Przejdź do komentarzyNa wesele
Tekst 143 z 156 ze zbioru: Pozostało w pamięci
Autor
Gatunekbiografia / pamiętnik
Formaproza
Data dodania2026-02-12
Poprawność językowa
Poziom literacki
Wyświetleń171

(...) Zorganizowaliśmy spokojną wycieczkę do Kwidzyna, okrężną drogą  – wpierw zachodnią stroną Wisły, a powrót planowaliśmy już po jej wschodniej. Pogoda była przyjemna, ciepło. Ledwie jednak przejechaliśmy Wisłę przez most grudziądzki i skierowaliśmy się na północ, trafiliśmy na silny wiatr, właściwie wichurę, zwaną przez cyklistów „wmordewind”. To był najgorszy jej rodzaj – nie chwilowe uderzenie, ale ciągła, nieustająca, bardzo silna dmuchawica w twarz, skutecznie wysysająca siły z człowieka. Zamiast normalnych pogawędek i rozkoszowania się jazdą, cyklista skupiał się tylko na mocnym nacisku na pedały i ciężkim przedzieraniu przez przeciwną siłę wiatru. Do tego prędkość przelotowa gwałtownie się zmniejszała. Tym razem spadła nam aż o połowę, z dwudziestu do ledwie dziesięciu kilometrów i to kosztem bardzo dużego wysiłku. Do tego na tej trasie nie mogliśmy schować się w lesie.

– Ale duje. – Wiśniak z trudem wykrztusił. Zatchnął go wiatr. Wyraźnie tracił siły; od dłuższego czasu rzadko z nami jeździł i od razu odbiło się to na jego kondycji. – Może podjedźmy do Nowego, zróbmy przerwę.

– O ile Estera jest w domu, to wpadniemy do niej. – Bartek włączył smartfona i przedzwonił. Usłyszeliśmy jej radosny głosik. – Okej, zaprasza na kawę. To odbijemy. Dzisiaj nie wybiera się na wesele.

Cała nasza gromadka wybuchnęła gromkim śmiechem. Wszyscy wiedzieli, o czym wspomniał Bartek. Kilka lat temu Wiśniak i grupka cyklistów nakręcali kilometry w tej okolicy, również w sobotnie popołudnie. Przejeżdżali szosą przez las, kiedy natknęli się na samotną kobietę idącą poboczem, wystrojoną jak na jakieś wesele. Zatrzymali się, przywitali, zapoznali. To była właśnie Estera i nie „wystroiła się jak na wesele”, tylko naprawdę na nie maszerowała. Per pedes!

– Co się śmiejecie?! – odpowiedziała im wtedy, trochę naburmuszona, ale szybko też się roześmiała. – Ja tym moim dam!. Jechaliśmy na wesele busikiem, w kilkanaście osób. No i zatrzymaliśmy się w lesie na siku. Ja weszłam głębiej i nim wróciłam, zobaczyłam tylko znikający nasz wóz za zakrętem! Nie zauważyli, że mnie nie ma! A ja torebkę z telefonem zostawiłam w środku. Pewnie goniło ich do rozpicia po małym dla kurażu przed tańcami. Coś tam im jeszcze zostało i wytrzymać nie mogli… No i co mam zrobić w lesie? Idę sobie…

– A daleko masz na to wesele? – Pierwszy ochłonął Matołek.

– Jeszcze będzie z dziesięć. – Wskazała głową w przeciwnym kierunku, niż jechali. – Ja im dam!

– Nie ma co, wsiadaj. Podwieziemy. – Wiśniak, jako jedyny, miał wtedy rower z poziomą ramą. – Inaczej zamiast się bawić, będziesz opatrywała pęcherze. – Wskazał na jej stopy w balowych pantofelkach na obcasiku.

Ponownie wszyscy się roześmieli. W pół godziny podwieźli na wesele, oddali zgubę zdumionym weselnikom i odjechali, wcześniej wymieniwszy się numerami telefonów. Jeszcze przez pewien czas słyszeli cienki, donośny głos Estery. Sądząc po intonacji i zabarwieniu, wyrażała się bardzo zdecydowanie, co sądzi o tych, którzy ją zostawili w lesie i co z nimi zrobi…

…Od tej pory Estera jeździła z nami na niektóre wycieczki rowerowe. Okazała się bardzo miłą i wesołą osóbką. Jej mieszkanie stało się czasem przystankiem dla naszych wypraw

.--------------------

*fragment z czegoś nowo pisanego

  Spis treści zbioru
Komentarze (6)
oceny: poprawność językowa / poziom literacki
avatar
Kolejny ciekawy fragment wspomnień. Nie wiem, kiedy to się działo, ale skoro mieliście smartfony, to musiał być niezbyt odległy czas. Mam wątpliwości dotyczące mostu grudziądzkiego. Kontekst skazuje na nazwę własną, więc musiałyby być wielkie litery. A może jednak pominąć "grudziądzki" i nie będzie wątpliwości
avatar
Świetny literacko "kawałek" bez dwóch zdań.

Co do mostu grudziądzkiego /liczącego 11 przęseł po 100 m każde/.

Miasto "ma" dzisiaj 2 mosty. Jeden z nich - ten w samym Grudziądzu - nosi imię naszego peerelowskiego złotego długodystansowca olimpijczyka Bronisława Malinowskiego

/który notabene w czasie własnego wesela na tym właśnie moście zginął w katastrofie samochodowej/

i drugi

na autostradzie Gdańsk - Katowice
avatar
Janko, dzięki. Tak, to było gdzieś 12-14 lat temu.
"Most grudziądzki" nie jest nazwą własną, tylko pospolitą, dlatego zapisany małą literą. Nazwa własna mostu to "imienia Bronisława Malinowskiego" (złoty medalista olimpijski zginął na moście we wrześniu 1981. W tym miejscu zaczynają się zawsze coroczne, międzynarodowe biegi, oraz dla młodzieży).
avatar
Emilio :)

Dopiero teraz przeczytałem Twój komentarz (wcześniej napisałem do Janko). Poprawię - to nie "peerelowski", tylko "polski olimpijczyk". Nie dzielę sportowców.
Znałem Bronka, przez kilka okresów zimowych trenowaliśmy w jednej, ogromnej hali gimnastycznej w jednostce wojskowej (lekkoatleci w jednym końcu, my, siatkarze - w drugim).

Bronek nie zginął w czasie wesela, tylko jechał do/od narzeczonej. Zbieg tragicznych wydarzeń...
avatar
Hardy, pamiętam ten most. Jedyny raz byłem w Grudziądzu we wrześniu 1970 roku, gdyż zostałem tam z Sieradza wysłany służbowo na kilka dni. Przypadek sprawił, że tym samym pociągiem jechała moja była sympatia z Łodzi. Jechaliśmy w sąsiednich przedziałach, ale spotkaliśmy się dopiero na peronie w Grudziądzu. Ona też tam jechała służbowo. Wygospodarowaliśmy trochę czasu i poszliśmy na spacer nad Wisłę pod most. Słyszałem, że wówczas był to rzekomo najdłuższy most w Polsce. Kiedyś chyba mówiłem Ci o tym pobycie.
avatar
Janko , grudziądzki most jest nadal "najdłuższym mostem kolejowo-drogowym" w Polsce, a więc o podwójnym przeznaczeniu (11 przesęł po 100 metrów).
Miałeś przyjemne spotkanie po latach, to też się liczy :)
© 2010-2016 by Creative Media
×