Przejdź do komentarzyPoranek rezydentów - odc. 3
Tekst 5 z 5 ze zbioru: Początki
Autor
Gatunekobyczajowe
Formaproza
Data dodania2019-06-19
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń240

– W środku nocy? – Stefan znowu się zdziwił.

– Wyobraź sobie. Jechał jakiś samochód dostawczy, przy czym samochód to komplement, jakieś takie rękodzieło ludowe. Czterdzieści na godzinę góra. Szerokie, wysokie, nic zza tego nie widać, ciemno, droga kręta. Ani tego wyminąć, ani przeskoczyć.

– Toście faktycznie w jakieś zadupie wjechali. Jak prowadziłaś?!

– Kierunek był słuszny. Patrzę, a mój kierowca przysypia. Główka mu tak leci. „Kahve[1]”, mówię do niego. Pokazuje termos, odwraca dnem do góry, puste.

– Kahve? Kahve? Coffee? – Ertan za kontuarem znów się uruchomił.

– If you would be so nice.[2] – Oliwia zapragnęła porannej kawy.

– Daję mu mineralną, nie chce. Gadam, nie rozumie i przysypia. No to pokazuję na tego potworka przed nami i krzyczę: „Kaplumbağa[3]! Kaplumbağa!”

– Co to jest? – Chciała wiedzieć Oliwia. Wszyscy tu znamy po kilkanaście zwrotów po turecku, ale w kontaktach służbowych obowiązuje angielski, a że tego języka każdy się uczył, więc potrzeba nauki tureckiego jest nikła.

– Żółw. Podłapałam, jak byliśmy na wycieczce statkiem. Tam, kiedy widać było w morzu żółwie, Turcy się darli „kaplumbağa” i ludzie lecieli do burty, żeby zobaczyć kaplumbahę. Ojej, jak mu się to spodobało, jakiej dostał śmiechawki. Ale dojechaliśmy do jakiegoś parkingu, kaplumbaha pojechała dalej, my zrobiliśmy przerwę na papierosa.

– Tak w szczerym polu? – Stefan był trochę zdegustowany, bo to nieco wbrew instrukcjom.

– No nie… Był tam taki żwirowy plac, trudno powiedzieć parking, trochę krzaczków…

– No to ładnie! – Oliwia tez była przesiąknięta rutyną, żadnej fantazji.

– Pojechaliśmy dalej. Facet, który nie chciał się przesiąść, wrócił na swoje dawne miejsce, humorek już miał właściwy. Jedziemy, gość zobaczył na przedniej szybie pod lusterkiem zdjęcie Ata Türka. „Proszę pani, proszę pani!”, drze się ten facet do mnie, „Czy to jest jego tatuś? Co? On zdjęcie tatusia ze sobą wozi?”. Mówię, że nie, to Ata Türk, pierwszy prezydent, ojciec wszystkich Turków, że oni go tu bardzo szanują, że to taki ich Piłsudski.

– Szanują, szanują. Dobrze, ze kierowca nie zrozumiał. Ja w podobnej sytuacji mało nie miałam mordobicia w restauracji.

– Coś zrozumiał, bo uśmiechnął się i mówi „Pisuci o’kay, Pisuci” i gęba mu się śmieje od ucha do ucha.

Facet się uspokoił i poszedł drzemać. No i w końcu dojechaliśmy.

– No i koniec – Stefan był jakby zawiedziony.

– Gdzie tam! Jestem w „Mermaid”, tam było zakwaterowanych najwięcej turystów. Załatwiam w recepcji meldunki, klucze.

– Normalka, i co? – Oliwia też liczyła na coś więcej.

– Zbiega jakaś kobieta i mówi, że w pokoju miała być żółta miska, bo ona musi robić pranie dla dziecka, że ona pięć razy dzwoniła na infolinię, bo jakby wiedziała, że nie będzie, toby wzięła ze sobą… I słowotok, i dziób jej się nie zamyka.

– Musiała być żółta, może była, ale na przykład niebieska? – spytał Stefan.

– Nie, żadnej nie było, pytam w recepcji o yellow bowl[4]. Okazuje się, że wiedzieli, słyszeli o tej misce, że dzwonili z Polski, tylko nie wiedzieli, do którego pokoju. I recepcjonista dumnie niesie z zaplecza miskę plastikową, ale jasnozieloną.

– I co, dobra była? – chciała wiedzieć Oliwia.

– Na szczęście pani nie chodziło o kolor.

– Wiesz, mnie by nie zdziwiło, gdyby chodziło.  O! Przyszła lista od Jurki, i jest lista z Polski. Na styk. Kawusi!!!! Za pół godziny wyjeżdżam. – Stefan dostał nagłego przypływu energii.

– A ja jestem ciekawa, co mnie jeszcze zdziwi – powiedziałam trochę do siebie, trochę do Oliwii. Stefan stracił całe zainteresowanie naszymi osobami.

– Chyba zaraz się dowiesz – uprzedziła mnie Oliwia, widząc zbliżającą się do przeszklonych drzwi hotelu turystkę.

– Dzień dobry, gdzie znajdę panią Alicję? – zadała pytanie Ertanowi.

– Excuse me, I don’t understand.[5]

­– A-li-cja!

­– Tu jestem, w czy mogę pomóc? Czy coś się stało? – Wstałam z fotela i podchodzę do kobiety. Słyszę, jak Oliwia szepcze za moimi plecami.

– Pani nie może spać, jest wpół do siódmej rano.

– Ależ nic się nie stało, pani Alu, złociutka, pokój piękny, łazienka cudowna, łóżeczko wygodne. Zapowiada się wspaniale. Ja nigdy nie mam kłopotów ze spaniem. Kto ma czyste sumienie, ten śpi jak dziecko. Ale kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje, więc nastawiłam sobie budzik, żeby nie zaspać. Ale i tak obudziłam się ciut wcześniej. I chciałam się dowiedzieć, dziecko, bo może trzeba gdzieś pójść, albo dojechać, a pani mi na pewno poradzi. Bo ja zawsze, kiedy jestem na wakacjach, to chcę zobaczyć miejscowe zwyczaje i idę na procesję Bożego Ciała, albo na święcenie ziół na Matki Boskiej Zielnej. Zależy, jak trafię z terminem. Bo to tak różnie jest w różnych miejscach, ciekawie. I ja się chciałam dowiedzieć, kochanieńka, gdzie i o której tu jest procesja, bo nie chciałabym się spóźnić…

– Rzeczywiście, dziś Boże Ciało – wyszeptał Stefan.

– Proszę, tu jest reklama kaplicy katolickiej w Alanyi. Ale na procesję bym nie liczyła – Oliwia, nie podnosząc się z wygodnego fotela, wyciągnęła rękę z kolorową ulotką.

– Dlaczego? – Turystka była niezmiernie zdziwiona.

– Bo to jest islamski kraj, proszę pani – Stefan znowu sprzedał swoją wiedzę o państwie, w którym pracował.

– A jaki to kraj?


Koniec


Wszystkie opisna wyżej sytuacje miały miejsce w rzeczywistości, chociaż w innym czasie i miejscu.

Podobieństwo imion, nazwy biura turystycznego, nazw hoteli do istniejących jest przypadkowe.

 

[1] Kahwe – (tur.) kawa

[2] If you would be so nice. – (ang.) jeśli byłbyś tak miły

[3] Kaplumbağa – (tur.) żółw. (wym.: kaplumbaa)

[4] yellow bowl – (ang.) żółta miska

[5] Excuse me, I don’t understand. – (ang.) Przepraszam, nie rozumiem.



  Spis treści zbioru
Komentarze (1)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Potoczyście. Samo życie.
© 2010-2016 by Creative Media
×