Przejdź do komentarzyBicycle czar
Tekst 32 z 36 ze zbioru: Niezwykłe przygody i przeżycia
Autor
Gatunekprzygodowe
Formaproza
Data dodania2019-07-23
Poprawność językowa
- brak ocen -
Poziom literacki
- brak ocen -
Wyświetleń122

Bicycle czar


Od dziecka lubiłam jazdę na rowerze. Od dziecka też miałam rower. Wprawdzie na początku do spółki z moimi dwiema starszymi siostrzyczkami, ale za to nowiusieńki... i jaki piękny! Jak dziś pamiętam, że był srebrno-czarnego koloru. Rower ten praktycznie i tak stał się wnet moją własnością, ponieważ moje siostry, ku mojej przeogromnej radości, szybko się znudziły jazdą na rowerze. Sama więc szalałam na tym srebrno-czarnym cudzie bez pytania je o zgodę. Pytać już nie było potrzeby. Sama go też reperowałam jak zaszła taka potrzeba.

W młodzieńczych latach przesiadłam się jednak na motorower. Później, w wieku 18 lat, na motocykl. Zaś w dorosłym wieku, kiedy miałam już dzieci — na samochód (a właściwie: do), zapominając zupełnie o czymś takim jak rower. Nie trwałam jednak zbyt długo w tym moim zapomnieniu, ponieważ w niedługim czasie został mi zaordynowany. Brzmi to nieco krotochwilnie, ale to prawda. Byłam już wtedy matką dwójki dzieci i miałam wówczas jakieś problemy z żołądkiem. Poszłam do lekarza. Internisty. Po szeregu przeróżnych badaniach lekarz postawił diagnozę:

— Żołądeczek ma panienka zdrowiutki. Nic tu po mnie...

— No jak to, a te skurcze w żołądku o niczym nie świadczą? — zawołałam, powątpiewając w jego lekarskie umiejętności.

— A świadczą o czymś, świadczą... — wysapał sędziwy lekarz, patrząc na mnie spod okularów. — Świadczą o tym, że się panienka zaniedbała ruchowo.

— Ruchowo?! — zrobiłam wielkie oczy. — Mało to ja się ruszam przy moich malutkich dzieciach? Żadnej recepty, żadnego leku na te skurcze mi pan nie przepisze?

— A i owszem, mogę przepisać, jak się panienka upiera — wydukał lekarz (uparcie zwracając się do mnie per „panienka”) i zaczął wypisywać receptę. Po chwili, szczerząc do mnie zęby w szerokim uśmiechu, wcisnął mi ją do ręki.

Kiedy przeczytałam co stoi napisane na recepcie, zdębiałam. Jak byk stało: „ROWER!!!”... i nic więcej. Jednak zanim dotarłam do domu, rozumiałam już wszystko. W domu receptę podsunęłam mężowi pod nos, coby wątpliwości nie miał, że czeka mnie jej wykupienie.

Receptę zrealizowałam niemalże natychmiast (oczywiście bez znajomości się nie obeszło) i stałam się właścicielką ówczesnego cudu techniki rowerowej — składaka. Kiedy tylko dzieci położyłam spać, wynosiłam z piwnicy to swoje „lekarstwo na żołądek” (czyt. rower) i jak z propellerem zasuwałam po pobliskich ulicach. Pedałowałam co sił, byleby jak najszybciej nadrobić to moje „zaniedbanie ruchowe”. No i nadrobiłam. Nawet dość szybko. Po bólu żołądka nie było śladu. Zapomniałam, że go mam. Potem do roweru dokupiłam dwa wiklinowe koszyczki, jeden zawiesiłam na kierownicy, drugi na bagażniku i już z dzieciaczkami przemierzałam kilometry. Ale nie tylko po mieście. Jeździłam z nimi także za miasto, do lasu, nad jeziora, a nawet do mojej Mamy, która mieszkała w innym mieście oddalonym o ponad 20 km.

Nowiusieńkim rowerem-składakiem nie nacieszyłam się jednak zbyt długo. Może jakieś 3 lata. Bo kiedy raz pojechałam nim do Biura Paszportów, by sprawdzić swoją kolejkę po odbiór paszportu (to były czasy, nie?), ktoś (jakaś świnia-złodziej) mi go ukradł. A muszę dodać, iż Biuro Paszportów mieściło się w tym samym budynku co Milicja. Ależ byłam wściekła! I to nawet nie z tego powodu, że stało się to pod nosem Milicji, bo wiadomo, że najciemniej zwykle bywa pod latarnią, ale że pod moim nosem. Przecież ja przy nim stałam. Fakt, że odwrócona plecami, ale przy nim. Przez chwilę rozmawiałam ze znajomą, która widząc mnie pod Biurem Paszportów, przybiegła do mnie z przeciwległego chodnika. Kiedy się odwróciłam, nie mogłam wprost uwierzyć, że mojego roweru nie ma. Natychmiast pobiegłam do komisariatu. Milicjanci też byli zaskoczeni, że do kradzieży doszło pod ich nosem, i pewnie dlatego, natychmiast zarządzili szukanie złodzieja. Pół miasta objeździliśmy radiowozem, i nic. Nadzieja na upolowanie złodzieja okazała się płonna. Skruszeni milicjanci zawieźli mnie do domu. Po drodze wzięli mój numer telefonu i obiecali powiadomić mnie jak znajdą rower. A gdyby jednak nie, kazali mi się samej na komisariacie zgłosić. Za dwa tygodnie. No to się zgłosiłam. Bo przez ten czas w eterze była grobowa cisza. Na miejscu dowiedziałam się (czego byłam pewna), że roweru mojego nie znaleźli. Zaprowadzili mnie jednak do podziemia, gdzie magazynowali mnóstwo znalezionych rowerów i kazali mi wybrać sobie jeden. No to wybrałam. Czerwoną kolarzówkę, bo tylko ta była w miarę nowa. Większość to złom. Ale po chwili, wśród tego złomu, wypatrzyłam jeszcze jedną taką samą kolarzówkę, wówczas, wskazując na nią palcem, zażartowałam sobie:

— No, panowie, ten rower za straty materialne, a tamten, o, co tam stoi, za straty moralne... a i w ramach waszej rehabilitacji. W końcu do kradzieży doszło pod waszym nosem.

— Niech będzie! — zaśmiali się obaj milicjanci jednocześnie.

— Serio?! — nie dowierzałam.

— A jasne! — znów jednogłośnie odpowiedzieli panowie milicjanci.

— Wspaniale! — zawołałam szczęśliwa, i z głupia frant, wypaliłam: — Bo wiecie panowie, ja mam dwoje dzieci...

Do domu wróciłam piękną kolarzówką, a druga po chwili została mi dowieziona suką milicyjną. Od tej pory śmigałam wszędzie raz jedną kolarzówką, raz drugą, a kiedy chciałam pojeździć z dziećmi, wtedy od woźnego z mojej szkoły pożyczałam jego normalny rower. Koszyczki na szczęście miałam nadal.

Po paru latach, kiedy dzieci były już na tyle duże, że same mogły jeździć na kolarzówkach, kupiłam sobie normalny rower, i dalej jeździliśmy razem, tyle że już na trzech rowerach.

W tym samym czasie kupiliśmy sobie psa rasy basset, suczkę Malwinę, wtedy to ją, tego leniwca, woziłam w koszyczku zawieszonym na kierownicy.

Pamiętam, że raz jechaliśmy za miasto, do lasu, ja z Malwiną z przodu, córka i syn z tyłu, i kiedy wjechaliśmy na ostatnie rondo przed wyjazdem z miasta, Malwina nagle wystraszyła się głośno hamującej na wewnętrznym pasie ciężarówki i spanikowana wyskoczyła z koszyczka, ciągnąc mnie na smyczy za sobą (była nią przytroczona do kierownicy), wprost pod jadącą ciężarówkę. Rany, miałam śmierć w oczach, ale dzięki mojemu szczęściu w nieszczęściu, uszłam z życiem. I nawet się nie wywaliłam. Zdołałam jakoś nogami na asfalcie wyhamować. Za to Malwina, po swoim wyczynie, doznała takiego szoku, że wyrwała się z obroży i z rozwianymi uszyskami pognała w siną dal. Dzieci były przerażone. Widziały, co się stało. Zachowały jednak zimną krew i natychmiast zjechały z ronda na chodnik. Potem było poszukiwanie tej czorcicy. Znaleźliśmy ją, ale dopiero gdzieś po godzinie. Siedziała skruszona nad rzeką.

Tak bardzo lubiłam jeździć rowerem, że nie raz i nie dwa, kiedy tylko wybieraliśmy się do mojej siostry, mieszkającej w innym mieście, odległym od naszego o 25 km, jechałam rowerem. Mój mąż z dziećmi wyjeżdżał samochodem godzinę po mnie. Doganiał mnie, kiedy dojeżdżałam już do rogatek siostry miasta. Raz wyjechał szybciej. Chciał mi zrobić niespodziankę i znienacka sfotografować. Ja, nie domyślając się niczego, kiedy zobaczyłam, że moja rodzinka nagle mnie wyprzeda, trąbiąc i machając przez otwarte okna, pomyślałam, że coś mi ta jazda tym razem nie idzie. Wkurzyłam się na siebie i zaczęłam jeszcze mocniej pedałować. Co sił. Tak gnałam za nimi, że nawet nie zauważyłam, że oni się po paru kilometrach zatrzymali na poboczu pod drzewem. Nie zauważyłam też, że mąż wyskoczył zza kierownicy i pstryknął mi zdjęcie. Ale tym razem to on był zawiedziony, bardzo zawiedziony... bo zdjęcie mu wyszło tak:





Po takim obciachu, uwiecznionym w kadrze, mąż pośpiesznie wskoczył do auta i popędził za mną. Kiedy mnie dogonił i zrównał się ze mną, zaczął mi dawać znaki, żeby się na chwilę zatrzymać. Nie powiem, zbaraniałam na ich ponowny widok, no ale nie na tyle, by nie odczytać jego znaków. Pokiwałam głową na znak zgody, pomachałam roześmianym dzieciom i pedałowałam dalej, wdychając przez chwilę spaliny naszego auta. Po przejechaniu około kilometra, już z daleka zauważyłam męża jak z rozwianym włosem i z aparatem gotowym do pstryknięcia, wyskakuje zza krzaków. Pstryknął. Tym razem zdjęcie mu wyszło... Pełna rehabilitacja.




  Spis treści zbioru
Komentarze (0)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
brak komentarzy
© 2010-2016 by Creative Media
×