego, K-1 i K-2 zawsze będą mieli przy sobie pasy bezpieczeństwa. A to, między innymi, da nam zupełną pewność, że w razie jakiś ich problemów, natychmiast będziemy mogli im pomóc — dodał jeszcze od siebie K-X, czym już chyba do końca uspokoił ludkowe mamcie i babcię. Potem ściągnął przyczepione do swojego pasa bezpieczeństwa cztery mniejsze pasy. Jeden z nich podał K-Alpha, drugi K-Beta, a dwa pozostałe trzymał dalej w ręku i czekał na dzieci, które się akurat do nich zbliżały.

Dzieci podjeżdżały z nieustającą wrzawą, raz piszcząc z uciechy, raz rechocząc ze śmiechu, to znów nawołując swoich rodziców i dziadków po kolei i wykrzykując pytania: czy ich widzą i czy im się ich jazda podoba. Kiedy wreszcie K-1 wyhamował samopojazd, wszystkie dzieci prawie jednocześnie zeskoczyły z niego. A dzieci ludkowe, w następstwie trwającej ciągle euforii, rzuciły się natychmiast na K-X i K-Y z szeroko otwartymi ramionami i dziękowały wylewnie za wielką niespodziankę, jaką sprawili im tym ich pojazdem.

— Dziękujemy z głębi naszych serc, kochani nasi Księżycowi Pobratymcy! —przekrzykiwał Chwatko rodzeństwo i kuzynów. — Za to, że jesteście. Za to, że jesteście wspaniali. Za to, i… za wszystko!

— No już dobrze, dobrze. Wcale nie musicie nam tak dziękować — powiedział K-Y, tuląc wszystkie dzieci do siebie. — A teraz, K-1 i K-2, zapinajcie swoje pasy bezpieczeństwa... i wszyscy w drogę! No jazda! Przygoda na was czeka!

— Ty, Gagatek, widzisz te dziwne pasy? Może trzeba by się dowiedzieć, co w nich jest pochowane, w tych ich różnych kieszonkach i przedziałkach? — ogromnie zaciekawiony Gabcio podpuszczał brata, szepcząc mu do ucha i zerkając jednocześnie na księżycowe rodzeństwo, które spokojnie zapinało na swoich biodrach szerokie pasy całe w złotym kolorze.

— Ma się rozumieć, że koniecznie trzeba się dowiedzieć — poparł brata równie zaciekawiony Gagatek, strzelając wzrokiem po pasach bezpieczeństwa, ale tych zapiętych na biodrach dorosłych gości z Księżyca. — Kochani nasi Księżycowi Pobratymcy, czy mnie się wydaje, czy nie, że te złote pasy wcześniej nie błyszczały na waszych biodrach?

— Nie, nie wydaje ci się Gagatku — odpowiedział K-Y, ubawiony Gagatka pytaniem. Po czym nachylił się do papcia Chwata i szepnął mu do ucha: — Co za pocieszny smyk.

Gagatek bardzo przypadł K-Y do serca. Już od samego początku. Podszedł do niego, i mierzwiąc mu włosy nad czołem, przytulił do siebie. Co Gagatek skwapliwie wykorzystał i zapuścił żurawia do kilku otwartych kieszonek jego pasa bezpieczeństwa. K-Y udał, że tego nie widzi. Odsunął go delikatnie od siebie i na długość swoich ramion trzymał przed sobą, patrząc mu głęboko w oczy dwiema parami oczu naraz. Co jakże niechętnie przyjął Gagatek, bo to zmuszało go do oderwania wzroku od zawartości jego pasa i patrzenia na jego, raz dolną, raz górną twarz. K-Y buchnął śmiechem i puścił do niego oczko, i to podwójne. Wreszcie się odezwał, głośno, aby wszystkie dzieci słyszały:

— Kiedy wy miło rozmawialiście na mostku, my w międzyczasie poszliśmy do naszego statku kosmicznego, aby go zabezpieczyć i nieco ukryć. I wtedy właśnie wzięliśmy parę potrzebnych nam rzeczy i wasz samopojazd ziemski, no i te pasy bezpieczeństwa. Ale wiedz, miły mój, z przykrością muszę ci to powiedzieć, że te pasy tylko my możemy nosić. Lecz to co w nich jest, będzie pomocne dla nas wszystkich. I dla nas i dla was. Z pewnością K-1 i K-2 chętnie wam wszystko, co jest w pasach, pokażą i wyjaśnią, co do czego służy. A teraz, jedźcie już… Przygoda czeka. A więc, witaj przygodo!

Wszystkie dzieci natychmiast ruszyły w stronę samopojazdu. A gnały jak szalone, z rękami podniesionymi do góry i ze świdrującym uszy przeraźliwym piskiem radości na ustach, zamienianym raz po raz na gromki okrzyk: — „Witaj przygodo!”.

— Zaraz… zaraz, poczekajcie! — krzyknął papcio Chwat, pędząc za dziećmi. A gdy je dopadł stojące już na samopojeździe i gotowe do jazdy, skoczył przed pojazd i z szeroko rozłożonymi ramionami zagrodził im drogę. — Poczekajcie! Jeszcze jedno muszę wam powiedzieć. Otóż, kiedy będziecie jeździć po lesie, czy gdziekolwiek indziej, proszę, abyście się zachowywali cicho. Żadnych pisków, żadnych głośnych śmiechów, żadnych wrzasków. Po pierwsze: wystraszylibyście niepotrzebnie zwierzynę leśną, a po drugie: za bardzo zwracalibyście na siebie uwagę. Myślę, że już dość się nawrzeszczeliście. Oszczędzajcie gardła, bo chrypki dostaniecie. No i… jakby to wam powiedzieć… No wiecie, uważajcie na siebie... Ach, ruszajcie już wreszcie!

— Jeszcze chwileczkę! Malusieńką chwileczkę! — krzyknęła tym razem mamcia Radosna. — Przecież nie możecie jechać bez czegoś do jedzenia i picia. Już mamy dla was wszystko przygotowane. Poczekajcie minutkę.

Mamcia Radosna złapała Pogodną za rękę i zanim puściły się biegiem, obie jednocześnie chwyciły za dół swoich sukien i uniosły je wysoko do góry, aby się w nie w czasie biegu nie zaplątać. Wreszcie ruszyły i w szybkim tempie wbiegły do jaskini. I tyle je było widać. Ale słychać było... szelest ich rozwianych odświętnych sukien.

— Ale my się mamy z tymi naszymi staruszkami — szepnął Chwatko.

Chwatko wcale nie był mniej podniecony niż jego młodsi bracia i też chciałby jak najszybciej ruszyć tym przedziwnym pojazdem na spotkanie z przygodą. A tu ciągle ich zatrzymywano. Niecierpliwił się już coraz bardziej. Ale kiedy usłyszał Gryzia zgrzytanie zębami i przeciągły syk reszty najwyraźniej też już zniecierpliwionego towarzystwa, przypomniał sobie, iż jest wśród nich najstarszy. A to zobowiązuje. Musi sobą dać dobry przykład, bo i odpowiada w pewnym sensie za nich wszystkich. Chrząknął głośno i dodał:

— No ale wiecie, starsi po prostu troszczą się o nas i powinniśmy być im za to wdzięczni, a że…

— O tak, tak! Masz rację, Chwatko! — babcia Miła, podsłuchując, wpadła wnukowi w słowo i odebrała jednocześnie plecak z rąk przybyłej akurat córki Pogodnej i synowej Radosnej. Po czym, jedną ręką poklepując Chwatka po plecach, drugą wieszała mu na ramionach ekwipunek na drogę. — Tak już musi być w życiu, że starsi zawsze muszą się troszczyć o młodszych. No, a teraz moi młodzi… teraz już nic innego nie pozostało, jak życzyć wam wspaniałej przygody. Ale nie zapomnijcie wrócić na czas na kolację i… No już dobrze, nie będę wam powtarzać tego samego, co papcio nakazywał, więc powiem tylko: Witaj przygodo!

I o to dzieciom przecież chodziło. Ruszyły natychmiast przed siebie, zachowując powagę i stoicki spokój. Tak jak papcio Chwat nakazał. Ale kiedy tylko zniknęły z zasięgu wzroku i słuchu starszych, nieco głośniej zrobiło się wśród załogi samopojazdu. Dzieci zaczęły nawoływać, aby ustalić jakiś plan wycieczki, bo głupio tak jeździć bez celu. Każdy miał inne propozycje i nie wiadomo już było, na którą się zdecydować. W końcu Chwatko, jako najstarszy, zadecydował, żeby jechać najpierw na Łysą Polanę i tam zrobić krótką przerwę i tam też ustalić dokładny plan wycieczki. Zawołał do K-1, aby zatrzymał samopojazd, bo chciał się zamienić miejscem z Gagatkiem, żeby mu wytłumaczyć, jak ma jechać. Jednak K-1 kategorycznie odmówił, gdyż uważał, że lepiej będzie zachować taką kolejność obsady miejsc na samopojeździe, jaką ustalił jego ojciec. Mówił, że jak zna ojca, to wie, że to nie jest bez znaczenia. Kazał tylko jeszcze raz podać dokładną nazwę tej polany, na którą mają jechać. Po czym wystukał coś na małej tablicy znajdującej się przy kierownicy samopojazdu i powiedział, że wszystko jest w porządku, bo już tam dojeżdżają.

Było tak istotnie. Po niespełna dziesięciu minutach byli już na Łysej Polanie. K-1 zatrzymał samopojazd i wszyscy zeskoczyli na trawę.

— Jak to jest możliwe, K-1? — Chwatko z niedowierzaniem kręcił głową, przyglądając się kierownicy samopojazdu. — To on ma też rozum, czy co, i wszystko zrobi, co mu tylko nakażesz?

— Zależy co masz na myśli, mówiąc „wszystko” — odpowiedział K-1 z łobuzerską miną na dolnej twarzy. — Ale tak poważnie rzecz ujmując, to akurat to, że samopojazd przywiózł nas gdzie chcieliśmy, to nie jest nic nadzwyczajnego. To tylko normalny system nawigacyjny w jego wielofunkcyjnym oprzyrządowaniu.

— Wiesz, K-1, coś sobie teraz postanowiłem — powiedział Chwatko z zadumaną miną. — Otóż postanowiłem sobie, i teraz mogę nawet obiecać, że już się niczemu nie będę dziwił. Wszystkie niezwykłości, jakie zaznam przy was, będę traktował jako całkiem zwykłe rzeczy. Zupełnie normalne. Bo inaczej zdurnieję, i to z kretesem. Nasz bór mi świadkiem. Nie będę się więcej głowił nad tymi waszymi niesamowitościami niezrozumiałymi dla mnie. Koniec, kropka!

— Och, Chwatko! Ty się znów aż tak nie przejmuj — rzekł K-1 z zabawną miną. — Żadne to „niezwykłości”, ani żadne „niesamowitości”, jak powiedziałeś. A swoją drogą, co to za trudne ziemskie słowa?... Ale, jeżeli coś będzie dla ciebie niezrozumiałe, ja zawsze z wielką chęcią ci wszystko wytłumaczę, więc pytaj i nie krępuj się. Bo kto pyta, nie błądzi…

— Dzięki, K-1 — Chwatko przerwał przyjacielowi z uśmiechem na twarzy. — Ale pozwól, że jak już, to spytam na sam koniec, to znaczy, przed waszym powrotem do domu. Bo tak sobie myślę, że może wiele rzeczy w końcu sam zrozumiem. A to by była dla mnie większa satysfakcja.

— Na gacka nietoperza urok! Skończcie już tę naukową gadkę! — wrzasnął zniecierpliwiony Gagatek. — Wy sobie gadu-gadu, a reszta towarzystwa ziemsko-księżycowego zaczyna się już nudzić. Może byście się w końcu nami zajęli, co? Gdzie ta przygoda, co?!

— Cicho, cicho… braciszku! Już się robi. Przygoda tuż-tuż! — Chwatko uspokajał Gagatka i resztę towarzystwa, patrząc na wszystkich z wesołą miną. — A więc, moi mili! Pójdziemy najpierw zobaczyć miejsce pierwszego kontaktu naszych dziadków sprzed trzydziestu lat. A potem pójdziemy do potoku, gdzie nasi dziadkowie wraz z pozostałą załogą statku kosmicznego ochłodzili rozgrzany do czerwoności zdefektowany statek. I tam ustalimy plan naszej dzisiejszej wycieczki. Zgoda?

— Jeszcze jaka zgoda! — wrzasnął ponownie Gagatek w imieniu swoim i wszystkich. I nagle, złapał za kierownicę samopojazdu i z błaganiem w oczach popatrzył na K-1. Ten zaś w lot pojął o co mu chodzi i z uśmiechem skinął obiema głowami na znak zgody. No i Gagatek, dumny jak paw, poprowadził samopojazd, ustawiając się na końcu i zamykając pochód przyjaciół ziemsko-księżycowych.

Dzieci ochoczo pomaszerowały na ścieżkę wspomnień swoich dziadków. Dotarły do olbrzymiej, rozłożystej sosny, pod którą ich przodkowie spotkali się w jakże dramatycznej sytuacji, a która w rezultacie okazała się być bardzo szczęśliwą. K-1 i K-2 nie mogli się nadziwić, że roślina (jak nazywali sosnę) może być taka duża i taka masywna. Z podziwu i chęci sprawdzenia wytrzymałości gałęzi wieszali się swoimi haczykowatymi kciukami na drzewie i skakali jak małpiątka z gałęzi na gałąź. Ku wielkiej uciesze ludków. W wyniku tych akrobacji, K-2 zawisła w końcu na jednej z gałęzi i mocno rozdarła sobie spódniczkę. Śmieszka wystraszyła się i zaraz zaoferowała swoją pomoc. Powiedziała, że jak wrócą do domu, to zaszyje ją tak ładnie, że nikt nie pozna, iż była porwana. K-2 podziękowała i powiedziała, że to nie będzie potrzebne. Wyciągnęła z jednej z kieszonek swojego pasa bezpieczeństwa jakiś mały metalowy prostokącik i przyłożyła go do rozdartej spódniczki. Spódniczka w mgnieniu oka była cała. Ba, w ogóle nie było śladu, ani po rozdarciu, ani po jakiejkolwiek reparacji. Dzieci ludkowe patrzyły na wynik tej operacji K-2 z niedowierzaniem pomieszanym z podziwem. A Chwatko z uśmiechem spojrzał tylko na K-1 i puścił do niego oczko. K-1 zaśmiał się w odpowiedzi i wzruszył pociesznie ramionami.

Następnym celem na ścieżce wspomnień był środek Łysej Polany. Miejsce awaryjnego lądowania statku kosmicznego. Stamtąd z kolei dzieci ruszyły w kierunku prostopadłym do tego miejsca, czyli do pobliskiego potoku. Każde z nich oczami wyobraźni widziało tu wielki dramat rozgrywający się wśród ich najbliższych w dalekiej przeszłości.

— Wiecie, ja coraz bardziej wierzę w przysłowia — powiedział Gryzio ze zmarszczonym czołem z zadumy. — A jedno z nich brzmi: „Nie ma nic złego, coby na dobre nie wyszło”. No powiedzcie sami, czy nie było tak z naszymi dziadkami?

— Masz rację, Gryziu — potwierdziła K-2 również w wielkiej zadumie. Co na moment sprawiło, że jej dolna twarz była tym razem identyczna jak górna. Ale po chwili szeroko się uśmiechnęła dolnymi ustami i nie były już identyczne. — Naprawdę wszystko wyszło super, bo teraz my możemy być razem. I kiedyś w przyszłości my też będziemy mieli swoje wspomnienia. A` propos wspomnień... Żeby je mieć, trzeba coś przeżyć. To co z tą przygodą?

— No właśnie. Co z nią? — zapytała również Śmieszka. — Ustalajmy wreszcie gdzie jedziemy i co robimy. Chłopaki ruszcie głowami.

— Ruszamy, ruszamy… chyba widać! — poinformował Gagatek i zaczął kręcić głową jak wariat. — No, ale żarty żartami, a czas nagli. Powiem wam więc jaki mam pomysł. Jedźmy nad rzekę Bobrzą, w miejsce, gdzie nasz potok do niej wpada. Tam jest fajowo. No i tam będziemy mogli popływać na grzbietach naszych znajomych bobrów i podziwiać wspaniałe widoki wzdłuż brzegu. Co, super pomysł, nie?

— Czy ja wiem? — odpowiedział zamyślony Chwatko i zmarszczył czoło. — Może to i niegłupie, ale…

— Czekajcie! — krzyknął K-1 w przypływie nagłego podniecenia. — Gagatek wspominał o jakimś uroku jakiegoś gacka nietoperza. Podoba mi się ta nazwa. Nigdy u nas nie miałem okazji jej słyszeć. A wcześniej, u was na mostku, też coś żeście wspominali o jakichś nietoperzach. Wprawdzie nie gackach nietoperzach, ale nietoperzach w pobliskiej jaskini. To może… tam jedźmy?

— Brrrr! — Jak na rozkaz Gabcio i Nosolek wzdrygnęli się jednocześnie z minami wyrażającymi obrzydzenie. I gdy Nosolek pozostał na dłużej z taką miną na twarzy, na której zaczęła malować się też i trwoga, to Gabcio zaś minę szybko zmienił. Zmuszony został do tego siarczystym szturchańcem swego brata bliźniaka.

— No co wy, chłopaki?! Spietraliście się już zupełnie, czy co? — wrzasnął Gagatek zdegustowany zachowaniem brata i kuzyna. — Toż to w dechę pomysł! I będzie wspaniała przygoda. No, to jazda! Jedźmy! Nie zwlekajmy już!

— Ale wymyślili… Te nietoperze są straszne — szepnęła Śmieszka do K-2, szukając ustami jej ucha, bo nie wiedziała, ile uszu ona ma i gdzie je ma. Tym bardziej, że gęstwina jej bujnych włosów ich ewentualne miejsca skutecznie przysłaniała.

— Nie martw się, Siemieszko — K-2 szepnęła również. — Wszystko, co było straszne, nie musi być zawsze straszne. Damy sobie radę. Wierz mi. To może być całkiem fajna przygoda.

— No więc, moi mili! Kto jest za? Kto jest przeciw? A kto się wstrzymuje? — Chwatko zarządził głosowanie. A widząc, że wszystkie ręce podniosły się przy „za”, szeroko się do wszystkich uśmiechnął. Po czym stojącego obok K-1 złapał za ramię i skrycie pogroził mu palcem, ku jego wielkiemu rozbawieniu. Sam zaś odchrząknął i zawołał uroczyście: — Skoro wszyscy jesteśmy za jaskinią nietoperzy, to w drogę!

Tego akurat nikomu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wszyscy w mig zajęli swoje miejsca na samopojeździe i ochoczo ruszyli w drogę. Do jaskini nietoperzy wprawdzie nie było aż tak daleko (o czym K-1 wszystkich poinformował, zerkając na nawigator), ale do kolacji zostało zaledwie cztery godziny, trzeba było się więc pośpieszyć, aby nadrobić czas i mieć go na tyle, ażeby zdążyć rozejrzeć się po wnętrzu jaskini jak i mieć go jeszcze trochę w rezerwie — na nieprzewidziane sytuacje. K-1 dodawał przeto gazu ile wlezie. A jego przyjaciele i tak go jeszcze popędzali. Pędzili więc jak szaleni. Aż im wiatr w uszach gwizdał i niemiłosiernie targał włosami, a te, smagały twarze aż do bólu. Ale nie tyle własne twarze, co twarze tych z tyłu, zajmujących miejsca za plecami. A w takim niewygodnym położeniu pod tym względem była zwłaszcza K-2, gdyż długie loki Śmieszki, wcześniej skręcone w spirale, w tak szalonym pędzie aż się prostowały i stawały się jeszcze dłuższe. Ale K-2 zaczęła w końcu robić zgrabne uniki i jakoś jej się udawało uniknąć kolejnych smagań. Co z kolei jeszcze bardziej utrudniało Nosolkowi jego niewygodne położenie. Bo nie dość, że K-2 miała w sumie jeszcze dłuższe włosy niż Śmieszka, gdyż wyrastały jej na górnej głowie i też sięgały do połowy pleców, to jeszcze jej uniki wprowadzały go w błąd. Biedny Nosolek nie wiedział już w którą stronę ma ze swoją twarzą uciekać od jej smagających włosów. Ale w końcu i on sobie poradził. Naciągnął czapeczkę z daszkiem bardziej na twarz, i trzymając się swojej poręczy, wychylił się do tyłu na długość swoich ramion i plecami oparł się o poręcz Gryzia. A Gryzio śmiał się tylko i krzyczał mu do ucha: — „Ach, te kobiety!”. Chwatko też w miarę szybko opanował obronę przed grubym i jakże niebezpiecznym warkoczem Gryzia. Warkocz kuzyna był tak ciężki, że nawet silny podmuch wiatru ledwo co był w stanie oderwać mu go od pleców. Chwatko musiał tylko uważać, by się zbytnio do przodu nie przechylać. Tak że w sumie czuł się zupełnie bezpiecznie. Miał też nie lada ubaw, gdyż mając wszystkich przed sobą, widział co za ekwilibrystykę co niektórzy urządzają. Gagatek zaś, stojąc za K-1, jechał sobie spokojnie i nie miał żadnego problemu z jego długimi włosami. Z prostej przyczyny. Był po prostu dużo niższy od niego. W rezultacie zielone włosy K-1 powiewały mu wysoko ponad jego głową, tworząc nad nią coś w rodzaju baldachimu. Co Gagatkowi nawet się podobało, bo wyobrażał sobie, że to zielone gałęzie drzew furkoczą mu nad głową. A to sprawiało, że ta szalona jazda wydawała mu się jeszcze fajniejsza. Gabcio i Śmieszka natomiast nawet nie zdawali sobie sprawy, że wśród załogi samopojazdu istnieje jakiś problem z włosami. Siłą rzeczy. Gabcio stał za Gagatkiem, który miał tak jak i on krótkie włosy, a Śmieszka stała za Gabciem. W dwójkę byli więc w tym dobrym położeniu, a właściwie staniu, że mogli się skupić tylko na jeździe i rozkoszować się nią...


cdn.


  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×